[ Pobierz całość w formacie PDF ]

KEN FOLLETT

Uciekinier

Przełożyli

JACEK MANICKI

MICHAŁ WROCZYŃSKI

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dedykowane pamięci JOHNA SMITHA

W pierwszych dniach po wprowadzeniu się do High Glen House dużo pracowałem w ogrodzie i tak znalazłem żelazną obrożę.

Dom chylił się ku upadkowi, a ogród zupełnie zarósł. Przez ostatnich dwadzieścia lat zamieszkiwała tu pewna zdziwaczała staruszka i w tym czasie ścianom nie dane było zaznać ani jednego liźnięcia pędzla. Po śmierci staruszki odkupiłem posiadłość od jej syna, właściciela salonu Toyoty w Kirkburn - najbliższym miasteczku w promieniu pięćdziesięciu mil.

Pewnie dziwicie się, na co komu walący się dom na zapadłym odludziu. Ale ja uwielbiam tę dolinę. Lasy pełne są płochliwej zwierzyny, a szczyt grani wieńczą orle gniazda. Mógłbym godzinami stać w ogrodzie wsparty na łopacie i podziwiać błękitnozielone górskie stoki.

Ale zdarzało mi się też przykładać do kopania. Postanowiłem zasadzić trochę krzewów wokół szopy. Buda nie grzeszyła urodą - była zbita z surowych desek i nie miała okien - toteż chciałem zamaskować ją krzakami. Kopiąc dołek, natknąłem się na jakąś skrzynkę. Była niewielka, rozmiarami zbliżona do tych pojemników na dwanaście butelek, w których sprzedaje się markowe wina. Nie miała też żadnych ozdób: zwyczajna skrzynka z nie oheblowanych deseczek zbitych gwoździami, które zdążyły już przerdzewieć. Wyważyłem wieko łopatą.

Wewnątrz znajdowały się dwa przedmioty.

Jednym z nich była duża, stara książka. Serce zabiło mi żywiej - może to rodzinna Biblia z prowadzoną na pierwszej stronie pasjonującą kroniką doniosłych wydarzeń: narodzin, ślubów i zgonów ludzi, którzy zamieszkiwali ten dom przed stu laty? Ale czekał mnie zawód. Po otwarciu księgi okazało się, że jej stronice całkowicie zbutwiały. Nie dało się odczytać ani słowa.

Poza tym w skrzynce znajdował się jeszcze ceratowy woreczek. On również przegnił i rozkruszył się przy pierwszym dotknięciu ogrodniczymi rękawicami. Wypadła zeń żelazna obręcz o średnicy jakichś sześciu cali. Była poczerniała ze starości, ale ceratowy woreczek uchronił ją przed rdzą.

Została wykuta prawdopodobnie przez wioskowego kowala, i w pierwszej chwili myślałem, że to jakaś część od wozu albo pługa. Ale dlaczego ktoś tak pieczołowicie zawinął ją w ceratę? Obręcz była pęknięta i powyginana. Przyszło mi do głowy, że może to swego rodzaju obroża, którą zmuszony był nosić jakiś więzień. Więzień uciekł i pozbył się obroży, rozrywając ją jakimś ciężkim kowalskim narzędziem, a pogięła się przy ściąganiu z szyi.

Zabrałem znalezisko do domu i zacząłem je czyścić. Szło mi opornie, wrzuciłem więc obrożę na noc do płynu odrdzewiającego i nazajutrz ponownie zabrałem się do roboty. Gdy wypolerowałem powierzchnię szmatką, oczom moim ukazała się jakaś inskrypcja.

Wygrawerowano ją staroświeckim, kaligraficznym pismem, którego odcyfrowanie zajęło mi trochę czasu. Oto, co głosił napis:

Człowiek ten jest własnością sir George'a Jamissona z Fife - A.D. 1767

Obroża leży teraz na moim biurku obok komputera. służy mi za przycisk do papieru. Często sięgam po nią i obracam w rękach, po raz któryś z rzędu odczytując inskrypcję. Gdyby ta żelazna obręcz potrafiła mówić, myślę sobie, jakąż historię by mi opowiedziała?

