[ Pobierz całość w formacie PDF ]

RANDALL FRAKES

 

 

 

Terminator 2: Dzień Sądu

 

( Przełożyli : Piotr Słaby, Dorota Szandurska )

Dzień sto dwudziesty szósty

 

BUENAVENTURA, MEXICO

19 czerwca 1984 roku

czwartek - 8:58 rano

 

Sara Jeanette Connor jechała przez rozległy i opusto­szały krajobraz, pełen kaktusów i piasku, w kierunku wyłaniającego się łańcucha gór ocienionego nabrzmiały­mi deszczem chmurami. Błyskawice rozbłyskiwały poza nimi jak gigantyczna lampa stroboskopy. Burza wisiała w powietrzu.

W pewnym sensie Terminator mnie zabił - “pomyś­lała Sara”, sprawdzając ładunki w kolcie Python 0,357 i wsuwając go z powrotem do futerału schowanego pod tablicą rozdzielczą swego odkrytego jeepa. Z pewnością nie była już, jak jeszcze kilka miesięcy temu, naiwną dziewiętnastoletnią kelnerką. Tamta umarła, kiedy dwie osoby, które kochała bardziej niż własne życie - jej matka oraz ojciec dziecka rosnącego w jej łonie - zosta­ły brutalnie zamordowane. Ich śmierć ciągle ją prze­śladowała, pomimo że nauczyła się tak ukrywać swoje uczucia, żeby nie mogły zagrozić jej utrzymaniu się przy życiu. Ponieważ przeżyć musi. Sara Connor była obecnie najważniejszą istotą ludzką na świecie.

Podniosła do ucha walkmana i przesłuchała to, co nagrała kilka minut temu, kiedy zatrzymała się, żeby zatankować paliwo. Czy powinnam ci opowiedzieć o twoim ojcu? Popatrzyła w dół na swój nabrzmiewający brzuch. Czy to zmieni twoją decyzję wysłania go tutaj na śmierć?

Spróbowała sobie wyobrazić moment w przyszłości, kiedy ten wybór mógłby być dokonany i wzdrygnęła się. Ale jeśli nie wyślesz Kyle'a, nigdy nie będzie ciebie.

Ta szalona myśl oszołomiła ją. Kyle Reese, młody żołnierz, który na ochotnika był wysłany poprzez czas dla ochrony jej przed Terminatorem, i z którym poczęła syna po to, żeby syn mógł wysłać go z powrotem, żeby ... Łańcuch zdarzeń sam się wikłający. Przypomniała sobie, co jej nauczyciel w szkole średniej, pan Bowland, zwykł mówić o paradoksach: Wszechświat jest jednym wielkim pytonem pożerającym swój własny ogon. Poczuła się jakby była marionetką w rękach Przeznaczenia, jedynie ogniwem w łańcuchu przypadków. Z drugiej strony jej wola przeżycia zdawała się determinować przebieg wypadków. A może ludzka wola była jedynie cząstką w założonym z góry scenariuszu? Niewykluczone, że reszta jej życia da odpowiedź na to pytanie.

Jej głos nadal dobiegał z magnetofonu: Sądzę, że powiem ci o twoim ojcu. Jestem mu to winna. Być może wystarczy ci wiedzieć, że przez parę godzin, kiedy byliśmy razem, kochaliśmy się miłością, dla której warto poświęcić życie.

