[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ALAN DEAN FOSTER

MISJA DO MOULOKINU

Tytuł oryginału: Mission to Moulokin

Trylogia: Tran-ky-ky tom 2

Przełożyła: Anna Wojtaszczyk

Data wydania polskiego: 1998

Data wydania oryginalnego: 1979

PROLOG

 

 

Wszystko zaczęło się od całkowicie skopanej próby porwania. Dwaj mężczyźni, którzy usiłowali uprowadzić zamożnego Hellesponta du Kane’a i jego córkę Colette z liniowca o napędzie KK, krążącego wokół lodowej planety Tran-ky-ky, zmuszeni byli zabrać ze sobą dwóch świadków: drobnej postury nauczyciela szkolnego Millikena Williamsa i komiwojażera Ethana Fortune. Nie liczyli się jednak z dodatkową obecnością białowłosego olbrzyma, odsypiającego akurat pijatykę na tyłach szalupy ratunkowej, którą zamierzali uciec. September niezbyt uprzejmie zareagował na to, że go uprowadzono. W wyniku podjętej przez niego akcji szalupa roztrzaskała się na zamarzniętej planecie, wokół której liniowiec krążył, a oni znaleźli się o tysiące wietrznych kilometrów od jedynej placówki ludzkiej. Również na skutek jego działalności śmierć poniósł jeden z porywaczy, a drugi został unieruchomiony.

Wydawało się, że nie mają żadnych szans na przeprawienie się przez wiecznie zamarznięte oceany Tran-ky-ky, przy temperaturach stale poniżej zera i nieustannym wietrze, dopóki nie dotarła do nich grupa zaciekawionych tubylców z miejscowego państwa-miasta Wannome. Ludzie i tranowie, z początku ostrożni i podejrzliwi, szybko się ze sobą zaprzyjaźnili, w czym wydatnie pomogła im działalność pewnego wybitnego, młodego trana, rycerza Hunnara Rudobrodego.

Przybycie ludzi i ich szalupy zbudowanej z niezwykłego metalu na ubogą w te surowce Tran-ky-ky dobrze się przysłużyło Rudobrodemu. Wykorzystał to jako znak, że Wannome i wyspa Sofold, na której miasto leżało, powinny stawić opór nadciągającym łupieżcom, Sagyanak Nagłej Śmierci i jej Hordzie. Takie wędrowne plemiona koczowniczych barbarzyńców, dosłownie ruchome miasta na tratwach lodowych, nawiedzały stałe miasta i miasta-państwa na Tran-ky-ky, żądając daniny i zadając gwałt wszystkim, którzy odmawiali zapłaty.

Dzięki kuszom i jeszcze jednemu niezwykle ważnemu wynalazkowi nauczyciela Williamsa i miejscowego czarodzieja nadwornego, Malmeevyna Eer-Meesacha, Horda została pobita na głowę. A wtedy Torsk Kurdagh-Vlata, Landgraf i władca Wannome, zgodził się, choć niechętnie, dotrzymać danej rozbitkom obietnicy i pomóc im dotrzeć do Dętej Małpy, placówki Wspólnoty.

Ludzie i tranowie wykorzystali duramiks, metal z rozbitej szalupy, żeby sporządzić niezawodne płozy lodowe, posłużyli się też przystosowanym odpowiednio schematem budowy kliprów, starożytnych statków z mórz Ziemi, i skonstruowali olbrzymią tratwę z ożaglowaniem przystosowanym dojazdy na lodzie. Nazwali ją Slanderscree.

Razem z Hunnarem i załogą trańskich marynarzy ocaleli ludzie wyruszyli w niebezpieczną, długą podróż. Uporali się z zagrożeniem, jakie stanowiły niedobitki Hordy, z niebezpieczną lokalną fauną w rodzaju guttorbynów i rozszalałych stavanzerów, które niekiedy osiągały wielkość małych statków kosmicznych, z klasztorem religijnych fanatyków i wybuchem gigantycznego wulkanu.

Więcej kłopotów sprawiały Ethanowi stosunki z Elfą Kurdagh-Vlatą, córką Landgrafa, która znalazła się na pokładzie Slanderscree jako pasażerka na gapę, oraz z czułą, choć sarkastyczną i despotyczną Colette du Kane.

