[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Fragment książki ‘Wybrana’ P.C. Cast, Kristin Cast

 

Przez ostatni miesiąc co wieczór wymyślałam sobie jakiś głupi pretekst, żeby się wymknąć i samotnie nawiedzać ulice Tulsy. Nawiedzać!… Prychnęłam pod nosem. Idealne słowo na określenie poszukiwania mojej najlepszej przyjaciółki, Stevie Rae, która miesiąc temu zmarła, a potem ożyła.

Wiem, że to brzmi dziwacznie. No cóż – tak właśnie było.

Adepci umierali. To wiedzieliśmy wszyscy. Sama byłam świadkiem śmierci dwóch spośród trzech osób, które zmarły od czasu mojego przybycia do Domu Nocy. Było zatem wiadomo, że jesteśmy śmiertelni. Nie wszyscy natomiast wiedzieli, że ostatnio zmarła trójka zmartwychwstała, odrodziła się, czy też… do diabła, chyba najprościej będzie powiedzieć, że stali się stereotypowymi wampirami: wysysającymi krew monstrami, w których nie pozostała ani odrobina człowieczeństwa. I do tego okropnie śmierdzieli.

Ja o tym wiedziałam, bo miałam nieszczęście zobaczyć coś, co początkowo uznałam za duchy pierwszych dwojga zmarłych adeptów. Kiedy zaczęły ginąć ludzkie nastolatki i wyglądało na to, że ktoś próbuje wrobić w ich śmierć wampira, od razu było wiadomo, że coś tu śmierdzi – zwłaszcza że znałam dwóch chłopaków, którzy zginęli w pierwszej kolejności, więc przez pewien czas interesowała się mną policja. Jeszcze bardziej śmierdziało to, że jako trzeciego porwano Heatha.

Nie mogłam tak po prostu pozwolić mu zginąć. Poza tym niejako przypadkiem zostaliśmy Skojarzeni. Dzięki pomocy Afrodyty dowiedziałam się, jak podążyć za Skojarzeniem i odnaleźć Heatha, a policja była przeświadczona, że uratowałam go – choć w bardzo kiepskim stanie – z rąk seryjnego mordercy.

Co naprawdę odkryłam?

Moją rzekomo nieżyjącą przyjaciółkę i jej obrzydliwe sługi. Wydostałam stamtąd Heatha (stamtąd – to znaczy ze starych tuneli z czasów prohibicji, znajdujących się pod nieczynnym już dworcem w Tulsie) i stawiłam czoło Stevie Rae. Czy też raczej temu, co z niej pozostało.

Widzicie, problem po części polegał na tym, że nie wierzyłam, aby utraciła całe swoje człowieczeństwo, tak jak to (przynajmniej z pozoru) miało miejsce w przypadku pozostałych nieumarłych, odrażających adeptów, którzy próbowali skonsumować Heatha.

Drugą częścią problemu była Neferet. Stevie Rae powiedziała mi, że to co się z nimi stało, to jej sprawka. Wiedziałam, że mówi prawdę, bo na chwilę przed pojawieniem się policji Neferet rzuciła na Heatha i na mnie okropny czar, który miał sprawić, że zapomnimy, co się wydarzyło w tunelach. Chyba w przypadku Heatha czar zadziałał. W moim przypadku też, choć tylko chwilowo. Pokonałam go przy użyciu mocy pięciu żywiołów.

Podsumowując: od tamtej pory zachodziłam w głowę, co u licha mam zrobić po pierwsze, ze Stevie Rae, po drugie, z Neferet, po trzecie, z Heathem. Mogłoby się wydawać, że pomocny będzie fakt, iż żadnego z nich nie było w moim pobliżu przez ostatni miesiąc – ale nie.

– No dobra – powiedziałam na głos – mam urodziny i jak dotąd są to bardzo parszywe urodziny. Więc wyświadcz mi, Nyks, tę jedną przysługę. Chcę odnaleźć Stevie Rae. To znaczy, bardzo cię o to proszę – dodałam pospiesznie. (Damien zawsze mi przypominał, że rozmawiając z własną boginią należy zachowywać się uprzejmie).

