[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ALAN DEAN FOSTER

WOJENNE ŁUPY

Tytuł oryginału: The spoils of war

Cykl: Przeklęci tom 3

Przełożył: Jacek Popławski

Data wydania polskiego: 1998

Data wydania oryginalnego: 1993

Rozdział 01

 

 

Chciałabym, żebyś tego nie robiła. Wszyscy tego chcemy. Odpoczywały na tarasie restauracji. Z tej wysokości miały dobry widok na część miasta, które rozpościerało się przed nimi na wielkim obszarze. Mahmahar nie był gęsto zaludniony, ale ponieważ prawo zabraniało wznoszenia budynków wyższych niż cztery kondygnacje, miasto rozwijało się głównie w poziomie. Mieszkańcy tak bardzo lubili ogrody i parki, że nawet skromniejsze dzielnice zajmowały olbrzymie obszary.

Miasto nie sprawiało wrażenia wielkiej aglomeracji. Wręcz przeciwnie, daleko mu było do owych wynaturzonych metropolii, które można znaleźć na Hivistahmie, czy O’o’yanie, a to dzięki harmonijnej architekturze przeplatającej się z zielenią ogrodów i parków. W takim środowisku raziły by duże budowle.

Turatreyy liczyło nieco ponad dwa miliony mieszkańców. Było jedną z większych społeczności Mahmaharu i jego mieszkańcy z dumą nazywali go swoim domem. Tam, gdzie było to możliwe, Waisowie ograniczali wielkość swoich miast do pięciu milionów mieszkańców, ale też dbali, żeby nie liczyły mniej niż milion. W samej istocie życia społecznego, jak we wszystkim innym, Waisowie odnajdywali piękno.

Inni członkowie Gromady traktowali ich za to z mieszaniną lekceważenia i zazdrości. Wyszydzali Waisów za sztywność i manieryzm, jednocześnie skrycie podziwiając ich zdolność do tworzenia lub odkrywania we wszystkim sztuki. Nawet najbardziej krytyczni nie mogli zaprzeczyć, że społeczność i cywilizacja Waisów stanowiła apogeum osiągnięć Gromady. Inne rasy mogły jedynie próbować ich naśladować, pomimo iż irytowały ich nieraz czyny (lub ich brak) Waisów. Waisowie bardzo poważnie traktowali tak dużą odpowiedzialność.

Podobnie, jak każda inna rasa będąca członkiem Gromady, od samego początku, od ponad tysiąca lat, wspierali wojnę przeciw Ampliturom. To konsekwentne poparcie było równie silne, jak ich starania, by uniknąć prawdziwej walki. Nie różnili się tym od większości swoich sprzymierzeńców.

Matka Lalelelang od niechcenia bawiła się trzema stojącymi przed nią tradycyjnymi naczyniami na napoje. Jedno zawierało aperitif, drugie napój podstawowy, a trzecie wypełnione było źródlaną wodą lekko aromatyzowaną cytrynowym zapachem, służącą do ceremonialnego płukania ust pomiędzy daniami. Podobnie jak każdy inny aspekt życia Waisów, jedzenie obiadu podniesiono do rangi sztuki.

Jako matriarcha rodu, matka musiała mówić takie rzeczy, to była jej rola. Sprzeciw jej babki byłby dużo bardziej stanowczy, ale owa zacna matrona nie żyła od dwóch lat, upozowana, zabalsamowana i z należytym szacunkiem złożona w rodzinnym mauzoleum. Tak więc to matka musiała protestować. Ojciec zostanie poinformowany o wyniku rozmowy, tylko wtedy, jeśli samice uznają to za właściwe.

– Mogłabyś robić tyle rzeczy mówiła matka. – Wśród całej rodziny i rówieśników w grupie studentów masz najwyższy wskaźnik inteligencji. Wykazujesz przebłyski geniuszu zarówno w dziedzinie gawęd poetyckich, jak i we wzornictwie przemysłowym. Cała inżynieria włącznie z architekturą stoi przed tobą otworem. – Rzęsy o pozłacanych końcach zatrzepotały ponad szerokimi, niebiesko-zielonymi oczami. – Mogłabyś nawet zostać, ośmielę się zaryzykować, architektem zieleni!