I - Szkocja

Śnieg wieńczył szczyty gór okalających dolinę High Glen i zalegał na zalesionych stokach perlistymi łachami, przywodzącymi na myśl klejnoty na podołku zielonej, jedwabnej sukni. Dnem doliny, lawirując pomiędzy oblodzonymi głazami, rwał bystry potok. Porywisty wiatr dmący od Morza Północnego pędził przed sobą tabuny ołowianych chmur, z których w każdej chwili mógł sypnąć grad lub śnieg z deszczem.

Malachi i Esther McAsh - bliźniaki - szli tego ranka do kościoła szlakiem wiodącym zakosami wzdłuż zbocza zamykającego dolinę od wschodu. Malachi, zwany Mackiem, odziany był w pelerynę w szkocką kratę i tweedowe bryczesy, jednak nogi poniżej kolan miał gołe. Był młodzieńcem gorącej krwi i choć bose stopy marzły mu w drewnianych chodakach, nie zważał na ziąb.

Nie była to wprawdzie najkrótsza droga do kościoła, ale dolina High Glen zawsze Macka fascynowała. Strome górskie stoki, ciche tajemnicze lasy i roześmiana woda składały się na krajobraz bliski jego duszy. Obserwował z lubością orły wijące gniazda na graniach. Pospołu z tymi orłami podkradał dziedziczce łososie, od których roiło się w potoku. I pospołu z płową zwierzyną, zastygając w bezruchu i wstrzymując oddech, przywarowywał w leśnej gęstwinie, kiedy nadchodzili gajowi.

Dziedziczka, lady Hallim, była wdową i miała córkę jedynaczkę. Ziemia po drugiej stronie góry należała do sir George'a Jamissona i stanowiła zupełnie inny świat. Pod okiem inżynierów wydrążono tam w górskich zboczach głębokie dziury; dolinę szpeciły hałdy żużla, koła potężnych wozów wyładowanych po brzegi węglem wyżłobiły koleiny w błotnistym trakcie, a strumień był czarny od węglowego pyłu. Tam właśnie, w wiosce Heugh, na którą składał się długi rząd niskich, wzniesionych z kamienia domków pnących się po górskim stoku, mieszkały bliźniaki.

Mack i Esther stanowili męską i żeńską wersję tego samego archetypu. Oboje mieli jasne, przyszarzałe nieco od węglowego pyłu włosy i niesamowite bladozielone oczy. Oboje byli krępej budowy, krzepcy w barkach, o muskularnych rękach i nogach. Oboje cechował upór i skłonność do wdawania się w dysputy.

Skłonność ta należała niemal do rodzinnej tradycji. Ich ojciec był pod każdym względem nonkonformistą, gotowym toczyć boje z rządem, Kościołem i wszelkimi innymi autorytetami. Matka przed zamążpójściem pracowała u lady Hallim i podobnie jak wiele służących utożsamiała się z wyższymi sferami. Pewnej srogiej zimy, kiedy w następstwie przypadkowej eksplozji kopalnia została na miesiąc zamknięta, ojciec zmarł na czarną plwocinę, chorobę, która uśmierciła wielu górników, matka zaś nabawiła się zapalenia płuc i w kilka tygodni potem przeniosła się za mężem na tamten świat. Dysputy jednak nie ustały. Prowadzono je zazwyczaj w sobotnie wieczory w izbie pani Wheighel - zastępującej karczmę, której w wiosce Heugh brakowało.

Parobkowie i zagrodnicy podzielali punkt widzenia matki McAshów. Utrzymywali, że król jest pomazańcem bożym i ludzie winni mu są posłuszeństwo. Górnicy wyznawali nowocześniejsze poglądy. John Locke i inni filozofowie głosili, że władza pochodzić może tylko z woli ludu, i właśnie tę ostatnią teorię wyznawał Mack.