Wyłączyła z trzaskiem magnetofon. Słowa brzmiały zbyt banalnie, zbyt blado w porównaniu z jej żywymi wspomnieniami. Sara chciała, żeby pewnego dnia jej syn pokochał swojego ojca tak, jak ona go kochała. Ale sama nigdy nie była zbyt wymowna. Sfrustrowana, wyciąg­nęła kasetę wrzucając ją do schowka na rękawiczki, na rosnącą stertę identycznych C-90. Nazywała je “książ­ką”. Nagraną dźwiękową kroniką, która będzie potrzebna jej synowi, żeby przeżyć. Tego ranka Sara zarejestrowała opowieść o przyjściu Terminatora sto dwadzieścia sześć dni temu. O tym, jak został “zabity” trzy dni później, i jakie zmiany zaszły w jej życiu w ciągu tych dni. Gdy chodziła do college'u, marzyła o poślubieniu miłego mężczyzny i o prostym, wygodnym życiu gdzieś na czystym, zielonym przedmieściu. To marzenie zostało zabite przez chodzącą śmierć, której na imię Terminator. Mordując tych, których kochała, nauczył ją nienawidzieć ponad granice możliwości. Sara zemściła się miażdżąc cyborga hydrauliczną prasą. Jednak mysi o tym nie sprawiała jej przyjemności. Bo kiedy nacisnęła przycisk uruchamiający prasę, spadającą w dół jak żelazna pięść Boga - Sara umarła także. Odrodziła się wśród krwi i smutku w świecie, który był skazany na masową zagładę i ogromne cierpienie. Wiedziała coś, czego jeszcze nie wiedział nikt: że pewnego dnia komputer zaprojektowany do kontroli amerykańskich sił uderze­niowych stanie się “żywy”, i że pierwszą decyzją Skyneta będzie, iż rodzaj ludzki ma być wytępiony. Sam komputer, bezpieczny w podziemnych, świetnie chro­nionych kompleksach w Górach Cheyenne, wykona pierwsze uderzenie pociągające za sobą ognisty odwet. Na powierzchni zaś ludzie będą się zwijali w śmiertel­nych bólach. Zmiażdżona cywilizacja zamrze, gdy nastanie nuklearna zima. I niedługo maszyny Skyneta, wybudowane żeby być jego oczyma, uszami i bronią, rozprzestrzenią się po całej Ziemi zgarniając swój łup. Komputer chcieć będzie, żeby świat został pokryty wyłą­cznie niezliczonymi mechanicznymi odbiciami jego samego - całkowity egoista z bezpośrednimi połączeniami z automatycznymi fabrykami realizującymi ten schemat. To była przyszłość, o której opowiedział jej Kyle Reese. I w którą uwierzyła po przybyciu Terminatora. Sara wyciągnęła rękę i podrapała za uszami psa.

Lśniący, muskularny owczarek niemiecki rozciągnięty na miejscu dla pasażera zwrócił na nią na moment swoje czujne, brązowe oczy, by po chwili powrócić do obser­wacji wąskiej drogi i horyzontu. Gdyby ktokolwiek inny próbował go dotknąć, miałby poważne kłopoty, o ile Sara nie rozkazałaby inaczej. To zwierzę nie było zwykłym psem. Został wyszkolony przez ekspertów na żywą broń. Nie było to zbyt tanie. Sara opróżniła swoje konto w banku i zrealizowała polisę na życie swojej matki, aby kupić psa obronnego, jeepa i broń. Kierując się na południe - nawet na sam koniec kontynentu jeśli to byłoby konieczne dla ukrycia się przed nadciągającą burzą Przeznaczenia - wykonywała Plan. Miała bezpiecznie wychować syna, ochraniać go przed tysiącem możliwych wypadków, które mogłyby pozbawić świat swojego zbawiciela zanim na­dejdzie jego czas. To właśnie stanowiło teraz treść jej życia oraz jedyną nadzieję dla reszty ludzkości.

