[ Pobierz całość w formacie PDF ]
OLIVIA FONTAYNE
K S I E Z N A
Prolog
Testament i ostatnia wola
Woźnico, czy na pewno przywieźliście mnie pod
właściwy adres?
- Jeśli paniusia szuka księcia Ashford, to jego
pałac. Nie wiem, czy paniusia go tu znajdzie, bo od
sześciu miesięcy dom stoi pusty jak grób rodzinny.
- Woźnica zarechotał z własnego dowcipu i spojrzał
współczująco na młodą damę, która z wyrazem
zdumienia na twarzy wychylała się z otwartego
okienka nędznego powozu.
- Woźnico, czy bylibyście tak dobrzy i zapukali
do drzwi?
Lady Aleksandra Richardson, markiza Medford,
wydała polecenie z tak chłodną wyniosłością, że
brodacz natychmiast spoważniał i poczłapał po
marmurowych schodach do dębowych wrót książę­
cej rezydencji. Aleksandra obserwowała go z niepo­
kojem, żałując, że nie wzięła ze sobą wachlarza, gdy
7
wyjeżdżała wczoraj z Dover. Zapomniała już, jakie
gorące dni bywają latem w Anglii. Na domiar złego
w dusznym powozie unosiła się ostra woń stęchłej
skóry. Zrobiło jej się słabo. Wytarła spocone czoło,
ale skrawek koronki był niemile wilgotny jakby
zamoczony w letniej wodzie.
Podniosła wzrok i zobaczyła, że woźnica przyglą­
da się jej z niepokojem.
- Nic z tego, paniusiu. Kołatki są zdjęte i okien­
nice zamknięte. Widać rodzina księcia pojechała na
wieś. - Urwał i popatrzywszy na nią życzliwiej,
dodał: - Dobrze się paniusia czuje? Wygląda pani
jak z krzyża zdjęta, że się tak wyrażę. Blada jak
ściana. Może zawieźć paniusię z powrotem do ho­
telu Fenton? Nie godzi się, by kobitka w takiej
delikatnej kondycji rozbijała się po mieście. Bez
obrazy - dodał szybko, widząc jej lodowate spojrze­
nie.
Ten człowiek ma rację, pomyślała, zniecierpliwio­
na własną słabością. Do połogu jeszcze tylko trzy
miesiące i w takim stanie w ogóle nie powinna
wychodzić z domu, a co dopiero jeździć po Londy­
nie w tak okropny upał. Na samą myśl o tym, że
mogłaby stracić dziecko Adriana, strach ścisnął ją
za serce. Adrianie, westchnęła z rozpaczą. Dlaczego
nie jesteś tutaj ze mną? Tak bardzo cię potrzebuję.
Leżysz sobie w skromnym grobie na przedmieściach
dalekiej Brukseli. Zaraz jednak zawstydziła się swo­
ich myśli. Gdyby to od niego zależało, na pewno
wolałby być z nią. Nie, nie wolałby, poprawiła się
w duchu z bezwzględną uczciwością. Zrobiłby to
samo, co setki innych brytyjskich żołnierzy, wśród
8
nich wielu jego bliskich przyjaciół, którzy oddali
własne życie, by pokonać Bonapartego pod Water-
loo.
- No i jak będzie, paniusiu? Co teraz? - spytał
woźnica z niepokojem. - Jedziemy do hotelu Fen-
ton?
Aleksandra natychmiast oprzytomniała. Musi się
wreszcie uwolnić od dziwacznego zwyczaju rozma­
wiania w myślach z Adrianem. Nie może żyć prze­
szłością. Czeka ją tyle spraw. Musi podjąć tak wiele
decyzji dotyczących przyszłości własnej i dziecka.
Musi uporządkować sprawy Adriana, zadbać o jego
majątek, skromny dom, wynająć służbę, znaleźć
nianię dla ich pierworodnego i jedynego dziecka.
A przede wszystkim doręczyć dwa listy. Jeden -
adresowany do ojca Adriana, księcia Ashford, z któ­
rym zmarły mąż zerwał stosunki. Aleksandra oba­
wiała się tej konfrontacji od chwili, gdy Adrian
zmusił ją do przyrzeczenia, że odwiedzi teścia,
którego nigdy w życiu nie widziała. Drugi był prze­
znaczony dla kuzyna Adriana, Simona Weatherby,
jedynego przyjaciela w Anglii, na którym, jak ją
zapewnił, mogła polegać bez wahania. Z góry cie­
szyła się na spotkanie z jedynym członkiem rodziny
Adriana, który nie okaże jej wzgardy.
- Nie - oświadczyła stanowczo. - Nim wróci­
my do hotelu, mam jeszcze do załatwienia pewną
sprawę.
I podała woźnicy adres prawnika w City, który
zajmował się interesami Adriana.
Pan John Hamilton, z londyńskiej firmy prawni­
czej „MacIntyre and Hamilton", wybiegł ze swego
9
gabinetu, gdy tylko usłyszał od sekretarza, że mar­
kiza Medford chciałaby się z nim widzieć.
- Droga markizo! - wykrzyknął, patrząc na nią
z troską. - Trzeba było po mnie posłać. Natych­
miast bym przyszedł. Oczywiście, już dawno otrzy­
małem pani list, ale nie podała pani dokładnej daty
powrotu do Anglii. Jakież to smutne. Proszę przyjąć
moje najszczersze kondolencje, pani markizo, to
jest... wasza książęca mość. Bardzo przepraszam.
- Nie rozumiem? - Aleksandra spojrzała na nie­
go ze zdziwieniem.
Pan Hamilton popatrzył na nią zdumiony, ale
widząc zaciekawiony wzrok sekretarza, poprosił
klientkę do gabinetu i zamknął za sobą drzwi.
Usadziwszy ją na jednym z zielonych, krytych
skórą foteli stojących przed biurkiem, zajął swoje
miejsce i popatrzył na nią z namysłem.
- Czy mam zatem rozumieć, iż markiz Medford
nie otrzymał mojego listu informującego, że jego
ojciec zmarł piętnastego lutego?
Aleksandra jęknęła i zbladła. Na moment straciła
mowę, gdy dotarł do niej sens jego pytania.
- Nie - wykrztusiła z trudem. - Piętnastego
lutego? - powtórzyła. - To znaczy, że Adrian... -
Nie mogła skończyć, bo na nowo zawładnęła nią
rozpacz.
- Tak, wasza wysokość - powiedział wolno pra­
wnik. - Od lutego pani mąż był piątym księciem
Ashford. Jego syn, jeśli rzecz jasna urodzi się syn,
odziedziczy tytuł.
Aleksandra spuściła wzrok na dłonie splecione na
zaokrąglonym brzuchu. Jej umysł po prostu odmó-
10
[ Pobierz całość w formacie PDF ]