Niewielu górników z Heugh umiało czytać, ale matka bliźniąt posiadła tę sztukę i Mack uprosił ją, by jego też nauczyła. Nie zważając na docinki męża, że wynosi się ponad swój stan, przekazała swoją umiejętność obojgu dzieciom. Na spotkaniach u pani Wheighel proszono Macka, by czytał na głos Timesa, Edinburgh Achertisera oraz dzienniki polityczne, takie jak radykalny North Briton. Pomimo że gazety docierały do wioski z wielotygodniowym albo i wielomiesięcznym opóźnieniem, mężczyźni i kobiety w skupieniu wysłuchiwali sprawozdań z długich przemówień w parlamencie, satyrycznych diatryb oraz relacji ze strajków, protestów i rozruchów.

To właśnie po jednym z takich wieczorków u pani Wheighel Mack napisał list.

Żaden z górników nie napisał w życiu listu, toteż konsultowano długo każde jego słowo. Adresatem był Caspar Gordonson, londyński prawnik pisujący do gazet artykuły wykpiwające rząd. List powierzono Daveyowi Patchowi, jednookiemu domokrążcy, który miał go zanieść na pocztę i wysłać. Mack zaczynał już powątpiewać, czy przesyłka w ogóle dotarła do miejsca przeznaczenia, lecz odpowiedź w końcu nadeszła i było to najbardziej ekscytujące wydarzenie w życiu Macka. Kto wie, czy ten list nie odmieni całkowicie mojego losu, myślał. Być może da mu wolność.

Jak daleko sięgał pamięcią, zawsze pragnął być wolnym. W dzieciństwie zazdrościł Daveyowi Patchowi, który, wędrował od wioski do wioski i utrzymywał się z handlu nożami i sznurkiem oraz ze śpiewania ballad. W życiu Daveya małemu Maćkowi najwspanialsze wydawało się to, że tamten mógł sobie wstawać o wschodzie słońca i iść spać, kiedy tylko ogarnie go znużenie. Macka, odkąd ukończył siedem lat, matka budziła szarpaniem przed drugą nad ranem i przez następne piętnaście godzin, aż do piątej po południu, harował w pocie czoła na dnie kopalni; kiedy po takim znoju wracał wreszcie do domu, sen morzył go często nad nie dojedzoną wieczorną owsianką.

Teraz Mack nie chciał już zostać domokrążcą, ale nadal pragnął odmiany losu. Marzył o wybudowaniu własnego domu w dolinie takiej jak High Glen, na kawałku ziemi, który mógłby nazwać swoim własnym; marzył o pracy podczas dnia i wypoczynku przez wszystkie godziny nocy; o wyprawianiu się w słoneczny dzień na ryby, w miejsce, gdzie łososie nie są własnością dziedziczki, lecz tego, kto je złowi. A list, który trzymał teraz w dłoni, przynosił nadzieję na urzeczywistnienie tych marzeń.

- Mam wątpliwości, czy powinieneś odczytać go na głos w kościele - odezwała się Esther, gdy schodzili ostrożnie po oblodzonym stoku.

- Niby dlaczego? - spytał Mack, choć sam jeszcze nie miał pewności, czy tak właśnie postąpi.

- Napytasz sobie biedy. Ratchett się wścieknie. Może nawet powtórzyć wszystko sir George'owi, i co wtedy będzie?

Harry Ratchett był nadzorcą, człowiekiem, który w imieniu właściciela zarządzał kopalnią.

Mack zdawał sobie sprawę, że siostra ma rację, i jego serce przepełniał niepokój. Mimo to powiedział:

- Nie ma sensu, żebym zatrzymywał ten list tylko do własnej wiadomości.

- Ale mógłbyś go pokazać Ratchettowi na osobności. Może pozwoliłby ci odejść po cichu, bez niepotrzebnego rozgłosu.

Mack zerknął spod oka na siostrę. Nie sprawiała wrażenia usposobionej wojowniczo, już prędzej zafrasowanej. Uświadomił sobie nagle, jak bardzo jest mu bliska. Cokolwiek się wydarzy, będzie ją miał z pewnością po swojej stronie.

Pokręcił z uporem głową.

- Ten list może pomóc nie tylko mnie. Jeszcze co najmniej pięciu chłopaków z ochotą by się stąd wyrwało, gdyby tylko wiedzieli, że istnieje taka możliwość. A pomyślałaś o przyszłych pokoleniach?

Popatrzyła na niego uważnie.