Nie spodziewałam się odpowiedzi, więc kiedy w moim umyśle zaczęły krążyć w kółko słowa „opuść szybę”, sądziłam, że pochodzą z jakiejś lecącej w radiu piosenki. Rzecz w tym, że nie miałam włączonego radia i słowom nie towarzyszyła muzyka. Poza tym nie płynęły z radia, lecz krążyły w mojej głowie.

Więcej niż odrobinę zdenerwowana opuściłam szybę.

Przez cały tydzień było niezwykle ciepło. Dzisiaj temperatura doszła niemal do sześćdziesięciu stopni Fahrenheita,* co w grudniu jest nieco dziwne, ale w końcu byliśmy w Oklahomie, a tutejsza pogoda ma skłonność do wariowania. Teraz zbliżała się północ i wyraźnie się ochłodziło. Nie żeby mnie to martwiło. Dorosłe wampiry nie odczuwają zimna tak dotkliwie jak ludzie. Nie dlatego, że są zimnymi martwymi kawałami chodzącego reanimowanego mięsa (hm, Stevie Rae może akurat jest), lecz dlatego, że ich metabolizm znacznie się różni od metabolizmu ludzi. Jako adeptka, w dodatku bardziej zaawansowana niż większość młodzieży Naznaczonej dopiero przez paroma miesiącami, już teraz miałam większą odporność na zimno niż młoda istota ludzka. Chłodne powietrze wpadające do wnętrza garbusa wcale mi nie przeszkadzało, więc tym bardziej się zdziwiłam, kiedy nagle zaczęłam kichać i czuć się jakoś nieswojo.

Co tak, u licha, śmierdziało? Przypominało odór zatęchłej piwnicy i sałatki jajecznej, którą zapomniano w porę włożyć do lodówki, i wreszcie brudnej ziemi, a wszystko to razem wzięte tworzyło wstrętny smród czegoś obrzydliwie znajomego.

– O w mordę! – Uświadomiłam sobie, co czuję, i gwałtownie przejechałam w poprzek trzech nitek jezdni, by zaparkować nieco na północ od centralnego dworca autobusowego. Szybko zasunęłam szybę i zamknęłam drzwi (chybabym umarła, gdyby mi ktoś zwinął moje pierwsze wydanie Drakuli), po czym wbiegłam na chodnik, stanęłam w bezruchu i węszyłam. Od razu wyłapałam ten smród. Ble. Był tak koszmarny, że nie dało się go zignorować. Węsząc dalej jak pomylony kundel, ruszyłam za smrodem wzdłuż chodnika, oddalając się od pokrzepiających świateł dworca.

Znalazłam ją w alejce. Początkowo sądziłam, że pochyla się nad wielkim worem pełnym śmieci, i serce mi się ścisnęło. Musiałam ją uratować od takiego życia – ukryć w jakimś bezpiecznym miejscu do czasu, kiedy tę straszną rzecz, która się z nią stała, da się jakoś naprawić. W przeciwnym razie musi raz na zawsze umrzeć. Nie! Zamknęłam umysł przed takimi myślami. Już raz patrzyłam na śmierć Stevie Rae. Nie miałam zamiaru robić tego znowu.

Nim zdążyłam do niej podejść i objąć ją (wstrzymując oddech), mówiąc, że znajdę wyjście z tej sytuacji, worek ze śmieciami stęknął i poruszył się, a ja zrozumiałam, że Stevie Rae nie grzebie w śmieciach, tylko gryzie jakąś kloszardkę w szyję!

– Jeeezu! Przestań natychmiast!

Stevie Rae odwróciła się z nieludzką szybkością. Kloszardka opadła na ziemię, ale Stevie wciąż trzymała ją za nadgarstek, sycząc na mnie z obnażonymi zębami i gapiąc się oczami błyszczącymi potworną czerwienią. Byłam zbyt zdegustowana, żeby się bać. Poza tym miałam za sobą beznadziejne urodziny i byłam wkurzona na wszystkich, nawet na swoją najlepszą przyjaciółkę, która stała się nieumarłą.

– Stevie Rae, to ja. Daruj sobie ten wygłup z syczeniem, który zresztą jest idiotycznym wampirskim stereotypem.