Ale ani zagrożenia, ani te kłopoty nie przeszkodziły Slanderscree dotrzeć do wyspy Asurdun, gdzie była Dęta Małpa, placówka ludzi i port wahadłowców, z którego mieli nadzieję bezzwłocznie odlecieć z piekielnie zimnej, wietrznej planety Tran-ky-ky...

ROZDZIAŁ 1

 

 

Ethan Frome Fortune przechylał się przez drewnianą poręcz i wrzeszczał co sił. Wiatr zniekształcał jego słowa. W dole maleńka, dwuosobowa łódź usiłowała podjechać jak najbliżej burty pędzącego klipra lodowego. Jeden z mężczyzn wychylił się z jej wnętrza przez okno i płaczliwym głosem zawołał coś do Ethana, który w odpowiedzi przytknął obie dłonie do membrany swojego kombinezonu ochronnego i na nowo podjął próby porozumienia się.

– Mówiłem, że jesteśmy z Sofoldu, Sofoldu!

Mężczyzna na łódce rozłożył ręce i potrząsnął głową na znak, że nadal nic nie rozumie. A potem musiał użyć obu rąk i złapać za skraj okna, kiedy malutka łódka ostro skręciła, żeby umknąć spod jednej z olbrzymich, duramiksowych płóz Slanderscree.

Wielki statek lodowy sunął na wspaniałych, metalowych łyżwach; dwie znajdowały się na samym przodzie, dwie w tyle, gdzie pokładnica statku mającego kształt grotu strzały była najszersza, ostatnia zaś przy spiczastej rufie. Każda z nich wznosiła się niemal na cztery metry w górę i była tak wielka, że mogłaby przeciąć łódź patrolową na pół, gdyby jej kierowcy zabrakło ostrożności lub refleksu, żeby zejść z drogi dwustumetrowemu statkowi.

Ethan odsunął do tyłu wbudowaną w kombinezon ochronny maskę, nie ruszając antyodblaskowych gogli, które nosił pod spodem, i zastanowił się nad tym, co właśnie wrzasnął. Z Sofoldu? On? On przecież jest nieźle prosperującym komiwojażerem z Domu Malaiki. Sofold był domem dla Hunnara Rudobrode go, Balavere’a Longaxa i innych tranów, mieszkańców tego zamarzniętego, surowego, lodowego świata Tran-ky-ky. Z Sofoldu? Czyżby przez te półtora roku, na które on i jego towarzysze tu utknęli, do tego stopnia zaaklimatyzował się na tej bezlitosnej planecie?

Mieciony wiatrem śnieg szorował po jego wypolerowanym do połysku naskórku jak pumeks i Ethan odwrócił się, żeby ochronić odsłoniętą skórę. Zerknął na termometr osadzony na wierzchu rękawicy; wskazywał balsamiczne minus 18 stopni. Nic dziwnego, znajdowali się przecież w pobliżu równika Tran-ky-ky i należało się spodziewać takich tropikalnych warunków.

Na jego ramieniu spoczęła futrzasta łapa. Ethan obejrzał się i ujrzał lwią twarz Sir Hunnara Rudobrodego. Przyjrzał się badawczo lekko ubranemu rycerzowi i pozazdrościł mu tego przystosowania do klimatu, który przeciętnego, nie chronionego niczym człowieka zabiłby w godzinę. Przy gorszej pogodzie tranowie także opatulali się ciepło, ale tutaj panowały bardziej umiarkowane warunki, więc Sir Hunnar i jego towarzysze mogli zrzucić z siebie ciężkie futra z hessavara i przywdziać lżejszy strój, taki jak skórzana kamizela i spódniczka, które obecnie miał na sobie rycerz. Chociaż tran był wyższy od Ethana o kilkanaście centymetrów, w barach był niemal dwa razy szerszy od niego, a mimo to ważył niewiele więcej niż przeciętny człowiek, ponieważ jego na wpół puste kości zmniejszały ciężar ciała.

Szparki czarnych źrenic odbijały rażąco od żółtych, kocich oczu, jak odpryski obsydianu osadzone w kaboszonach jaskrawego topazu. Rozdzielał je szeroki, krótki pysk, który kończył się nad szerokimi ustami. Zaciśnięte wargi i postawione, trójkątne uszy były oznaką zaciekawienia. Prawy dan Hunnara, mocna membrana rozciągająca się od nadgarstka do biodra, był częściowo otwarty i wydęty od wiatru, ale rycerz z łatwością utrzymywał równowagę na szifach, wydłużonych pazurach, które pozwalały tranom ślizgać się po lodzie zgrabniej niż najbardziej utalentowanemu łyżwiarzowi.