– Już się zdecydowałam. Właściwe organa zostały powiadomione. – Głos Lalelelang był pełen szacunku, ale twardy.

Matka pochyliła się i delikatnie, z gracją pociągnęła dziobem aperitif z inkrustowanego naczynia.

– Ciągle nie rozumiem, dlaczego uznałaś za konieczne wybrać tak niebezpieczną i niepewną profesję.

– Ktoś musi to robić, mamo. – Chwytnymi, bezpiórymi wypustkami lewego skrzydła Lalelelang nerwowo przestawiła stojące przed nią cztery małe talerzyki z typowymi dla południowego posiłku potrawami. – Historyk to szanowany i ceniony zawód.

Starsza samica nastroszyła pióra prostując się na krześle, a skomplikowany język jej gestów odzwierciedlał głęboką, rodzicielską troskę. Ruchy wyrażały raczej zawód niż złość. Delikatne przechylenie głowy mówiło o dezaprobacie, a lekkie uwypuklenie opierzonego szczytu czaszki, o wyrzutach sumienia. Ojciec, zadumała się Lalelelang, opalizowałby i migotałby teraz szkarłatem. Brak tak bogatego ubarwienia samice musiały nadrabiać wyrafinowanymi gestami.

Tak czy inaczej, odebrała opinię matki. Sygnalizowała ją w rozmaity sposób przez cały czas trwania posiłku.

– Wybrałaś zawód historyka dla jakiegoś śmiesznego kaprysu, którego nawet nie próbuję zrozumieć. – Długie rzęsy wachlowały powietrze między nimi. – To samo w sobie jest już dziwne, ale jeszcze nie budzi mojego sprzeciwu. Przeraża mnie i unieszczęśliwia twoja fascynacja wojną. Ta obsesja nie przystoi przedstawicielce rasy Waisów.

– Bez względu na to, jak bardzo nam się to nie podoba, wojna wciąż pozostaje najważniejszym czynnikiem współczesnej historii, jak również naszego codziennego życia. – Lalelelang podniosła grono dojrzałych, małych, jasno-zielonych jagód z najbliższego talerza i używając, jak należało, jedynie koniuszka dzioba odrywała je kolejno od czarnych szypułek. Gdy skończyła, odłożyła ogołoconą łodygę na pusty talerz, starannie układając ją w taki sposób, aby żaden z końców nie wskazywał ani na nią, ani na matkę. To prawda, że wybrała sobie przedziwną profesję, ale ciągle jeszcze pamiętała o dobrych manierach. Przedstawiciele innych gatunków, którzy przez lata pracowali wyłącznie pośród Waisów, nigdy nie mogli opanować wszystkich zawiłości tej dziedziny. Po jakimś czasie przestawali zwracać na to uwagę, co wydatnie pomagało w zmniejszaniu napięć pomiędzy nimi, a ich gospodarzami.

Gdy nadchodził trudny okres, niektórzy, na przykład Massudzi, zarzucali im marnowanie czasu i energii, a nawet głupotę, ale dla Waisów maniery były kwintesencją rozumnej egzystencji. Głównym powodem dla którego tak długo i tak bardzo chcieli pokonać wroga był strach, że w razie porażki narzucony przez Ampliturów Cel zrujnowałby tradycyjne ceremoniały, bez których, według przekonania Waisów, nie mogła istnieć prawdziwa cywilizacja. Inne rasy zgadzały się z samą doktryną, ale nie przykładały do niej takiego znaczenia jak Waisowie.

– Nawet, jeśli zgodzę się z twoim zdaniem, ciągle nie rozumiem, dlaczego nie możesz rzucić tej pracy i zająć się czymś innym? – Zmartwiony wzrok matki prześlizgnął się po pobliskim ogrodzie, zbitym gąszczu sześciopłatkowej, żółto-pomarańczowej narstrunii, która właśnie wspaniale rozkwitła. Klomb obrzeżony był drobnymi, fioletowymi kwiatkami yunguliu i starsza samica nie wiedziała, czy w pełni pochwala ten wybór. Czarno-białe kwiatostany wesshu byłyby bardziej kontrastowe i też już się pokazały.

– Wszyscy tylko krytykujemy – pomyślała – nawet własne potomstwo, jak ja teraz. Nic dziwnego, że pośród ras stanowiących Gromadę, Waisowie byli podziwiani, ale mało lubiani.

