[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Frank Herbert

Władcy niebios

 

 

 

Tytuł oryginału THE HEAYEN MAKERS

Autor ilustracji STEYE CRISP

Opracowanie graficzne Studio Graficzne "Fototype"

Redaktor ELŻBIETA MODZELEWSKA

Redaktor techniczny ANNA WARDZAŁA

Copyright (c) 1968, 1977 by Frank Herbert

For the Polish edition Copyright (c) 1993 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o

ISBN 83-7082-234-7

Wydawnictwo Amber Sp. Z o.o.

Warszawa 1993. Wydanie l

Skład: "Fototype" w Milanówku

Druk: Prasowe Zakłady Graficzne w Bydgoszczy

 

Zeskanował na potrzeby własne i bliskich znajomych

baskiw@poczta.onet.pl

Rozdział pierwszy

Pełen najrozmaitszych przeczuć, potwornie spięty badacz Kelexel dotarł na dno

morza, do kreocentrum. Minął barierę, przypominającą w tym mdłym mętnozielonym świetle ogromną stonogę, i skierował znów pojazd na długą, szarą platformę do lądowania.

Wszędzie wokół wrzał ożywiony ruch. Połyskujące żółte płaty i kule łodzi roboczych przybywały i odpływały bez przerwy. Tam, nad oceanem, wstał już dzień, a tutaj, w centrali dowodzenia dyrektor Fraffm tworzył historię.

Być tutaj - pomyślał Kelexel. - Być w świecie Fraffma...

Wydawało mu się, że dysponuje swego rodzaju intymną wiedza o tym świecie, wszak spędził tyle godzin przed pantovivorem, wpatrując się w historyjki Fraffma. Dla niego te odwiedziny były tylko jednym z etapów przygotowawczych studium, nad którym pracował, niczym więcej. Lecz. iluż Chemów chętnie stanęłoby na jego miejscu, krzycząc wniebogłosy z radości.

Ten poranek na powierzchni morza: rozdarte niebo, ławice chmur na szarobłękitnym, lekko pozłacanym nieboskłonie, i inne poranki, na zawsze utrwalone przez fotografów z grup roboczych. I ci tubylcy!

W uszach brzmiał mu jeszcze pomruk kapłanki, skłaniającej się przed Chemem, pozującym na bóstwo. Jak delikatne i powabne były te kobiety, jak powabne w pocałunkach!

Lecz owe czary istniały w tej chwili jedynie na taśmach filmowych, skrzętnie poukładanych na półkach archiwum Fraffina. Stworzenia owego świata już dawno wkroczyły na inną, choć nie mniej podniecającą niż poprzednia, drogę rozwoju.

Wspominając historyjki Fraffina uświadomił sobie swe obecne rozdarcie.

Nie stanę się słaby - postanowił.

Mimo całego panującego na lądowisku bałaganu, nadzór od razu zauważył nowo przybyłego. Natychmiast tuż przy łodzi opuścił się robot. Kelexel skłonił się przed jego jednym okiem i oznajmił:

- Jestem tu w odwiedziny. Nazywam się Kelexel.

Nie musiał dodawać, że jest bogaty - jego ubranie oraz wygląd pojazdu, którym przybył, wystarczały za cały komentarz. Szablowate, wygięte kształty zielonej łodzi zawsze wzbudzały najwyższy podziw i respekt dla godności jej właściciela. Jednocześnie ten, kto go obserwował, nie mógł pominąć milczeniem brązowookiego młodzieńca o szerokiej twarzy i srebrzystej cerze.

Pojazd, który odstawił na pas postojowy do inspekcji ekipy konserwatorów, był statkiem kurierskim, mogącym dotrzeć do każdego miejsca we wszechświecie Chemów. Na tego rodzaju maszyny stać było jedynie najzamożniejszych przedsiębiorców oraz bezpośrednich służących Prymasa. Nawet Fraffin nie posiadał czegoś podobnego.

Kelexel, turysta. Pod tą osłoną czuł się najbezpieczniej. Urząd do Zwalczania Przestępczości z wielką przezornością przygotował jego wyprawę.

- Witamy, turysto Kelexel! - zawołał kontroler. Robot wzmocnił jego głos, by zdołał przekrzyczeć panującą

wokół wrzawę. - Zajmij rampę po prawej stronie. Nasz delegat już czeka, by cię powitać. Oby twój pobyt tutaj złagodził nieco nudę.

- Przyjmij mą wdzięczność - rzekł przybysz.

Rytuał... wszystko to tylko rytuał... - pomyślał. - Nawet tutaj. Włożył swe krzywe nogi w klamry i rampa transportowa zaniosła go na platformę. Minęli czerwony luk, później pomknęli niebieskim tunelem, kierując się ku pomieszczeniu, gdzie na włączonych światłach sygnalizacyjnych i ze zwisającymi kablami oczekiwało łoże delegata.

Kelexel zmierzył wzrokiem automatyczne czujniki; wiedział, że są bezpośrednio połączone z rejestrem osobowym Centrali. Jego kamuflaż zostanie poddany pierwszej ogniowej próbie.

Nie obawiał się o własną całość. Pod skórą miał pancerz, który wszystkich Chemów chronił przed zewnętrznymi niebezpieczeństwami. Poza tym było mało prawdopodobne, aby ktoś próbował stosować wobec niego prymitywne środki przymusu bezpośredniego.