Chociaż na oko Hunnar wyróżniał się z tłumu swoich stalowoszarych towarzyszy jedynie rudawą brodą i rdzawym odcieniem futra, zdaniem Ethana górował nad nimi także swoją dociekliwą osobowością i wrodzoną ciekawością.

– Chcą wiedzieć – powiedział Ethan po trańsku, gestem wskazując na małą łódkę patrolu, muskającą lód poniżej – skąd przybyliśmy. Powiedziałem im, ale nie sądzę, żeby mnie usłyszeli.

– A może i słyszeli cię dobrze, Sir Ethanie, ale po prostu nic nie wiedzą o Sofoldzie.

– Powiedziałem ci, żebyś do mnie przestał mówić sir, Hunnarze. – Tytuły, jakimi tranowie z miasta Wannome obdarzyli ludzi po pokonaniu Hordy Sagyanak wciąż jeszcze wprawiały go w zażenowanie.

– Pamiętaj – ciągnął dalej beztrosko Hunnar – że zanim ty i twoi towarzysze wylądowaliście w pobliżu Sofoldu w swojej metalowej, latającej łodzi, nigdy nie widzieliśmy ani nie słyszeliśmy o twojej rasie. Ignorancja jest mieczem o dwu ostrzach. – Pomachał masywną ręką w kierunku łódki patrolowej. – Byłoby to w rzeczy samej zaskakujące, gdyby twoi pobratymcy w tej placówce, którą nazywasz Dętą Małpą, jedynej w swoim rodzaju na moim świecie, słyszeli kiedyś o tak dalekim kraju jak Sofold.

Przerwał im okrzyk dochodzący z góry, z klatki obserwatora osadzonej na wiekowym drzewie, które teraz służyło za główny maszt Slanderscree. Wiele miesięcy spędzonych wśród tranów dały Ethanowi zdolność szybkiego tłumaczenia słów obserwatora. Po trwającej pół dnia ostrożnej podróży wzdłuż zamarzniętego fiordu, ciągnącego się od przeogromnego oceanu, wjeżdżali wreszcie do portu Asurdunu, trańskiego miasta-państwa, w którym znajdowała się rozdygotana z zimna placówka ludzkości na tym świecie.

Ethan i Hunnar stali na pokładzie sterowym. Nie licząc trzech masztów, było to najwyższe miejsce na statku. Za ich plecami kapitan Ta-hoding miotał szybkostrzelnymi poleceniami w dwóch tranów, którzy borykali się z ogromnym kołem połączonym z duramiksową płozą, za pomocą której sterowano Slanderscree. Inni tranowie zgodnie z rozkazami kapitana manipulowali dwoma gigantycznymi płatami powietrznymi na dziobie i rufie, żeby jeszcze bardziej wyhamować kliper lodowy. W tym samym czasie reszta załogi szybko przeprowadzała skomplikowany i niebezpieczny manewr refowania żagli. Ethan zdumiewał się, jak wspaniale opanowali oni umiejętność poruszania się po olinowaniu przeogromnego statku lodowego. Gdyby nie pazury i grube szify, nie utrzymaliby się w górze na oblodzonych rejach.

Chociaż Hunnar z łatwością sunął po lodowej ścieżce biegnącej wzdłuż poręczy statku, Ethan musiał wytężać siły, żeby się utrzymać w pionie, kiedy ruszyli do przodu, chcąc lepiej widzieć. Pokład sterowy ciągnął się w tył aż do szerokiego końca przypominającej grot strzały Slanderscree. Kiedy stanęli tuż nad odzywającą się stłumionym skrzekiem tylną lewą płozą, mogli patrzeć wprost na port.

Port Asurdunu miał kształt bańki i usadowił się na samym końcu długiej, wąskiej zatoki, prowadzącej od lodowego oceanu w głąb lądu. Podobnie jak ocean, zatoka i wszystkie inne otwarte wody na Tran-ky-ky także port był zamarznięty na kość. Była to po prostu płaska tafla o wielu odcieniach bieli, pokryta cieniutką warstewką śniegu i lodowych kryształków. W miejscach, w których wiatr odwiał śnieg, koleiny znaczyły szlak, jakim wcześniej przejechały inne statki lodowe.