Puste opakowanie zakłócające miękką doskonałość ogrodowej Ścieżki przyciągnęło jej wzrok. Bez wątpienia zostało porzucone przez jakiegoś obcego, wizytującego jej planetą. Była pewna, że żaden Wais nie naruszyłby w tak rażący sposób estetyki tego miejsca. Przypuszczalnie był to S’van, chociaż nie byli oni ani mniej, ani bardziej niedbali niż inne rasy w Gromadzie. Ich lekceważący stosunek do życia graniczył niemal ze świętokradztwem. Z dużym trudem zwalczyła instynkt, który nakazywał jej zerwać się, przesadzić ozdobną balustradę i popędzić przez trawnik, by dopaść śmiecia, zanim obrazi on poczucie estetyki jeszcze jakiegoś przechodnia. Zmusiła się, aby skupić uwagę na czekającą cierpliwie córkę.

– Jestem przekonana, mamo, że do tej właśnie pracy mam największe predyspozycje. – Lalelelang szukała na pozostałych trzech talerzach czegoś jeszcze do posłania w ślad za zielonymi jagodami. – Ten sam wskaźnik, dzięki któremu byłabym dobrym inżynierem, albo architektem zieleni, pomoże mi być dobrą w wybranym zawodzie.

– Nie rozumiem twojego zachowania – wyszeptała matka najsłodszym z możliwych głosem.

Pociągnęła źródlaną wodę z naczynia i zajęła się jedzeniem, tak zdenerwowana, że zignorowała protokół ceremonii sięgając od razu do czwartego talerza. Była tak zmartwiona postępowaniem córki, że właściwie straciła apetyt, ale pozostawienie jedzenia byłoby niewybaczalne.

Pochyliła się nad stołem, a jej wąska głowa z wdziękiem poruszała się na półmetrowej szyi.

– Ukończyłaś studia z pierwszą lokatą. Już w tej chwili biegle mówisz czternastoma językami Gromady, podczas gdy norma dla twojego poziomu edukacji wynosi pięć, a dla wykształconego dorosłego, dziesięć. Dałam ci prawo wyboru. Dałam ci możliwość stanowienia o sobie. – Głowa cofnęła się i starsza samica zapatrzyła się w dal.

– Ale ta specjalizacja, schwyciłaś się jej jak tonący brzytwy. Nie mogę tego zaaprobować. – Pióropusz matki, gdy to mówiła, całkowicie przyległ do tyłu głowy i szyi. – Dlaczego ze wszystkich możliwych kierunków musiałaś wybrać właśnie ten?

– Bo nikt inny go nie wybrał – odparła córka.

– Nie bez powodu. – Bez wysiłku zmieniła strofujący głos na ton pełen głębokiej troski. – Tu przecież chodzi o twoje zdrowie, o całą przyszłość. Nawet samce w naszej rodzinie są głęboko zaniepokojone.

– Niepotrzebnie się wszyscy martwicie. – Lalelelang odpowiedziała stanowczo, nie odważając się odwzajemnić spojrzenia matki. Zamiast tego popatrzyła na innych gości w restauracji, dbając, by na żadnym z nich zbyt długo nie zatrzymywać wzroku.

Szyja matki skurczyła się.

– Nie rozumiem cię. Nie rozumiem, jak zdołasz podołać temu. – Sięgnęła po jedną z pół tuzina lekko uprażonych larw hapuli z drugiego talerza, zawahała się, po czym cofnęła wypustki skrzydła. Strapienie odebrało jej apetyt.

– Przeszłam trening – wyjaśniła Lalelelang. – Gdy mam do czynienia z jakąś sytuacją stresową, zażywam specjalne lekarstwo, które zostało wynalezione na takie właśnie okazje.

Matka zagwizdała z lekką drwiną.

– Czy ktoś kiedykolwiek słyszał o rozpoczęciu kariery, która wymaga regularnego przyjmowania silnych leków tylko po to, by zachować równowagę? Który normalny Wais z własnej woli naraziłby się na coś takiego?

– Znalazłby się jeden albo dwóch – zaprotestowała Lalelelang. – Nie tutaj, na Mahmaharze, to na innych planetach. Karierowicze z dyplomacji.