Przez chwilę nie odpowiadała. Przyszła mi do głowy straszna myśl, że w ciągu ostatniego miesiąca pogorszyło jej się i stała się taka jak pozostali: zezwierzęcona i niekomunikatywna. Żołądek fiknął mi koziołka. Mimo to spojrzałam jej prosto w oczy i przewróciłam swoimi.

– Nawiasem mówiąc, strasznie śmierdzisz. Czyżby w Krainie Obmierzłych Zombiaków nie było pryszniców?

Stevie Rae zmarszczyła brwi, co trochę poprawiło sytuację, bo jednocześnie musiała schować zęby.

– Odejdź, Zoey – powiedziała. Jej głos był zimny i matowy, przez co słodki niegdyś oklahomski akcent zabrzmiał jak szorstka mowa biedoty, ale wypowiedziała moje imię i to wystarczyło mi za całą zachętę.

– Nigdzie nie odejdę, póki nie porozmawiamy. Zostawmy więc tę kloszardkę… nawiasem mówiąc, Stevie Rae, ona pewnie ma wszy i diabli wiedzą co jeszcze… i pogadajmy.

– Jeśli chcesz rozmawiać, musisz zaczekać, aż skończę się posilać. – Stevie Rae pochyliła na bok głowę owadzim gestem. – Czy dobrze pamiętam, że Skojarzyłaś swojego ludzkiego fagasa? Coś mi się widzi, że sama masz apetyt na odrobinę krwi. Może się przyłączysz? – Uśmiechnęła się i oblizała kły.

– Fuj, jesteś po prostu obrzydliwa. I jeśli chcesz wiedzieć, Heath nie jest żadnym fagasem. Jest moim chłopakiem, a przynajmniej jednym z nich. To, że wyssałam mu trochę krwi, było, że tak powiem, niefortunnym przypadkiem. Zamierzałam ci o tym powiedzieć, ale umarłaś. No więc nie, nie mam ochoty gryźć tej tu osoby. Kto wie, gdzie ona się obracała? – Rzuciłam biednej, przerażonej potarganej kobiecinie słaby uśmiech. – Bez obrazy, proszę pani.

– W porzo. Będzie więcej dla mnie. – Stevie Rae zaczęła się pochylać ku gardłu ofiary.

– Przestań!

Zerknęła na mnie przez ramię.

– Mówiłam już, żebyś sobie poszła, Zoey. To nie miejsce dla ciebie.

– Ani dla ciebie – zauważyłam.

Kiedy się odwróciła z powrotem do kobiety, która z płaczem powtarzała w kółko: „Proszę, ojej, proszę”, zrobiłam kilka kroków naprzód i uniosłam ręce nad głowę.

– Kazałam ci ją puścić.

W odpowiedzi Stevie Rae syknęła i otworzyła usta, żeby znów ugryźć kloszardkę w szyję. Zamknęłam oczy i skoncentrowałam się szybko.

– Powietrze, przybądź do mnie! – zakomenderowałam i moje włosy natychmiast zaczęły się unosić w otaczającej mnie bryzie. Zakręciłam przed sobą ręką, przywołując w myślach minitornado. Otworzyłam oczy i poruszyłam nadgarstkiem, kierując moc powietrza w stronę zapłakanej bezdomnej. Dokładnie tak, jak sobie wyobraziłam, otoczyła ją trąba powietrzna, po czym niemal nie poruszając ani jednym włosem na bardzo kudłatej głowie Stevie Rae, poniosła swoją ofiarę wzdłuż alejki i puściła dopiero w bezpiecznym świetle latarni. – Dziękuję ci, powietrze! – wymamrotałam i poczułam, jak bryza głaszcze mnie po twarzy, po czym odlatuje.

– Coraz lepiej ci to idzie.

Odwróciłam się do Stevie Rae. Przyglądała mi się z wyraźną nieufnością, jakby sądziła, że za chwilę wyczaruję kolejne tornado i wyślę ją w nicość.

Wzruszyłam ramionami.

– Ćwiczę. Tak naprawdę wymaga to jedynie koncentracji i opanowania. Gdybyś też ćwiczyła, sama byś to wiedziała.

Grymas bólu przemknął przez wychudzoną twarz Stevie Rae tak szybko, że nie byłam pewna, czy to nie złudzenie.