Miała wystarczającą ilość jedzenia i wody na pięć dni, pełny bak benzyny i słownik hiszpańsko-angielski. Od­jechałaby tak daleko jak by mogła, aż do wyczerpania zapasów, żeby tylko znaleźć jakiś sposób na zabezpieczenie siebie i dziecka. Nie obawiała się. W ciągu tych trzech straszliwych dni odnalazła w sobie ukryte siły, o istnieniu których nigdy nie wiedziała. Olbrzymią od­wagę, którą przejawiła walcząc przeciw ogromnej prze­wadze. Straty były przytłaczające, ale to ona wygrała batalię. I nawet jeśli byliby inni Terminatorzy, wysłani aby skończyć to, czego nie mógł zrobić pierwszy, ona przygotuje się do walki z nimi. Bowiem żadna maszyna nie skrzywdzi jej syna. Bolesna, tęskniąca miłość, którą do niego czuła, dała jej straszliwą nauczkę, żeby nikomu nigdy nie ufać. Ponieważ każdy mógł być Terminatorem, zaprogramowanym przez Skyneta tak, żeby przekroczyć wieczność i rozerwać jej duszę.

Tej paranoi nauczył ją Kyle Reese, doświadczony przez lata podchodów w powojennych ruinach, lata zwal­czania cyborgów i renegatów. Jak twierdził, był żoł­nierzem przez większość swojego życia. To był jedyny sposób, żeby przeżyć tam, w przyszłości. “Potem”, jak ją nazywał. Przeżyć tam, gdzie potężne maszyny wojny przewracały kości milionów, martwych, o ciałach spalo­nych lub napromieniowanych. Ale John Connor zebrał żałosne szczątki tych, którzy przeżyli, w łachmaniarską armię oporu, i powoli ludzkość zaczynała odbierać teren metalowym władcom. Aż pewnego dnia losy bitwy się odwróciły i Skynet desperacko, w przebłysku geniuszu wynalazł maszynę do poruszania się w czasie, pierwszą taktyczną bron czasową. I wysłał śmiercionośnego emi­sariusza w podróż przez czas, aby ten wyeliminował Sarę i John Connor nigdy się nie mógł narodzić. Siły Johna przejęły kontrolę nad urządzeniami do poruszania się w czasie i John wysłał Kyle'a po to, żeby, jeśli to możliwe, zatrzymał Terminatora. To była w gruncie rzeczy misja samobójcza, ale on zgłosił się dobrowolnie. Był prostym żołnierzem i zdecydował się poświęcić w tym zamęcie historii, ponieważ kochał Sarę.

Z początku Sara nie mogła pojąć, jak mogła być obiektem tak nieopanowanej namiętności. Była wszak zwyczajnie wyglądającą dziewczyną, o brązowych oczach i włosach, o rysach wystarczająco przyjemnych, ale nic nadzwyczajnego. Jednakże Kyle ją uwielbiał. No, może niezupełnie ją. On adorował w niej tę, którą miała się stać: matkę Johna Connora, tygrysicę, która ochra­niała go przed kataklizmem. Więc Kyle przybył przez burzę czasu do niemożliwego świata, cały i tryskający życiem. Do świata, który mógł sobie tylko na pół wy­obrazić, gdy był jeszcze dzieckiem, na podstawie opo­wieści starszych ludzi. Wyrwał ją z zasięgu Terminatora i kochał się z nią w łagodnym uniesieniu. I w czasie tego gorącego momentu, kiedy byli w swoich ramionach, Sara połączyła swoje ciało i duszę z Kyle'm, i dopiero wtedy uwierzyła, że jego miłość jest prawdziwa. Oni dali jej poczucie rzeczywistości. Dając życie Johnowi Connorowi, który pewnego dnia, gdy dorośnie, wyśle swoje­go ojca poprzez czas, Sara mogła przeżyć Terminatora i począć Johna Connora, który... pyton znowu się skręcał.