– Oni nie mają wyboru. Ty masz. Ale nawet oni nie decydowaliby się na tą szczególną... specjalizację, która pociąga cię z taką perwersją. – Zmieniła pozycję. – Uznaję twój stopień naukowy, ale z pewnością musiałaś zauważyć z jaką niechęcią ci go przyznano?

– Ktoś musi wykonywać wstrętną pracę – odparowała Lalelelang.

Matka zaklekotała z ubolewaniem.

– Zgoda, ale dlaczego właśnie ty? Dlaczego najzdolniejsze z moich dzieci?

– Ponieważ mam do tego największe predyspozycje, i jedynie ja mam na to ochotę.

– A więc ciągle się upierasz. – Wyprostowała się sztywno na krześle. – Jasne, masz obsesję na tym tle i będziesz kontynuować to bez względu na niebezpieczeństwa.

– To nie jest obsesja, wybrałam, czy jak mówi pewien poeta, z niezgłębionych przyczyn, zostałam wybrana. Już jestem uznawana za jedną z trojga najlepszych w tej dziedzinie.

– Nie jest trudno brylować w czymś, co każdy omija.

Po tym ostatnim stwierdzeniu zapadła niezręczna cisza i ani matka, ani córka nie wiedziały jak ją przerwać. Młodsza uznała wreszcie, że to ona powinna się odezwać.

– A więc nie przyjdziesz na moją jutrzejszą prezentację?

– Naprawdę myślisz, że mogłabym to znieść?

– Nie wiem, ale chciałabym, żebyś oceniła moją pracę, zamiast potępiać ją wyłącznie na bazie informacji uzyskanych z drugiej, albo nawet z trzeciej ręki.

Pióra seniorki zadrżały.

– Przepraszam. Na samą myśl o tym żołądek mi się wywraca. Już samo siedzenie tutaj i dyskutowanie z tobą na ten temat jest dla mnie wystarczająco trudne. A jeszcze oglądać cię przy samej pracy... nie, nie mogłabym. Oczywiście ojciec również nie będzie obecny.

– Bo mu nie pozwoliłaś?

– Nie wyrażaj się źle o ojcu. Wśród samców jest wyjątkowy. Twoje geny to potwierdzają. On po prostu równie źle jak ja znosi twój zawód. To samo odnosi się do braci i sióstr.

Lalelelang popatrzyła na resztki tego niezbyt radosnego posiłku.

– Niczego innego nie oczekiwałam. Przykro mi, że nie będziesz obecna. To fascynujące materiały zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę, że początkowo...

– Proszę cię. – Oba skrzydła uniosły się w geście doskonale wyrażającym niepokój. – Usłyszałam już wystarczająco dużo na ten temat. Pamiętaj, że choć jako dobra matka toleruję twoje wybryki, to nie oznacza, że muszę brać w nich udział. Dziwię się, że każdy w twoim departamencie może to robić. Powiedz mi, czy przed taką prezentacją też bierzecie lekarstwa?

– Jestem pewna, że niektórzy biorą; z ostrożności, albo z innych powodów. Może w to nie uwierzysz, ale oprócz mnie są jeszcze inni, którzy potrafią wszystko zbadać bez specjalnych przygotowań. To tak jak pracować przy jakichś toksynach. Im więcej masz z nimi do czynienia, tym więcej jesteś na nie odporna, ale zawsze mogą się zdarzyć jakieś niespodzianki.

– I takie właśnie życie wybrałaś! – Matka znieruchomiała.- Być uczonym w wojnie, to jedna sprawa. Ale żeby koncentrować się na Ziemianach!?

Jej rzęsy zatrzepotały wymownie.

– Gdyby nie to, że wszystkie swoje testy zdałaś z takimi wspaniałymi wynikami, wysłałabym cię na intensywny kurs terapii dla niedojrzałej młodzieży.

Wstały od stołu i rozpoczęły rytuał rozstawania się, przewidziany dla matek i córek.

– Wiem mamo, że mnie kochasz. – Gdy to mówiła końce skrzydeł, rzęsy, pióra i dziób kołysały się i dygały w zawiłym rytmie.

– Kocham, mimo że wybrałaś obrzydliwy zawód. – Wypustki skrzydeł zatańczyły, pieszcząc się delikatnie.