Ethan przybywał tu z opóźnieniem osiemnastu standardowych miesięcy, mierzonych według czasu Wspólnoty. Dęta Małpa była tylko jednym z wielu przystanków na nowym terytorium, którym miał za zadanie się zająć. Ale fakt, że został wplątany w nieudaną próbę porwania na pokładzie międzygwiezdnego liniowca Antares, a następnie wraz z innymi rozbitkami znalazł się w pobliżu Wannome, rodzinnego miasta Hunnara, znacznie przedłużył jego pobyt na tej planecie.

Asurdun był wyspą większą niż Sofold, choć prawdopodobnie mniejszą niż wiele innych. O ile Ethan się orientował, Tran-ky-ky była światem wysp poutykanych w zlepku zamarzniętych oceanów. Gdzieś w pobliżu znajdowała się thranxludzka placówka, Dęta Małpa, razem ze swoim portem dla wahadłowców i nadzieją na odlot z tego świata, który przypominał postawione na głowie piekło. Ciepło – Asurdun... jedno szło ręka w rękę z drugim. Cóż to będzie za radość przestać się bawić w odkrywcę i zająć się znowu zwykłymi, szanowanymi sprawami, takimi jak dostarczanie różnych wyrobów z jednego ciepłego świata na drugi ciepły świat!

To sprawiło, że pomyślał o swoich towarzyszach nieplanowanej wyprawy. Przeprosił Hunnara i poszedł ich odszukać; najpierw rozejrzał się po pokładzie, a potem wszedł do dwóch dwupoziomowych kabin, usytuowanych przed sterem.

Porywacze, którzy ich uprowadzili, należeli już do przeszłości, a osobnik, w zasadzie odpowiedzialny za ich śmierć, stał właśnie na dziobie i wyglądał ponad bukszprytem. Odległość sprawiała, że nawet jego imponująca osoba wyglądała jak niewielka plamka brązu na tle pokładu i białego lodu przed nimi.

Dziwne, ale z nich wszystkich to Skua September zdawał się najlepiej pasować do tego świata. Ze swoim ponad dwumetrowym wzrostem, wagą niemal dwustu kilogramów, ze swoją twarzą biblijnego proroka i falującymi, białymi włosami, od których ostro odbijał złoty kolczyk w prawym uchu, robił wrażenie bryły, która oderwała się od czoła lodowca. Na szalupie ratunkowej nie było wystarczająco wielkiego kombinezonu, przerzucił się więc na strój miejscowy. W płaszczu z futra hessavara, opończy i spodniach, pomimo swoich antyodblaskowych gogli sprawiał wrażenie jednego z tubylców.

Z kolei pod osłoną przedniej kabiny stał Milliken Williams gawędzący ze swoim duchowym i intelektualnym bratem, trańskim czarodziejem, Malmeevynem Eer-Meesachem. September mógł pasować do Tran-ky-ky pod względem fizycznym, ale Williams wtapiał się w nią pod względem intelektualnym. Ten skromny nauczyciel więcej wiedzy mógł przekazać tutaj niż w jakiejkolwiek szkole Wspólnoty, więcej też informacji zdobył o tym świecie, niż zawierały jakiekolwiek infotaśmy. Williams miał duszę milczka. Aura mogła mu nie odpowiadać, ale pogodny spokój intelektualnej przygody z pewnością tak.

Gdzieś w jednej z dwóch kabin spali Hellespont du Kane i jego córka Colette, którzy byli faktycznymi obiektami porwania. Colette była również przyczyną osobistej rozterki Ethana. Pewnego dnia, tak bez ogródek, zaproponowała mu małżeństwo. Chociaż była bardzo otyła, Ethan poważnie zastanawiał się nad propozycją. Zalety ożenku z jedną z najbogatszych młodych kobiet w tym Ramieniu Galaktyki były wystarczające, by przeważyć takie nieistotne drobiazgi jak brak cielesnej urody oblubienicy. Colette była też niesłychanie kompetentną osobą. Ethan wiedział, że to ona kierowała finansowym imperium du Kane’a podczas okresowych ataków starczego zdziecinnienia swojego ojca. Ale trzeba było też liczyć się z jej zjadliwym jeżykiem, zdolnym dosłownie poszatkować ego człowieka na drobne kawałeczki. Do tego miała niezwykle silną osobowość, nawykła też do manipulowania dyrektorami korporacji i wydawania rozkazów przedstawicielom Wspólnoty. Musi się dobrze zastanowić nad perspektywą spędzenia reszty życia z tak potężną indywidualnością.