Kiedy jeep wszedł w zakręt, coś spadło na kolana Sary. Zdjęcie z polaroidu. Na zapuszczonej stacji benzynowej, kilka mil temu, meksykański chłopiec podbiegł i zrobił je żądając pięciu dolarów. Litując się nad nim dała mu cztery, a zdjęcie rzuciła na deskę rozdzielczą samochodu. Popatrzyła teraz zdziwiona na starszą kobietę patrzącą na nią ze zdjęcia. Jej twarz była nadal kremowo gładka młodością, nawet z lekkim zaczerwienieniem spowodo­wanym ciążą, ale oczy były stare, tak stare, jak pomarsz­czony był pracownik na stacji. Stare, ponieważ patrzyły w bolesną przeszłość i przerażającą przyszłość. Ale to, co dodawało jej lat, to był ukryty uśmiech Mony Lizy. Gdy chłopiec robił zdjęcie myślała o Kyle'u. Dopiero dużo później dowiedziała się, że to właśnie zdjęcie John Connor dał mu dawno temu, gdy razem kryli się w jakiejś brudnej dziurze, podczas gdy nocne niebo huczało od armady Skyneta. Kiedyś, w przyszłości, Sara da je Joh­nowi, a ten da je Kyle'owi. I Kyle zakocha się w jej enigmatycznym, tęsknym spojrzeniu, zastanawiając się i nigdy nie dowiadując się, że ten uśmiech był spowo­dowany miłością i żalem za nim. I to chyba będzie po­czątek koła, choć oczywiście koła nie mają ani począt­ków, ani końców. Ale teraz nie mogła myśleć o nim. Musiała myśleć o drodze przed sobą i znalezieniu bez­piecznego schronienia przed burzą i nadchodzącą nocą.

Zaczęło padać. Gorąca, przenikająca wszystko ulewa, która zmoczyła jej oczy. Wyskoczyła z wozu i naciągnęła plandekę. Ale kiedy wsiadła z powrotem, jej oczy nadal były wypełnione łzami. Zawziętym gestem starła je i skie­rowała swojego jeepa wyżej w góry.

Nowy świat

 

LOS ANGELES, CALIFORNIA

11 lipca 2029 roku

środa - 9:01  rano

 

Księżyc właśnie wzeszedł, ale gęste warstwy lekko radioaktywnych, czarnych jak żelazo kumulusów nie przepuszczały żadnego światła. Samochody, zatrzymane w zardzewiałych rzędach, nieruchomo zderzak przy zde­rzaku, wyglądały jak zamrożona rzeźba, którą ktoś mógł­by nazwać “Ostatnia godzina szczytu”. Budynki, wzno­szące się kiedyś nad drogami szybkiego ruchu, zostały rozsypane przez jakąś niewyobrażalną siłę, jak kopnięte zamki z piasku. Przenikający na wylot wiatr wiał przez pustkowie. Pędził śnieg w zaspy, całkowicie białe wobec zwęglonych rumowisk. Tu i tam leżały stosy spalonych ogniem ludzkich kości, a poza nimi rozległa tundra czaszek wśród pogruchotanego betonu. Na pobliskim boisku intensywny żar na wpół stopił zestaw przyrządów gimnastycznych, podmuch przewrócił huśtawki na bok, przekrzywił karuzelę. Nikłe hieroglify linii do gry w klasy, wtopione w asfalt, były nadal widoczne. A obok nich ciemne sylwetki małych ciał wypalone w betonie, w mgnieniu oka, w trakcie gry. W pobliżu wypalonego i zardzewiałego trzykołowego roweru malutka czaszka jego właściciela rzuca straszne oskarżenie...

Trzy miliardy ludzi zakończyło swe istnienie 29 sierpnia 1997 roku. Ci, którzy przeżyli nuklearny ogień, nazwali tę wojnę Dniem Sądu Ostatecznego. Przetrwali  niewyobrażalny ogień piekielny, a potem arktyczne zim­no, tylko po to, żeby stanąć przed nowym koszmarem...