Następnego dnia sprawdzając sprzęt w maleńkiej salce wykładowej, Lalelelang usiłowała wyrzucić z pamięci słowa matki i jej głęboką troskę. Spodziewano się skromnej frekwencji, więc nie było potrzeby zabiegać o większe pomieszczenie. Poza tym, salka znajdowała się blisko jej biura, zdała od głównej części uniwersytetu. Nikt nie będzie się czuł zgorszony.

Prawo wstępu mieli tylko współpracownicy z departamentu i ci, którzy dostali podwójną rekomendację od zasłużonych uczonych. A wszystko po to, by uchronić nieświadomych studentów. Gdyby jakiś nieprzygotowany, niewinny młodzieniec spodziewający się normalnego wykładu, wszedł przypadkowo do sali, w której odbywała się prezentacja Lalelelang, doznałyby emocjonalnego i umysłowego szoku.

Ale o to się nie musiała martwić. Zapewnienie bezpieczeństwa było zadaniem innych i mogła się całkowicie poświęcić zbliżającemu się wystąpieniu.

Publiczność składała się z tuzina oczekujących widzów, z których każdy zajmował pojedyncze, kołyszące się stanowisko. Jak wszystko inne w Mahmaharze, czy jakimś innym świecie Waisów, sala do prezentacji była zarówno piękna jak i funkcjonalna. Każde stanowisko miało indywidualne oświetlenie i ekran odtwarzający, jak również terminale służące zapisywaniu i obserwowaniu.

Z boku sali stał gotów do akcji holograficzny projektor, a prosty, płaski ekran przymocowano do przeciwległej ściany. Lalelelang już na samym początku Studiów Nad Ziemianami dowiedziała się, że normalne, trójwymiarowe projekcje były zbyt trudne do zniesienia nawet dla doświadczonych badaczy. Płaskie obrazy przedstawiające Ziemian w nienaturalnych dwóch wymiarach, zwłaszcza gdy chodziło o sceny walki, były dużo lżejsze do strawienia dla nowicjuszy i większości Waisów.

Włączyła lekko wygięty, gładki ekran i sprawdziła projektor, jednocześnie dostrajając wzmacniacz mowy przyczepiony do dzioba. Większość obecnych była jej znana, ale serce podskoczyło jej na widok Fasacicinga. Towarzyszyło mu, prawdopodobnie dla moralnego wsparcia, dwóch samców z jego ogniwa duchowego.

Wszyscy trzej pracowali w departamencie socjohistorii, ale tylko Fasacicing przejawiał zainteresowanie Studiami Nad Ziemianami. Pozostali woleli zajmować się łatwym, przedwojennym Złotym Okresem historii Waisów. Fasacicing przychodził na jej wykłady w ramach podspecjalności. Był przystojnym i barwnym okazem. W miły sposób szokował kolorowym upierzeniem i stylem ubiorów. Przy wielu okazjach młodzi wymieniali szczególne grzeczności, posuwając się aż do piątego etapu wzajemnego, słowno-fizycznego oddziaływania. Mimo największych wysiłków nie potrafiła pobudzić go tak, aby posunął się dalej. Jednakże interesował się nią nadal.

Musiała skoncentrować się na wykładzie, jednak od czasu do czasu obdarzała go spojrzeniem. Skwitowała jego obecność półformalnym machnięciem skrzydła, na co jego triumwirat zareagował zsynchronizowanym ruchem, potrójnie akceptując pozdrowienie przeznaczone dla jednego. Podziwiała jego krok, niemal taneczny, gdy trio weszło i skierowało się ku sąsiadującym stanowiskom.

Chwilę poczekała na spóźnialskich, po czym rozpoczęła wykład od streszczenia swoich najnowszych prac, czytając ze swego raportu. Na zakończenie przyciemniła światła i przeszła do prezentacji wizualnych. Natychmiast kilku siedzących na obrzeżach widzów zaczęło się wić i niepohamowanie dygotać. Nie zwracała na nich uwagi. Temat jej wykładu był jasno i wyraźnie określony w uniwersyteckim programie i obowiązkiem każdego obecnego było wiedzieć czego się spodziewać.

Płaskie obrazy były znacznie mniej straszne, niż trójwymiarowe. Pomimo tego, z tylnych rzędów, rozległo się kilka zdenerwowanych pomruków. To było normalne. Lalelelang zignorowała je i kontynuowała swoje uczone wywody.