- Może i masz rację... ale nie to jest prawdziwym powodem. Ty chcesz stanąć przed wszystkimi zebranymi w kościele i udowodnić, że właściciel kopalni nas zwodził.

- Ależ skąd! - zaprotestował Mack, ale po chwili zastanowienia dodał: - Wiesz, może i coś jest w tym, co mówisz... Tyleśmy się już nasłuchali kazań o konieczności przestrzegania prawa i okazywania szacunku naszym pracodawcom. I nagle dowiadujemy się, że cały czas nas okłamywano. Oczywiście, że chcę tam wystąpić i wykrzyczeć im to prosto w oczy.

- Lepiej się nie wychylaj - powiedziała z troską.

- Zrobię to najtaktowniej i najpokorniej, jak potrafię zapewnił.

- Ty i pokora! - wykrzyknęła. - Chciałabym to widzieć.

- Zamierzam im tylko wytłumaczyć, jakie jest prawo... Cóż w tym złego?

- To nieostrożne.

- Owszem - przyznał. - Ale zrobię to.

Przekroczyli grań i zaczęli zstępować w dolinę Coalpit Glen. W miarę jak schodzili, robiło się coraz cieplej. Po kilku chwilach ich oczom ukazał się niewielki kamienny kościółek, położony nie opodal mostka przerzuconego nad brudną rzeką.

Niedaleko kościelnego dziedzińca przycupnęło skupisko bud zagrodników. Były to okrągłe chatynki z otwartym paleniskiem pośrodku klepiska i z dziurą w dachu, przez którą uchodził dym. Ludzie mieszkali w nich przez całą zimę pospołu z bydłem. Położone nieco dalej, niedaleko szybów, domki górników były już przyzwoitsze: choć i w nich podłogę zastępowało klepisko, a dachy kryte były darnią, każdy miał piec i komin; ponadto górnicy nie byli zmuszeni dzielić swoich siedzib z krowami. Ale zagrodnicy, którzy uważali się za ludzi wolnych i niezależnych, patrzyli na górników z góry.

Jednak to nie chaty wieśniaków przykuły teraz uwagę Macka i Esther i nie na ich widok się zatrzymali. Przed kościołem stał kryty powóz zaprzężony w parę dorodnych siwków. Z pomocą pastora, przytrzymując modne koronkowe kapelusze, wysiadało z niego kilka dam w krynolinach i futrzanych okryciach.

Esther dotknęła ramienia Macka i wskazała na mostek. Na rosłym kasztanie przejeżdżał właśnie przez niego właściciel kopalni, dziedzic doliny, sir George Jamisson.

Jamissona nie oglądano tu od pięciu lat. Mieszkał w Londynie oddalonym stąd o tydzień podróży statkiem lub dwa tygodnie jazdy dyliżansem. Ludzie powiadali, że niegdyś miał w Edynburgu uliczny kram, w którym sprzedawał świece i dżin, ciułając pens do pensa i nie przesadzając z uczciwością. Potem jeden z jego krewnych zmarł bezpotomnie, pozostawiając mu w spadku zamek oraz kopalnie. Na tym fundamencie George Jamisson zbudował imperium finansowe, które swoim zasięgiem obejmowało tak niewyobrażalnie odległe miejsca jak Barbados czy Wirginia. Był teraz wielce poważaną osobistością: baronetem, sędzią i aldermanem Wapping, odpowiedzialnym za przestrzeganie prawa i porządku na londyńskim wybrzeżu.

Najwyraźniej zjechał teraz z rodziną i gośćmi z wizytą do swej szkockiej posiadłości.

- No i po kłopocie - oświadczyła z ulgą Esther.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał Mack, choć już się domyślał.

- Teraz nie będziesz mógł odczytać swojego listu.

- A to niby czemu?

- Malachi McAsh, nie bądź takim przeklętym głupcem! zawołała. - Nie możesz tego uczynić w obecności samego dziedzica!

- Wręcz przeciwnie - odrzekł z uporem. - Nawet lepiej się składa.

Lizzie Hallim nie chciała jechać do kościoła powozem. Uważała to za poroniony pomysł. Trakt wiodący tam z zamku był usiany dziurami i zryty koleinami, których błotniste grzbiety ściął mróz. Powóz będzie się wlókł w ślimaczym tempie, kolebiąc się niemiłosiernie na wykrotach, i dotrą na miejsce przemarznięci i poobijani. Uparła się więc, że pojedzie do kościoła konno.