Gdzieś na dole spała też narkotycznym snem Elfa Kurdagh-Vlata, córka Landgrafa Sofoldu, który był władcą/wodzem/królem Hunnara. Ta pasażerka na gapę przechrapała dużą część niebezpiecznej i obfitującej w wydarzenia podróży z Sofoldu, ale kiedy się zbudzi, Ethan z pewnością będzie musiał uporać się z jeszcze jednym problemem. Pomimo oczywistych różnic fizjologicznych ludzie i tranowie byli wystarczająco do siebie podobni i Elfa, ku wielkiemu zażenowaniu Ethana, zapałała do niego afektem. Jej zainteresowanie wyraźnie sprawiało ból Hunnarowi, chociaż nic na ten temat nie mówił. Zarówno jemu, jak i Ethanowi udało się opanować emocje i zachowywali się, jak na przyjaciół przystało, ale problem z pewnością pojawi się znowu, kiedy się królewska latorośl obudzi.

Ethan nie ukrywał swojego braku uczuć przed Elfa, ale nie przeszkadzało jej to w usilnych staraniach, żeby zmienił swoje zdanie. Gdyby tylko spała o kilka dni dłużej, już by go nie było na tej planecie; pozwoliłoby to im uniknąć osobistych kontaktów. I tak byłoby najlepiej. Chociaż głośno oświadczał, jakie są jego uczucia w stosunku do Elfy, nie mógł jednak zaprzeczyć, że jest w niej jakiś taki koci urok, który...

 

* * *

Opierając się na informacjach przekazywanych przez obserwatorów siedzących na szczycie masztu i bukszprycie, Ta-hoding umiejętnie kierował Slanderscree w kierunku otwartego doku, sterczącego z linii brzegowej portu. Dok był po prostu drewnianym pomostem wysuwającym się w lód. Pale, na których się wspierał, były niezbędne, żeby podnieść go do poziomu pokładu statku, a nie żeby wynieść go nad zamarzniętą wodę.

Wokół Slanderscree zaczęły gromadzić się mniejsze łodzie lodowe, które utrudniały manewrowanie kolosalnym statkiem.

Na szczęście Asurdun posiadał rozległy port, dużo szerszy niż rodzimy port Slanderscree w Wannome, a Ta-hoding lawirował po mistrzowsku, objeżdżając i wymijając ciekawskich.

Załoga klipra lodowego ostrzegła kilku przejętych nabożną czcią gapiów, żeby się odsunęli. Ich ogłupiałe zdumienie było usprawiedliwione, Ethan to rozumiał. Całkiem prawdopodobne, że Slanderscree była ze dwa razy większa niż jakikolwiek statek lodowy, jaki zdarzyło im się kiedykolwiek widzieć. Nie było wątpliwości, że w tłumie gromadzącym się na brzegu znajdowali się i pełni podziwu szkutnicy, i zazdrośni kupcy. Trudno ich będzie utrzymać z dala od statku, kiedy ten już przybije do doku. Wrodzona ciekawość popchnie ich do prób zapoznania się z nieznanym układem olinowania, będącego modyfikacją olinowania ziemskich kliprów, zaadaptowanym przez Williamsa dla potrzeb lodowych oceanów Tran-ky-ky. Na pewno będą wdrapywać się na wszystkie pięć masywnych, duramiksowych płóz, na których jeździł lodowy kliper. Metal był rzadkim towarem na Tran-ky-ky. Inne, mniejsze lodowe statki, jakie Ethan dotąd widywał, wyposażone były w płozy z drewna lub rzadziej z kości czy kamienia.

Niektórzy z marynarzy na statku zaczęli kląć, bowiem obsługa doku nie pospieszyła im na pomoc. Wyraźnie ich również oszołomiły rozmiary Slanderscree. W tej sytuacji oficerowie musieli rozkazać swoim podwładnym przeskoczyć przez poręcze na dół i obsadzić cumy i brasy, ale kiedy manewr cumowania się rozpoczął, załoga naziemna przyłączyła się do roboty. A cumowanie Slanderscree wymagało dużej zręczności. Statek miał długość niemal trzy razy taką jak dok, ale w polu widzenia nie było żadnych dłuższych doków. Nigdy dotąd nikomu nie były potrzebne; statki o rozmiarach Slanderscree po prostu na Tran-ky-ky nie istniały.