– Żywioły nie mają już ze mną nic wspólnego.

– Nie bredź, Stevie Rae. Masz dar komunikacji z ziemią. W każdym razie miałaś go, nim umarłaś czy jak to nazwać. – Czułam się co najmniej dziwnie, rozmawiając z nieumarłą Stevie na temat jej śmierci. – Przecież tak po prostu nie zniknął. Poza tym pamiętasz tunele? Wtedy przecież wciąż go miałaś.

Stevie Rae potrząsnęła głową. Jej krótkie jasne loczki – te, które nie były skudlone i brudne – podskoczyły, przypominając mi, jak kiedyś wyglądała.

– Zniknął. Wszystko, co kiedyś miałam, odeszło z ludzką częścią mnie. Musisz to zaakceptować i żyć dalej. Tak jak ja.

– Nigdy tego nie zaakceptuję. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Nie zamierzam po prostu „żyć dalej”.

Nagle Stevie Rae wydała z siebie obrzydliwy, bestialski syk, a jej oczy zabłysły czerwienią.

– I co? Wyglądam jak twoja najlepsza przyjaciółka?

Starałam się nie zwracać uwagi na serce, które łomotało mi w piersiach, uderzając boleśnie o żebra. Miała rację: to, czym się stała, w żadnym calu nie przypominało dawnej Stevie Rae. Nie mogłam jednak uwierzyć w to, że całkiem odeszła. Podczas spotkania w tunelach dostrzegałam przebłyski mojej starej przyjaciółki i nie miałam zamiaru z niej rezygnować. Chciało mi się płakać, lecz pozbierałam się jakoś i zmusiłam, by mój głos brzmiał naturalnie.

– Nie, u diabła, ani trochę nie przypominasz Stevie Rae. Kiedy ostatnio myłaś włosy? I co ty w ogóle masz na sobie? – Wskazałam spodnie od dresu i zbyt dużą koszulę pod długim, obrzydliwie poplamionym prochowcem w stylu tych noszonych nawet w upale przez pomyleńców z subkultury gotyckiej. – Gdybym ja coś takiego włożyła, też nie byłabym do siebie podobna. – Westchnęłam i zrobiłam parę kroków w jej stronę. – Może po prostu pójdziesz ze mną? Przemycę cię do internatu. Będzie łatwo, bo prawie nikogo teraz tam nie ma. W każdym razie nie ma Neferet – dodałam, po czym kontynuowałam szybko (wiedząc, że żadna z nas w tej chwili, a może w ogóle nie ma ochoty rozmawiać o Neferet): – Większość nauczycieli ma wolne, uczniowie pojechali do rodzin. Kompletnie nic się nie dzieje. Nawet Damien, Bliźniaczki ani Erik nie będą nam zawracać głowy, bo są na mnie wściekli. Będziesz mogła wziąć długi prysznic z mnóstwem mydła, załatwię ci normalne ciuchy i dopiero wtedy pogadamy. – Patrzyłam jej prosto w oczy, więc zauważyłam w nich tęsknotę, która niestety trwała zaledwie moment. Później Stevie Rae się odwróciła.

– Nie mogę z tobą jechać. Muszę się pożywiać.

– Nie ma sprawy. Załatwię ci coś z kuchni. Kurde, jestem pewna, że uda mi się znaleźć miskę Lucky Charms. Pamiętasz, jakie są rewelacyjne? Do tego nie mają w ogóle kalorii.

– Bo niby Count Chocula mają?

Uśmiechnęłam się szerzej, czując ulgę, że Stevie Rae chwyciła przynętę i kontynuuje nasz stary spór o to, które płatki śniadaniowe są najlepsze.

– Count Chocula są zdrowe, bo zawierają naturalny aromat kokosa. A kokos to roślina.

Stevie Rae spojrzała mi w oczy. Jej własne nie świeciły już na czerwono. Nie próbowała też ukryć wypełniających je i spływających po policzkach łez. Machinalnie ruszyłam, żeby ją przytulić, ale się odsunęła.

– Nie! Nie chcę, żebyś mnie dotykała, Zoey. Nie jestem tym, kim byłam. Jestem brudna i odrażająca.