Metalowa stopa zdeptała czaszkę dziecka jak porcela­nę gdy pochromowany szkielet obciążony masywnym karabinem bojowym, zatrzymał się na chwilę w zimnym podmuchu powietrza. Zrujnowane miasto odbijało się w hydraulicznie poruszanym szkielecie cyborga będące­go bojową wersją Terminatora serii 800, nieupiększonego, zwykłym pokryciem ze skóry dla kamuflażu. Była to prymitywna przeciwludzka broń kontrolowana przez Skyneta i przeznaczona do penetrowania zakamarków i ukrytych dziur w mieście, w których gromadził się ludz­ki łup. Jarzące się oczy szkieletu lustrowały martwy te­ren bez emocji. W trakcie polowania cała jego inteligen­cja skupiała się w optycznych i termicznych sensorach,

Nagle dostrzegł cel.

Na cyfrowej, geometrycznej mapie pokrywającej jego skanery zobaczył odległą, biegnącą figurę. Symbole i znaki graficzne gwałtownie pojawiały się na centralnym wyświetlaczu, a cyfrowy mózg maszyny projektował szereg możliwych trajektorii do celu. Najbardziej praw­dopodobna trasa została podświetlona. Endoszkielet szybko podniósł swój czterdziestowatowy, fazowo-plazmowy pulsacyjny karabin Westinghouse M-25. Skondensowany błysk wystrzelił z lufy. Figura młodego chłopca w łachmanach została przebita centralnie. Jego klatka piersiowa wyleciała na zewnątrz, wyparowując w postaci czerwonych kryształów w mroźnym powie­trzu. Zwalił się na tlącą kupę szlamu.

Partyzant trzymający wyrzutnię rakiet RPG wyrósł za endoszkieletem nagle. Kiedy cyborg zaczął się odwracać, żołnierz odpalił rakietę, która ze świstem poleciała w kierunku człekokształtnej maszyny i jaskrawym wybuchem organicznej energii oderwała jej górną część. Endoszkielet zrobił kilka niepewnych kroków i przewrócił się, kopiąc konwulsyjnie nogami śnieg. Żołnierz przechodząc splunął na coś, co było teraz tylko bardzo kosztownym kawałkiem złomu i podszedł do kogoś kucającego w cie­niu. Była to drżąca, dziesięcioletnia dziewczynka, nieo­mal zamrożona w swoim podartym pulowerze. Z waha­niem podeszła do ojca. Popatrzyła ze strachem na endoszkielet na śniegu. Żołnierz położył uspokajająco rękę na jej ramieniu i powiedział:

- Mówiłem ci, że się nie skończy, dopóki się nie skończy.

Potaknęła poważnie. Było to powiedzenie, którego John Connor używał jako sloganu w swojej armii. Dawało ono ludziom siłę do kontynuowania walki.

Dla Skyneta ludzki upór nie miał sensu. Walczyli, choć logika jego sztucznej inteligencji mówiła, że zostali pobici. Nieugięcie wylewali się z rumowisk, jak bakteryj­na plaga. Schematy ich kontrataków były sprytne i trud­ne do przewidzenia. Do tego ludzie rozmnażali się na alarmującą skalę. Ich żądze seksualne rozpaliły się w sy­tuacji zagrożenia całkowitym unicestwieniem. Chociaż przynajmniej ośmiu lat trzeba było, aby młodzi ludzie byli zdolni do walki, zaczęli mimo to wyprzedzać możliwości produkcyjne Skyneta. I szybko uczyli się znajdować czułe miejsca w metalowej straży przedniej dziesiątkując jego armię maszyn do zabijania.

Wkrótce wśród żołnierzy byłoby więcej ludzi niż nie-ludzi. Hiperkomputer poważnie pomylił się w spra­wie, którą gwałtownie analizował: ludzkiej woli. Do tej pory nie doszedł do niczego. A wojna wtaczała się w swój trzydziesty pierwszy rok.

Narastający dźwięk ryczących turbin sprawił, że mężczyzna złapał córkę i rzucił się poprzez nierówny teren do kryjówki. Reflektory oświetlały teren, gdy patrolowa formacja latających Myśliwych-Morderców przeleciała nad głową poruszając się w kierunku postrzępionego horyzontu, rozświetlonego przez sporadyczne błyski i grzmot odległej burzy.