Tego rodzaju fanaberie doprowadzały do rozpaczy jej matkę.

- Jak ty znajdziesz męża, skoro zachowujesz się jak mężczyzna? - lamentowała lady Hallim.

- Męża mogę mieć na zawołanie - odpowiedziała Lizzie. I w istocie tak było: bez trudu podbijała męskie serca. Problem w znalezieniu takiego kandydata, z którym udałoby mi się wytrzymać dłużej niż pół godziny.

- Problem w znalezieniu takiego, którego niełatwo zrazić - mruknęła matka.

Dziewczyna roześmiała się. Obie miały rację. Mężczyźni zakochiwali się w Lizzie od pierwszego wejrzenia, kiedy jednak odkrywali, jaka jest, czym prędzej się wycofywali. Jej zachowanie od lat wywoływało zgorszenie w edynburskich sferach towarzyskich. Na swoim pierwszym balu, rozmawiając z trzema statecznymi matronami, napomknęła, że szeryf ma tłusty zadek, co nieodwracalnie zaszargało jej reputację. Poprzedniej wiosny matka zabrała ją do Londynu i wprowadziła w tamtejsze wyższe sfery. Była to absolutna katastrofa. Lizzie mówiła za głośno, śmiała się za często i drwiła otwarcie z wyszukanych manier i przyciasnych ubrań zalecających się do niej gogusiowatych młodzieńców.

- Wszystko przez to, że wychowywałaś się w domu, w którym nie było mężczyzny - dodała matka. - To sprawiło, że jesteś zbyt niezależna.

Lizzie przeszła przez kamienny dziedziniec Jamisson Castle, zmierzając do znajdujących się od wschodu stajen. Jej ojciec zmarł, kiedy miała trzy lata, toteż prawie go nie pamiętała. Gdy pytała, na co umarł, matka odpowiadała wymijająco: “Na wątrobę”. Pozostawił je obie bez grosza. Przez lata matka z trudem wiązała koniec z końcem, obciążając coraz bardziej hipotekę posiadłości Hallimów i czekając z utęsknieniem, aż Lizzie dorośnie i poślubi jakiegoś bogacza, który rozwiąże wszystkie ich problemy. Teraz córka miała dwadzieścia lat i nadeszła pora, by wypełniło się jej przeznaczenie.

Bez wątpienia to właśnie również było powodem, dla którego rodzina Jamissonów po tylu latach ponownie zawitała do swoich szkockich dóbr, i dlatego ich gośćmi honorowymi były Lizzie wraz z matką mieszkające po sąsiedzku zaledwie dziesięć mil od Jamisson Castle. Zaproszono je tu pod pretekstem udziału w przyjęciu z okazji dwudziestych pierwszych urodzin młodszego syna Jamissonów, Jaya; jednak prawdziwym powodem było to, że Jamissonowie upatrywali w Lizzie dobrą partię dla swojego starszego syna, Roberta.

Lady Hallim bardzo się z tego cieszyła, bowiem Robert miał zostać dziedzicem ogromnej fortuny. Sir George także był kontent, gdyż pragnął przyłączyć ziemie Hallimów do rodzinnych dóbr Jamissonów. Robert też chyba nie miał nic przeciw, sądząc po tym, jak wodził oczami za Lizzie, odkąd tylko zjechała z matką do zamku.

Lizzie dostrzegła Roberta stojącego na majdanie przed stajnią i czekającego na osiodłanie konia. Przypominał nieco swoją matkę z portretu wiszącego w zamkowym hallu, przedstawiającego kobietę o blond włosach, jasnych oczach i ustach znamionujących stanowczość. Nie można mu było właściwie niczego zarzucić - nie był szpetny ani za gruby czy za chudy, nie cuchnęło od niego, nie pił za dużo, nie hołdował też zbytnio modzie. To wymarzona partia, wmawiała sobie Lizzie, i gdyby Robert poprosił ją o rękę, zapewne by się zgodziła. Wprawdzie nie była w nim zakochana, ale zdawała sobie sprawę, jaki ciąży na niej obowiązek.