– Więc wróć ze mną do szkoły i umyj się! – błagałam. – Obiecuję ci, że coś wymyślimy!

Stevie Rae smutno pokręciła głową i potarła oczy.

– Tu się nie da nic wymyślić. Kiedy powiedziałam, że jestem brudna i odrażająca, nie miałam na myśli wyglądu. To co widzisz, nie jest nawet w połowie tak obrzydliwe jak to, co się kryje w środku. Zoey, ja muszę się pożywiać. To nie oznacza jedzenia płatków czy kanapek ani picia piwa. Muszę spożywać krew. Ludzką krew. Jeśli tego nie robię… – Przerwała i przez jej ciało przebiegł potworny dreszcz. – Jeśli tego nie robię, czuję gryzący, palący głód, którego nie jestem w stanie znieść. Musisz też zrozumieć, że c h c ę się pożywiać. Chcę rozdzierać ludzkie gardła i pić tę ciepłą krew, tak przepełnioną przerażeniem, gniewem i bólem, że aż mnie oszałamia. – Znów umilkła, tym razem ciężko oddychając.

– Niemożliwe, żebyś naprawdę chciała zabijać ludzi, Stevie Rae.

– Mylisz się. Chcę.

– Tak mówisz, ale wiem, że nadal są w tobie elementy mojej najlepszej przyjaciółki, a Stevie Rae nie miałaby ochoty nawet dać klapsa szczeniaczkowi, nie mówiąc o zabiciu człowieka. – Otworzyła usta, żeby zaprzeczyć, więc szybko kontynuowałam: – Jeśli załatwię ci ludzką krew, żebyś nie musiała nikogo zabijać?

– Lubię zabijać – odparła koszmarnym, pozbawionym emocji głosem.

– A czy lubisz też być brudna, śmierdząca i obrzydliwa? – wypaliłam.

– Nie obchodzi mnie już, jak wyglądam.

– Serio? A gdybym powiedziała, że załatwię ci kowbojskie dżinsy i buty, a do tego fajną, świeżo wyprasowaną koszulę z długim rękawem? – Oczy znów jej zalśniły i ujrzałam w nich przebłysk dawnej Stevie Rae. Rozmyślałam gorączkowo, co powinnam powiedzieć, póki jakaś jej część wciąż mnie słucha. – Zróbmy tak: spotkamy się jutro o północy. Albo nie. Jutro sobota. Nie dam rady się ze wszystkim wyrobić do północy. Niech będzie trzecia nad ranem. Przy altance na terenie Philbrooka. – Umilkłam na moment i wyszczerzyłam się do niej. – Pamiętasz ją, co? – Oczywiście nie miałam co do tego wątpliwości. Byłyśmy tam już razem, tyle że wtedy to ona próbowała uratować mnie, a nie na odwrót.

– Tak. Pamiętam – odpowiedziała tym samym chłodnym, beznamiętnym głosem co przedtem.

– No więc tam się spotkamy. Przyniosę dla ciebie ciuchy i krew. Możesz się najeść, napić, czy jak tam to nazywasz, i przebrać. Później zaczniemy kombinować, co dalej. – W myślach dodałam, że przyniosę też mydło i szampon oraz wyczaruję wodę, żeby dziewczyna mogła się umyć. Fuj, śmierdziała równie obrzydliwie, jak wyglądała. – Dobra?

– Bez sensu.

– Pozwól, proszę, że ja o tym zadecyduję. Tym bardziej że jeszcze nie opowiedziałam ci o swoich potwornych urodzinach. Babcia i ja miałyśmy koszmarną scenę z matką i ojczymem. Babcia nazwała ojczyma gównianym palantem.

Śmiech, którym wybuchła Stevie Rae, tak przypominał jej dawną osobę, że oczy zaszły mi łzami i musiałam szybko zamrugać, żeby coś widzieć.

– Proszę! – powiedziałam chropawym od emocji głosem. – Przyjdź! Strasznie za tobą tęsknię.

– Przyjdę – odparła – ale będziesz tego żałować.

* Czyli ok. 15,5˚ Celsjusza (przyp. tłum.).

 

... [ Pobierz całość w formacie PDF ]