Na skrzyżowaniu tego, co nazywało się kiedyś ulicami Pico i Robertson, szalała desperacka walka. Łachmaniarska powstańcza armia była złożona z młodych mężczyzn i kobiet. Pochodzili z krajów Południowej Hemisfery, głównie z Afryki i Południowej Ameryki, a kilkoro było z Australii. Większość tych, którzy przeżyli wojnę pomię­dzy supermocarstwami Północnej Hemisfery, mieszkała na południe od równika. Pod dowództwem Johna Connora przybyli do zrujnowanych miast, aby odebrać je stalowemu legionowi Skyneta.

Wybuchy energii krzyżowały się na polu bitwy ukazu­jąc w koszmarnych błyskach zastępy atakujących ma­szyn. Siły komputera składały się z podobnych do czoł­gów ruchomych, urobotowionych platform z działami nazywanych Myśliwymi-Mordercami; czworonożnych, biegających pęków dział zwanych Centurionami; latają­cych Myśliwych-Morderców; pełzających bomb typu Silverfish, które eksplodowały wślizgując się do ludzkich siedlisk, oraz człekokształtnych Terminatorów o różnym stopniu kamuflażu.

Grad pocisków wypalał w niszczących wybuchach budynki, ziemię, metal oraz ciała. Na otwarty teren z ło­motem wypadła otwarta ciężarówka ze zwyczajowym uzbrojeniem. Tylny strzelec celował do lecącego Myś­liwego-Mordercy ręcznie odpalanym pociskiem Stinger. Wieżyczka strzelnicza zakręciła się ze złością, kiedy człowiek odpalił rakietę. Pocisk przeciął nieboskłon jak gorący nóż, uderzając w jedną z turbin Myśliwego-Mordercy. Niebo rozbłysnęło płomieniem, gdy potężna ma­szyna spadła na pole bitwy. Jedna z części rozpłaszczyła to, co kiedyś było budynkiem, a druga rozbiła małą grupę Centurionów. Strzelec wrzasnął zwycięsko, ale szybko się odwrócił, gdy usłyszał za sobą grzmot, od którego zadrżała ziemia. Potężny czołg Myśliwy-Morderca sprzą­tnął stertę rumowiska i potoczył się w jego kierunku niczym ściana żelaza. Żołnierz miał czas tylko na to, żeby krzyknąć nim gąsienice trzasnęły w ciężarówkę i roz­gniotły ją jak puszkę po piwie. O kilka przecznic dalej, w ciemnych kątach i pęknięciach, które kiedyś były deptakiem zakupowym Pawilonu Westside, szalał gwał­towny ogień rozpętany przez Terminatorów endoszkieletowych.

Większość żołnierzy w armii Johna Connora była do siebie podobna: krwawiąca, przemrożona i owinięta w łachmany ... To było drugie Valley Forge, tyle że z lepszym uzbrojeniem. Cowan, siedemnastoletni par­tyzant, wychylił się z ukrycia i strzelił z ręcznego granatnika prosto w grupę atakujących Terminatorów zwalając je z nóg. Leżały nieruchomo z podziurawionymi czasz­kami. Chłopiec gwałtownie zaczął manipulować przy swojej broni próbując ją ponownie załadować.

Jakiś mężczyzna wyszedł z cienia:

- Daj, pomogę ci - powiedział spokojnie sięgając po granatnik.