Postanowiła się z nim trochę podroczyć.

- To doprawdy nieuprzejme z państwa strony, że mieszkacie w Londynie - zagaiła.

- Nieuprzejme? - Robert zmarszczył czoło. - Dlaczego? - zapytał.

- Pozbawia nas to miłych sąsiadów - wyjaśniła, ale on nadal sprawiał wrażenie skonsternowanego. Widać nie grzeszył poczuciem humoru. - Gdy państwa tu nie ma, żywego ducha nie uświadczysz stąd aż po Edynburg - dodała.

- Jeśli nie liczyć setki górniczych rodzin i paru zagrodniczych wsi - rozległ się męski głos za jej plecami.

- Dobrze pan wie, co miałam na myśli - powiedziała, odwracając się. Człowieka, który stał za nią  nie znała. - A tak w ogóle, to kim pan jest? - spytała z właściwą sobie bezpośredniością.

- Jay Jamisson - odparł młody mężczyzna, kłaniając się. Bardziej rozgarnięty brat Roberta. Jak pani mogła zapomnieć?

Słyszała, że przyjechał poprzedniej nocy, ale go nie poznała. Pięć lat temu był kilka cali niższy, miał całe czoło w pryszczach, a z podbródka wyrastało mu parę miękkich, jasnych włosków. Teraz zdecydowanie wyprzystojniał. Dawniej jednak nie błyszczał inteligencją i wątpiła, żeby pod tym względem coś się zmieniło na lepsze.

- Poznaję pana po zarozumiałości - powiedziała. Uśmiechnął się od ucha do ucha.

- Szczerze boleję, że jeśli chodzi o pokorę i skromność, nie mogę się z panią równać, panno Hallim.

- Jak się masz, Jay. Witaj w Jamisson Castle - odezwał się Robert. Jay nagle spochmurniał.

- Odrzuć ten protekcjonalny ton, Robercie. Wprawdzie jesteś moim starszym bratem, ale nie odziedziczyłeś jeszcze tego zamku.

- Gratulacje z okazji dwudziestych pierwszych urodzin wtrąciła Lizzie, by rozładować zgęstniałą nagle atmosferę.

- Dziękuję.

- Czy to właśnie dziś?

- Tak.

- Wybierasz się z nami do kościoła? - spytał niecierpliwie Robert.

Lizzie dostrzegła w oczach Jaya nienawiść, ale jego głos wyprany był z emocji.

- Owszem, kazałem już osiodłać sobie konia.

- Więc ruszajmy. - Robert odwrócił się w stronę stajni i krzyknął: - Szybciej tam!

- Wszystko gotowe, paniczu - dobiegł ze środka głos stajennego i w chwilę później wyprowadzono trzy konie: krzepkiego czarnego kucyka, gniadą klacz i siwego wałacha.

- Podejrzewam, że wypożyczono te zwierzęta specjalnie na tę okazję od jakiegoś edynburskiego handlarza koni - zauważył uszczypliwie Jay, ale zbliżył się do wałacha, poklepał go po szyi i pozwolił mu musnąć nozdrzami swoją błękitną kurtkę.

Lizzie dosiadła po damsku czarnego kucyka i puściła się kłusem przez majdan ku bramie. Bracia ruszyli jej śladem Robert na klaczy, Jay na wałachu. Deszcz ze śniegiem ciął Lizzie po oczach. Śnieg zalegający na ziemi uczynił drogę zdradliwą, bo maskował głębokie wykroty i konie co chwila się potykały.

- Jedźmy przez las - zaproponowała Lizzie. - Drzewa osłonią nas przed deszczem, a i teren tam równiejszy. - Nie czekając na odpowiedź, zboczyła z traktu, kierując się w stronę starego boru.

Leśne podłoże pośród smukłych sosen pozbawione było zupełnie zarośli. Potoczki i rozrzucone tu i ówdzie bagienka ścinał lód, ziemia zaś przyprószona była bielą. Lizzie puściła swojego kucyka cwałem. Po chwili wyprzedził ją szary koń Jaya. Podniosła wzrok i przed oczami mignęła jej na moment uśmiechnięta prowokacyjnie twarz młodszego Jamissona: chciał się z nią ścigać. Wydała bojowy okrzyk i uderzyła piętami kucyka, który wyrwał ochoczo do przodu.