Ta-hoding był jednak przygotowany na te trudności. Jak tylko zabezpieczono dziób jego statku, rozkazał zarzucić rufowe kotwice lodowe, które miały chronić olbrzymi statek przed obróceniem go rufą do przodu przez wiejący stale od tyłu wiatr.

Wiatr, wiatr i mróz. Ethan nasunął znowu przez gogle ochronną maskę, żeby zabezpieczyć swoje delikatne ludzkie ciało. Na Tran-ky-ky wiatr nie wiał wyłącznie wtedy, kiedy człowiek znalazł się pod osłoną jakiejś wyspy albo wewnątrz budynku. Tutaj był tak oczywisty, jak słońce na rajskiej Nowej Riwierze czy na jednym z thranxowskich światów, na Amropolous czy Hivehomie. Wiał wytrwale, zmienny wprawdzie, ale nigdy całkowicie nie ustający, dął poprzez pustkowia i zamarznięte morza. Uderzał ich teraz wytrwale prosto w plecy, wsysany przez wznoszące się do góry, nieco cieplejsze powietrze nad wyspą. Po kobaltowe niebieskim niebie przepłynęło z wiatrem kilka nabrzmiałych chmur. Ethan odwrócił wzrok i ruszył do przodu. Obramowana siwizną i ukryta za goglami pobrużdżona twarz Septembra obróciła się w jego kierunku. Skua spojrzał na niego i uśmiechnął się, pokazując zęby białe jak odpryski lodu z otaczającego ich portu.

– Słowo daję, mój chłopcze, wzięliśmy i dojechaliśmy cało! – Skua z zadowolenia potarł sobie ogromny nos, potem odwrócił się, bacznie przyglądając się miastu, wijącym się ścieżkom lodowym, które tworzyły lśniące wstęgi pomiędzy budynkami, krzątającym się tranom, którzy po nich chodzili, czy szifowali. Ci z tubylców, którzy nie zatrzymywali się, żeby gapić się na kliper lodowy, rozpościerali ramiona równolegle do ulicy, a wiatr wypełniał błoniaste dany i pędził ich bez wysiłku do przodu.

Z tysiąca kominów unosiły się w górę kręte pasma dymu. Na łagodnym stoku wyspy wyrastały to tu, to tam wielopiętrowe budowle o dwuspadowych dachach i spiętrzały się pod nagim, szarym masywem pokaźnego zamku. Wyglądało na to, że w Asurdunie jest znacznie więcej mieszkańców niż w Wannome i Ethana zaskoczyło, że zamek jest tak niewielki. To mogło świadczyć albo o stosunkowym ubóstwie lokalnego rządu, albo o skromności Landgrafa. Sir Hunnar znalazł trzecie wyjaśnienie.

– Wygląda, jakby miał nie więcej jak z tuzin lat, Sir Ethanie... Ethanie. I wydaje się wyjątkowo dobrze zbudowany.

Hunnar niezgrabnie przełazi przez poręcz i zszedł po spuszczonej ze statku drabinie. Odprężył się wyraźnie, kiedy pod szifami poczuł ścieżkę lodową, pokrywającą środkową część doku. Jak wszyscy tranowie czuł się dużo swobodniej na lodzie niż na jakiejkolwiek innej powierzchni. Ethan i Skua September dołączyli do rycerza i jego dwóch giermków, Suaxusa dal Jaggera i Budjira. Ci ostatni rozmawiali o mieście i o zebranych tłumach pełnym podejrzliwości szeptem. Trzymali ręce mocno przyciśnięte do boków, żeby jakiś niespodziewany podmuch wiatru nie napełnił im danów i nie popchnął gwałtownie do przodu. Schodzącą na ląd grupę dobiegł ze statku jakiś głos. Ethan odwrócił się, odruchowo przymrużył oczy pod wiatr, chociaż pod maską nic im się nie mogło stać, i rozpoznał okrągłą, ubraną w kombinezon ochronny postać, która machała do nich z dziobu.

– Kiedy się już znajdziecie w porcie i będziecie mieli jakieś kłopoty z władzami, skorzystaj z numeru dwadzieścia dwa RR! – Głos był rzeczowy, władczy, a jednak kobiecy mimo całej trzymanej w ryzach mocy. Colette du Kane przerwała, żeby powiedzieć coś półgłosem do stojącej obok niej chwiejnej postaci, a potem troskliwie objęła ojca ramieniem. – To nasz rodzinny kod. Każdy komputer rozpozna go natychmiast, Ethanie. Od osobistego kartometru do legitymacji kościelnej. Zapewni nam pierwszeństwo przy rezerwacji na pierwszy odlatujący stąd wahadłowiec i pomoże uporać się z biurokracją.