– Jak już wspominałam, dziś zajmiemy się wzajemnym oddziaływaniem Ziemiańskich sił zbrojnych i różnych nieliniowych przedstawicieli Gromady na polu socjalnym. W tym konkretnym przypadku, Hivistahm.

Lalelelang prezentowała wizualne materiały z rozmaitych źródeł, wybierając interesujące ją szczegóły z wielkiej ilości niewojskowych, jak i wojskowych informacji. Ponieważ Ziemianie już od dłuższego czasu byli sojusznikami, dysponowała pokaźną ilością materiałów źródłowych. Nie to, co setki lat temu, gdy kontakty z ziemiańskimi aliantami Gromady zostały zakazane ze wzglądów bezpieczeństwa.

Mimo to trudno było znaleźć użyteczne zapisy, ilustrujące specyficzne przykłady socjalnej interakcji pomiędzy żołnierzami z Ziemi, a przedstawicielami innych ras, tworzących Gromadę, zwłaszcza że ci ostatni starali się za wszelką cenę unikać tych pierwszych, nawet w sytuacjach niebojowych. Gdy następował jakiś kontakt, zwykle działo się to przypadkowo. Lalelelang spędziła mnóstwo czasu przesiewając pokłady bezużytecznych reportaży prasowych w poszukiwaniu rzadkich, cennych samorodków.

Czasami członkowie wspierających jednostek logistycznych Hivistahmowie, O’o’yanowie, czy S’vani, przypadkiem wpadali w zamieszanie bitewne. Jeszcze rzadziej obecny przy tym był prasowy, lub wojskowy korespondent. Tak powstawały materiały, które ewentualnie mogła użyć.

Zaczęła od aktualnych diagramów, dając słuchaczom ostatnią szansę na połknięcie leków. Jeśli chodzi o nią samą, udawało jej się obywać bez nich już od dwóch lat. Naukowa bezstronność i doświadczenie uodporniły ją na większość szokujących widoków. Gdy zagłębiła się w temat i na ekranie zaczęli się pojawiać w nienormalnej bliskości Massudzi, Ziemianie i inne rasy, na widowni rozległy się te same co zawsze mimowolne ćwierkania i pogwizdywania. Osobiste utrwalacze zapisywały wszystko, co pokazywała i mówiła.

Kiedy pojawiły się pierwsze, szczegółowe ujęcia przedstawiające walkę, szuranie w końcu sali stało się jeszcze wyraźniejsze. Nawet kilku stałych studentów wyglądało tak, jakby miało mdłości. Ale nikt nie wyszedł.

Podczas gdy wyjaśniała, projektor wyświetlił szczególnie obrazową sekwencję, przedstawiającą żołnierzy z Ziemi gromiących przeważające siły Krygolitów. Pojedynczy przypadek wymiotów gdzieś na widowni, nie przerwał ciągu słów, ani obrazów. Czy było to grzeczne, czy nie, nie zamierzała rozpieszczać nieprzygotowanych.

Zazwyczaj kilku słuchaczy wymiotowało w trakcie jej prezentacji. Nie była więc zaszokowana.

Jak zwykle słychać było wyraźny gwizd ulgi, gdy zakończyła przekaz wizualny i kontynuowała sam wykład. Jej gesty, wiedziała, nie były tak wyrafinowane jak u bardziej doświadczonych naukowców, jej ruchy nie tak wygładzone przez wichry akademickich sporów. W jej prezentacjach informacja była ważniejsza niż forma przekazu. To, bez wątpienia, opóźni jej zawodowe postępy i awanse, ale w żadnym stopniu nie wpłynie na jakość materiałów, które przygotowywała.

Gdy już wyłączyła sprzęt i schowała paciorek pamięci do torby na ramię, poświęciła chwilę na przyjrzenie się twarzom wychodzących słuchaczy. Było ich mniej niż na początku. Wielu widzów wyszło, czy raczej uciekło, przed końcem. To nie było rzadkością. Uśmiechnęłaby się, gdyby sztywny dziób na to pozwalał. Nie mając odpowiedniego wyposażenia, Waisowie używali zamiast uśmiechu oszałamiającej ilości różnorodnych gestów, ruchów oczami i modulacji głosu. W ten sposób nie odczuwali skutków defektu.