Mknęli między drzewami, prześlizgując się z pochylonymi głowami pod zwieszonymi nisko konarami drzew, przesadzając zwalone pnie i przecinając pośród rozbryzgów wody strumyki. Koń Jaya był większy i szybszy w galopie, ale kucyk, dzięki krótkim nóżkom i lekkiej budowie, lepiej radził sobie w tym terenie, toteż Lizzie wkrótce wysforowała się do przodu. Gdy tętent konia Jaya ucichł w oddali, zwolniła i wypadłszy na najbliższą polankę zatrzymała swojego wierzchowca.

Jay wkrótce ją dogonił, ale Roberta nie było ani śladu. Lizzie pomyślała sobie, że widocznie miał dość rozsądku, by nie narażać się na szwank w tej bezsensownej gonitwie. Ruszyli dalej stępa pierś w pierś, z trudem łapiąc oddech. Ciepło bijące od koni ogrzewało jeźdźców.

- Pościgałbym się na prostej - wysapał Jay.

- Jadąc po męsku nie dałabym panu szans - odparła.

Mina Jaya zdradzała pewne zgorszenie. Wszystkie dobrze urodzone kobiety jeździły konno po damsku. Dosiadanie przez kobietę konia okrakiem traktowano jako przejaw prostactwa. Lizzie uważała to za głupi przesąd i kiedy była sama, dosiadała konia po męsku.

Przyglądała się spod oka Jay owi. Jego matka, Alicia, druga żona sir George'a, była niebieskooką, pełną wdzięku blondynką i Jay odziedziczył po niej błękitne oczy oraz ujmujący uśmiech.

- Czym zajmuje się pan w Londynie? - spytała.

- Służę w Trzecim Regimencie Gwardii Pieszej - odparł z dumą w głosie. -; Awansowałem właśnie na kapitana dodał.

- No i cóż wy, waleczni żołnierze, macie tam do roboty, kapitanie Jamisson? - spytała ironicznym tonem. - Czy w Londynie toczy się teraz jakaś wojna? Macie jakichś nieprzyjaciół do wybicia?

- Jest mnóstwo roboty z utrzymywaniem w ryzach motłochu.

Lizzie stanął nagle przed oczami mały Jay - wredny, wyżywający się na słabszych dzieciak - i przemknęło jej przez myśl, że ten obecny Jay, dojrzały już mężczyzna, chyba lubi swoje aktualne zajęcie.

- A jak to robicie? - spytała.

- Na przykład eskortujemy przestępców na szubienicę, żeby przypadkiem kamraci ich nie odbili, zanim kat zdąży zrobić swoje.

- Zatem, jak przystało na prawdziwego szkockiego bohatera, wypełnia pan swój czas uśmiercaniem Anglików? Jednak Jay wcale nie poczuł się urażony.

- Chciałbym kiedyś wystąpić z wojska i wyjechać za granicę - powiedział.

- O... A to czemu?

- W tym kraju młodszy syn nic nie znaczy - stwierdził. - Nawet służba dwa razy pomyśli, zanim wykona wydane przeze mnie polecenie.

- I wierzy pan, że gdzie indziej będzie inaczej?

- W koloniach jest inaczej pod każdym względem. Wiem to z książek. Ludzie mają tam więcej wolności i są bardziej bezpośredni. Człowieka oceniają po jego czynach.

- I co by pan tam robił?

- Moja rodzina ma plantację trzciny cukrowej na Barbadosie. Mam nadzieję, że ojciec podaruje mi ją na dwudzieste pierwsze urodziny.

Lizzie poczuła ukłucie zazdrości.

- Szczęściarz z pana - powiedziała. - Niczego tak nie pragnę, jak pojechać do jakiegoś nowego kraju. To musi być ekscytujące.

- Życie tam jest surowe - powiedział Jay. - Mogłoby pani brakować wygód, jakie ma pani tutaj: sklepów, oper, francuski...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]