– Dwadzieścia dwa RR, w porządku. – Ethan zawahał się, bo Colette chciała chyba jeszcze coś dodać, ale w tym momencie jej ojciec gwałtownie się pochylił i musiała się nim zająć. Z tej odległości nic nie słyszeli, ale ruchy postaci wskazywały na szarpiący, głęboki kaszel.

Odwrócili się i ruszyli w stronę miasta. Hunnar i giermkowie zredukowali szybkość jazdy niemalże do pełzania, żeby nie wyprzedzić ludzi. Jeszcze trochę, a musieliby zacząć chodzić.

– Silna kobieta – odezwał się pogodnie półgłosem September.

Hunnar zapytał o coś jakiegoś tubylca, a ten skierował ich na lewo. Poszli wzdłuż portu i skręcili w tym kierunku.

– Tak, jest silna – zgodził się Ethan. – Ale ma trochę skłonności do despotyzmu.

– No cóż, mój chłopcze, a czego spodziewałeś się po latorośli jednej z rodzin kupieckich? Oczywiście mnie nic do tego. To tobie się oświadczyła, nie mnie.

– Wiem, Skuo. Ale szanuję twoje zdanie. Jak myślisz, co powinienem zrobić?

– Prosisz o opinię człowieka, którego poszukuje policja – szeroko uśmiechnął się Skua. A potem uśmiech zniknął i September stał się niespodziewanie, nienaturalnie poważny. – Chłopcze, możesz mnie prosić o radę, kiedy chodzi o walkę, i to obojętnie czy wręcz, statek ze statkiem, czy może pojazd z pojazdem. Możesz mnie prosić o radę, kiedy chodzi o politykę czy religię, jedzenie czy picie. Możesz mnie prosić o radę w dowolnych stu sprawach, w tysiącu sprawach, a chociaż o połowie z nich wiem tyle, co kot napłakał, mimo to zaryzykuję i ci odpowiem. Ale – i tu popatrzył na Ethana tak ostro, tak wściekle, że ten w zdenerwowaniu aż się potknął – nie proś mnie o radę, kiedy chodzi o kobiety, bo miałem z nimi gorszego pecha niż w walce, polityce, czy tysiącu innych sprawach. Nie, mój chłopcze – ciągnął dalej, odzyskując częściowo swój niezmiennie dobry humor – tego wyboru będziesz musiał dokonać sam. Ale jedno ci powiem: nie utożsamiaj nigdy kształtów i urody ze zdolnością do odczuwania namiętności. Ten błąd popełnia zbyt wielu mężczyzn. Piękno to nie jest rzecz powierzchowna... sięga do głębi, cholernie głęboko. A teraz przyspieszmy trochę kroku. Sir Hunnar i jego chłopcy prawie już pozasypiali, próbując leźć w naszym tempie, a mnie w równym stopniu jak tobie zależy, żeby się dostać do kapitanatu...

 

* * *

Weszli na szczyt niewielkiego wzniesienia. W dole tuż przed nimi leżało osiedle thraxludzkie Dęta Małpa. W tym momencie Ethan nie był w stanie oderwać wzroku od trzech wklęsłych zagłębień wykopanych w zamarzniętej ziemi i schludnie wyłożonych okładziną z metalu, wolną od lodu. Lądowiska wahadłowców. Sama metalowa okładzina, te trzy idealne misy to według Irańskich kategorii istna fortuna, a przecież żadna z nich nie wyglądała na naruszoną ani przynajmniej uszkodzoną. Oczywiście, przypomniał sam sobie, przyczyną tego może być fakt, że tranowie nie posiadali wystarczająco mocnych narzędzi, żeby przeciąć duramiks czy metaloceramiczne krystaloidy.

Na jednym z lądowisk stał sobie niewielki, metalowy kształt; byłby nadzwyczaj podobny do Slanderscree, gdyby nie brak masztów i bardziej aerodynamiczna konstrukcja. Na widok tego niewielkiego statku Ethanowi aż coś zatrzepotało w żołądku. Może się już niedługo na nim znajdzie.