Przechodząc przez audytorium natknęła się na Fisa i jego towarzyszy. Wyglądało na to, że zniósł wykład całkiem dobrze, tylko troszkę go zemdliło. Jego kompani wyglądali dużo gorzej. Zajęli rytualne miejsca pomiędzy dojrzałą samicą, a jej ofiarą. Każdy z nich parzyłby się z nią chętnie w zastępstwie mniej śmiałego członka triumwiratu.

Ale choć obaj młodzi byli przystojni, to właśnie Fis ją pociągał. Jak zwykle nie odpowiedział na jej elegancko skleconą prośbę o spotkanie sam na sam, o randkę, jak nazwaliby to Ziemianie, choć dla Waisów socjalne implikacje były znacznie subtelniejsze. W rezultacie reszta rozmowy przebiegała grzecznie i sztucznie.

Jednak, gdy już wyszli, jeden z towarzyszy powrócił z wiadomością, że Fis z przyjemnością spotka się z nią za dwa tygodnie; podejrzewała, że tylko po to, by stłumić jej natarczywość. Naturalnie gdy wyrażała zgodę, okazywała całkowitą obojętność. Koledzy martwili się, a nawet po cichu krytykowali ją, że nie ma normalnego życia osobistego. Może to rytualnie umówione spotkanie uspokoi ich na jakiś czas. Sprawy socjalne były duszą kultury Waisów, ale poświęcanie cennego czasu na oczekiwane przez innych życie prywatne było czasami trudne.

Jak na Waisa, to było ostre stwierdzenie, ale nie można spędzać miesięcy na studiowaniu Ziemian, nie narażając się na ich wpływ, choćby niewielki. Zdawała sobie sprawę, że wśród władz uniwersyteckich jej niezwykła prostolinijność nie zawsze była dobrze widziana.

A więc za dwa tygodnie. Gdyby udało im się sfinalizować zwykły stosunek, na długo zamknęłoby to dzioby krytykom. Na dodatek, miała ochotę na romans. Fis był wystarczająco dojrzały, a jego kompani godni szacunku. No i miał tę opalizującą smugę lawendowego koloru, biegnącą od szyi w kierunku piersi...

Po raz ostatni sprawdziła sprzęt audiowizualny, myśląc przy tym, że czasem ciężko być samicą. Zawsze oczekiwano inicjatywy. Wywodziło się to z pradawnych czasów, gdy chemia samczego ciała zarządzana była hormonami, które działały tylko kilka razy w roku. Nauka już dawno naprawiła tę niedogodność, ale konwenanse okazały się znacznie trudniejsze do zmienienia.

Jak to musi być wśród Ziemian, zastanawiała się, gdzie samiec jest zwykle agresywniejszą stroną? Albo u Massudów, których minimalne zróżnicowanie biologiczne i psychiczne umożliwiało odbywanie seksualnych zalotów w atmosferze zupełnego luzu? Mogła to sobie wyobrazić z akademickiego, ale nie z osobistego punktu widzenia.

W audytorium pozostała tylko ona i jeszcze jedna osoba. Aż zamrugała z zaskoczenia. Czego chciał Kicucachen? Nie zauważyła wcześniej obecności swego szefa wydziału i doszła do wniosku, że musiał wejść w trakcie prezentacji.

Nie miał zwyczaju wpadać na regularne wykłady, ale nie było to też czymś dziwnym. Zauważyła, że mimo utraty barw w upierzeniu na głowie i piersiach ciągle był przystojny. Nie był wprawdzie tak atrakcyjny jak Fis, ale ciągle pozostawał zdolnym do rozrodu samcem. Oczywiście nie powiedziała mu tego. Biorąc pod uwagę różnicę, jaka dzieliła ich naukowe pozycje, byłoby to poważnym naruszeniem uniwersyteckiej etykiety.

Wolno jej było jednak przemówić pierwszej.

– Czy dobrze się pan czuje, Seniorze?

– Tak mi się wydaje. – W jego głosie wyraźnie było słychać złe samopoczucie. – Już od jakiegoś czasu nie byłem na żadnym z twoich niesławnych wykładów z dziedziny Studiów Nad Ziemianami i już zapomniałem jak mogą one być obrazowe.