Cowan instynktownie poczuł, że coś jest nie w po­rządku. Owszem, obcy nosił opaskę partyzanta, ale był to kolor z zeszłego tygodnia. Cowan wpakował potężny pocisk do komory i pociągnął za spust. Siła eksplozji odrzuciła go do tyłu, na wielką kupę rozbitego betonu. Tył czaszki osmaliło mu gorąco fali uderzeniowej. Usiadł otumaniony czując piekący ból i krew wyciekającą z le­wego ucha. Zdał sobie z przerażeniem sprawę z tego, że nie słyszy tą stroną. Ale uśmiechnął się z satysfakcją, gdy zobaczył co granatnik zrobił z “człowiekiem”: leżał na ziemi nieomal przecięty na pół, odsłaniając wewnętrz­ną warstwę chromowanego metalu. Jego “kręgosłup”, czy też wiązka nauronów, został przecięty, iskrzący koniec wystawał z porozrywanego ciała. Terminator ciężko oddychał, jak umysłowo chory, po chwili jego silnik wykonawczy zatrzymał się, a oczy zmrużyły. Cowan nie miał czasu napawać się swoim zwycięstwem, bowiem zajął się powtórnym ładowaniem broni. Tym­czasem ze stosu gruzów ześliznęła się Silverfish i za­trzymała pomiędzy jego nogami. Chłopiec spojrzał w dół i krzyknął. Gwałtownie obrócił się i skoczył w tył. Silverfish wybuchnęła rozrzucając po całym terenie ostre jak brzytwa i skwierczące z gorąca odłamki. Cowan błyskawicznie przybrał pozycję kuczną ładując równo­cześnie kolejny granat.

Teren był gęsty od dymu i kurzu. Cowan podniósł się i chwiejnym krokiem przeszedł nad stertą gruzów do korytarza. Oczy piekły go od ostrego, gryzącego dymu. Teraz już na pewno nie słyszał zbyt dobrze. Do tego jeszcze kawałek skóry i mięśnia miał wydarty z przed­ramienia przez odłamek. Za moment przypływ bólu będzie zbyt silny. Nadal jednak uważał się za szczęś­ciarza. To, na ile było to prawdą, miało się okazać za chwilę.

Kiedy dotarł do skrzyżowania, coś nagle wychynęło z dziury w podłodze. Był to Terminator endoszkieletowy. Jego stalowa pięść uderzyła jak potężny młot. Granatnik potoczył się po korytarzu. Chłopiec gwałtownie wciąg­nął powietrze. Po bólu poznał, że co najmniej jedno z żeber ma złamane. Cyborg podniósł się i stanął nad nim. Uniósł swój karabin bojowy i skierował w głowę Cowana. Tym razem nie było ucieczki. Czarny otwór lufy karabinu Terminatora wskazywał nieskończoność zakoń­czenia. To jest śmierć - pomyślał chłopiec. Za sekundę maszyna wystrzałem zmiecie jego głowę i wtedy ... wydało się, że czas gwałtownie zwolnił. Cowan popa­trzył na twarz Terminatora. Jego usta bez warg odsłoniły emaliowane, tytanowe zęby. Lśniąca czaszka wydawała się śmiać z niego. Wysokiej technologii kostucha przy­chodząca po jego duszę. Błyszczące demonicznie czer­wone oczy były w nim utkwione. Nie mógłby nie trafić. A jednak nie wypalił. Chłopiec ze zdziwieniem wciągnął powietrze, zdumiony tym, że jeszcze może to robić. Wydawało się, że minęło już wiele sekund. Nagle zdał sobie sprawę, że Terminator się nie rusza. I rzeczywiście, oczy maszyny zgasły.

Chłopiec z wielkim bólem podciągnął się po ścianie, żeby stanąć na chwiejnych nogach. Cyborg nadal wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą siedział. Z waha­niem podszedł do pochromowanego szkieletu i pchnął go w klatkę piersiową. Terminator zakołysał się, a na­stępnie przewrócił na bok z głuchym łomotem.

Jakiś partyzant pokazał się na końcu korytarza.

Cowan spojrzał. To była Bryn. Wielokrotnie razem walczyli. Teraz nie mógł nic mówić tylko gapił się. Jego zmysły otępiały z powodu szoku i pulsującego bólu w ranach. W końcu zdołał wyksztusić kilka słów:

- On się po prostu ... zatrz...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]