Po wschodniej stronie osiedla wzniesiono gigantyczną ścianę ze zmarzłej ziemi i bloków lodu oraz śniegu, mającą chronić przed wytrwale wiejącym od portu wiatrem. Zabudowania kapitanatu leżały niedaleko, po ich stronie przystani, ruszyli więc wszyscy w stronę dwupiętrowego gmachu o kształcie litery L. We wnękach nad wolnym od śniegu głównym wejściem świeciły dwa jarzące się znaki. Jeden z nich głosił: DĘTA MAŁPA – TRANKYKY ADMINISTRACJA. Pod nim znajdowały się napisane kanciastym, lokalnym pismem słowa, które z grubsza można być przetłumaczyć jako MIEJSCE OBCOZIEMCÓW Z NIEBA. Przez drzwi przepływał nieprzerwany strumień opatulonych ludzi, wśród nich pojawiał się od czasu do czasu jakiś tran. Okna ze szkłotopu, tak grube, że można by ich używać na statkach gwiezdnych, pozwalały mieszkańcom budynku wyglądać na zamarznięty świat. Ethan zajrzał przez nie do środka. W jakiś sposób chroniono je od wewnątrz przed kondensacją pary.

– Co zrobimy teraz, Ethanie?

Głos Hunnara brzmiał niepewnie. Bez wątpienia rycerz zastanawiał się, czy ci dziwni ludzie zamieszkujący to miejsce będą mieli w obrębie swoich budowli jakieś ścieżki lodowe, czy też będzie zmuszony iść dalej na piechotę.

– Musimy zarezerwować sobie miejsca na odlot z waszego świata. Z powrotem do domu.

– Do domu – powtórzył jak echo Hunnar. – Oczywiście.

W głosie rycerza dały się słyszeć sprzeczne emocje. Ethan na tyle rozumiał już język, że zauważał takie niuanse. Hunnar wyrażał smutek z powodu ich zbliżającego się odlotu, a równocześnie dogłębną wdzięczność. A może po prostu myślał o Elfie Kurdagh-Vlata, śpiącej na pokładzie Slanderscree.

I znowu Ethan miał ochotę pocieszyć Hunnara, że jeśli chodzi o ich rywalizację o względy córki Landgrafa, to nie ma się czym martwić, ale uznał, że zarezerwowane miejsce na odlot powinno Hunnara pocieszyć w dostatecznym stopniu.

W stronę wejścia prowadziła lodowa rampa dla użytku ludzi, obramowana po obu stronach gładkim metalem. Metal był pożłobiony, żeby zwiększyć tarcie, chociaż chwilowo nie było na nim lodu. Drogę do środka zagradzały dwie pary drzwi. Przez pierwsze przeszli bez większych kłopotów, pomimo gwałtownego wzrostu temperatury, ale kiedy minęli drugie i weszli do wnętrza budynku, Sir Hunnar dosłownie zatoczył się, a markotny Suaxus niemal upadł. Tranowie lubili w swoich pomieszczeniach utrzymywać ciepło, tak może z pięć stopni powyżej zera, ale temperatura panująca wewnątrz budynku, ustawiona na wysokość optymalną dla ludzi, była dla nich zabójczo wysoka. W tym momencie Ethan zorientował się, że w samym budynku nie było żadnych tranów. Ci, którzy wchodzili do środka, zatrzymywali się w strefie pomiędzy dwoma parami drzwi, w niedużym westybulu z wieloma okienkami. To tam oddawali i odbierali pakunki, czy toczyli rozmowy z ludźmi przy zainstalowanych w tym celu okienkach. Pomieszczenie było wystarczająco chłodne dla nich, a znośne dla ludzi tu pracujących, a mimo to tranowie kończyli swoje interesy w pośpiechu i wypadali na zewnątrz, na krzepiąco arktyczne powietrze.

– Za... twoim pozwoleniem, przyjacielu Ethanie, przyjacielu Skuo... – Hunnar chwiejnie się wyprostował. Nie czekając na potwierdzenie Ethana, rycerz i jego dwaj towarzysze odwrócili się i potykając wyszli na zewnątrz. Przez przezroczyste drzwi Ethan widział, jak Suaxus opada do pozycji siedzącej i chwyta się obiema rękami za głowę, a Hunnar i Budjir, wciągający całe hausty lodowatego powietrza, zajmują się nim.

– Rozumiem, tu by dostali udaru ciepln...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]