Bezwiednie zerknął na wygasły ekran, jakby coś obcego i śmiertelnie groźnego ciągle mogło się tam czaić, czekając na następnego, nieświadomego przechodnia, by go rozerwać na strzępy.

– Widzę, że ani trochę nie stonowałaś swoich wystąpień.

– Badam działania Ziemian w czasie wojny i to jak się one mają do kultury pozostałych członków Gromady, a zwłaszcza do naszej własnej. – Udawała, że reguluje projektor. – Działania Ziemian nie łatwo dają się stonować. I nie jest to coś, co można efektywnie badać metodami pośrednimi.

Widząc, że jej obcesowa odpowiedź zaskoczyła Seniora, pospiesznie próbowała ją złagodzić stosownymi gestami. Była to niezręczna próba, na dodatek niezdarnie przeprowadzona, ale nie wydawał się dotknięty.

– Jesteś bardzo niezwykłą istotą, Lalelelang. Wielu z administracji uczelni ciągle się dziwi, jak ktoś z twoimi zdolnościami i możliwościami mógł wybrać tak okropną specjalizację.

Zdecydowała się tego nie komentować. W końcu słyszała to samo od wielu lat.

– Chciałbym zapytać, czy znalazłaś w nawale zajęć czas, by wreszcie zająć się założeniem rodziny?

Co za przyjemny zbieg okoliczności! Odprężyła się.

– Jest ktoś, kim się interesuję, ale to takie trudne. Ciągle jestem bardzo zajęta!

– Tak, znana jesteś z pracowitości. – Senior usiłował bezskutecznie ukryć zniecierpliwienie. – Czy mogę odprowadzić cię do biura?

– Będę zachwycona pańskim towarzystwem – powiedziała, zdając sobie sprawę, że odmowa nie wchodziła w grę. Jej grzebień uniósł się stosownie.

Gdy szli, uczeni i studenci, goście i badacze kłębili się wokoło, oślepiająco barwna mieszanina dialektów, pogwizdywań, ćwierknięć, oraz dygnięć i podskoków, które wspaniale i na masową skalę odtwarzały interakcje stadnych Waisów, co postronnemu obserwatorowi mogło kojarzyć się ze starannie i wspaniale zaaranżowanym tańcem. Pośród zamaszystych gestów i posuwistych kroków, łuków pierzonych grzebieni i błysków samczej fluorescencji, blasku biżuterii i strojów, wyodrębniało się paru obcych studentów z wymiany. Byli jak kawałki zwietrzałego rumowiska przecinającego tu i ówdzie powierzchnię lustrzanego jeziora.

Tu jaskrawozielony Hivistahm, same łuski i lśnienie. Obok wyfiokowanych przechodniów klanowa para jeszcze mniejszych O’o’yanów mruczała coś do siebie.

– Niech mi pan nie mówi, że administracja znów narzeka.

– Nie. – Powieki uczonego ledwie mrugnęły. – Uznają wagę twojej pracy i zdają sobie sprawę, że ktoś ją musi zrobić. Ponieważ nie odważą się nikogo do tego zmusić, są ci w skrytości ducha wdzięczni za twój entuzjazm. W ostatecznym rozrachunku przynosi im to więcej korzyści niż zmartwień.

– Bardzo się cieszę. – Nie starała się ukryć sarkazmu. – Świadomość, że dzięki moim wysiłkom nasi administratorzy mogą spokojniej spać w nocy, wielce podnosi mnie na duchu.

– Nie ma powodu, żebyś używała tego tonu. Przez cały czas masz mocne poparcie administracji.

– Mocne lecz niechętne, zupełnie jakbym badała jakąś straszliwą chorobę. – Gdy jej towarzysz nawet nie próbował protestować przeciw tej analogii, kontynuowała: – Jestem pewna, że nikt by się specjalnie nie zmartwił, gdyby cała moja dyscyplina nagle wyparowała, a ja zostałabym przydzielona do czegoś mniej... wstydliwego.

Szli wzdłuż trasy do szybowania, obrzeżonej witrażami i wysadzonej różową finushią.

– Bez wątpienia, w twojej uwadze jest trochę prawdy – przyznał. – Ale jednocześnie zdają sobie sprawę z tego, że aż do końca wojny twoje wysiłki będą potrzebne.

...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]