Musiał się jednak liczyć z usiłowaniami storpedowania jego misji za pomocą bardziej subtelnych metod. Przed nim było tu już czterech badaczy. Wrócili z meldunkiem "żadnych przestępstw". A przecież wszystko wskazywało na to, iż w prywatnym królestwie Fraffina coś nie gra.

Wysoce niepokojący był fakt, że wszyscy czterej po powrocie zwolnili się ze służby, aby na zewnątrz, na obszarze granicznym założyć własne kreocentrum.

Jestem gotów, delegacie - pomyślał.

Wiedział, że podejrzenia Prymasa nie były bezpodstawne. Jego wy trenowane zmysły i umysł zanotowały znacznie więcej, niż wymagało postawienie go w stan pełnej czujności. Oczekiwał tu objawów dekadencji; kreocentra jako posterunki zewnętrzne, z reguły miały takie tendencje. Jednak nie tylko to budziło jego ostrożność. Dysponował także innymi symptomami, i to w nadmiarze. Niektórzy

członkowie załóg zachowywali się z dużą rozwagą, przybierając wyraz twarzy, który dla oka doświadczonego policjanta zawsze stanowił sygnał ostrzegawczy. W dodatku nawet marni rękodzielnicy ubierali się z niedbałą elegancją, czego nigdzie jeszcze nie widział. Wydawało się jak gdyby panowało tu coś w rodzaju sekretnego porozumienia, którego powody jeszcze nie były mu znane.

Zaglądał tu do licznych pojazdów. Wszędzie widział urządzenia do kamuflażu wypucowane do zwierciadlanego połysku przez liczną obsługę. Stworzenia z tego świata dawno wyszły już poza owo stadium rozwoju, kiedy to Chem mógł im się pokazywać, nie zastanawiając się nad konsekwencjami tego czynu. Kierowała nimi jednak chęć zaspokojenia przyjemności, chęć złagodzenia wszechpotężnej nudy, a przecież kierowanie i manipulowanie inteligentnymi istotami było czymś w tym rodzaju. Z drugiej strony owa pobudzona świadomość mogła pewnego dnia usamodzielnić się i obrócić przeciwko Chemom.

Bez względu na to, jak wielka była chwała Fraffma, jedno było pewne - w którymś momencie wszedł na fałszywą ścieżkę. Przynajmniej to pozostawało oczywiste. Prostoduszna głupota jego postępowania napawała Kele-xela goryczą, którą zupełnie realnie czuł w ustach. Żaden przestępca nie mógł ujść śledztwa Prymasa; w każdym razie nie mógł być pewny swej bezkarności po wsze czasy.

Tutaj jednak trzeba zachować rozwagę. Było to bowiem kreocentrum Fraffma, a on był tym, który wprowadził nieco odmiany w monotonne życie nieśmiertelnych, lecz śmiertelnie znudzonych Chemów. Jego niezliczone historyjki zaprowadziły ich w całkiem nowe, fascynujące światy.

Czuł teraz, jak owe opowieści powracają w postaci wspomnień. Niewiarygodne, jak te stwory Fraffma potrafiły zniewolić wyobraźnię. Po części można to wytłumaczyć ich podobieństwem do Chemów - pomyślał Kelexel. Tak, zmuszały, by identyfikować się z ich snami i uczuciami.

Pamięć wypełniła jego umysł dźwiękami dzwonów, świstem napiętych cięciw, krzykiem, jazgotem, bitewną wrzawą, unoszącą się ze skrwawionych pól. Przypomniał sobie piękną niewolnicę z jej małym dzieckiem, za czasów Kambyzesa wypędzoną do Babilonu.

"Ofiara łuku" - tak brzmiał tytuł tej historyjki, przypomniał sobie Kelexel. Uważał, że jest to jedno z największych osiągnięć sztuki Fraffma. Choć rzecz dotyczyła losu zwykłej kobiety, kreator uczynił z tego coś, czego nie sposób zapomnieć. Została ofiarowana Nin-Girsu, bogowi handlu i bóstwu opiekuńczemu wszystkich, którzy szukają sprawiedliwości. W rzeczywistości odezwał się tu głos jednego z manipulatorów Chemów, pozostającego na służbie u Fraffma.

Były tu imiona, postacie i wydarzenia, o których Chemowie nigdy by się nie dowiedzieli, gdyby zabrakło Fraffma. Ten świat, jego królestwo, był nieustannie bijącym źródłem historyjek. W uniwersum Chemów Fraffm stał się sławą pierwszej wielkości, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Zrzucenie z piedestału takiej osobistości nie było proste, wiedziano też, że nie będzie to popularne posunięcie, lecz Kelexel wiedział, że nie da się tego uniknąć.

Muszę cię zniszczyć - myślał, gdy podłączał się do mechanizmu delegata witającego. Bez specjalnego podniecenia spojrzał na urządzenia, które miały go sprawdzić i przejrzeć. Była to w końcu zupełnie normalna procedura, część składowa wielkiego systemu bezpieczeństwa, którego użyteczności nie negował żaden nieśmiertelny Chem. Dla zwykłego Chema nie stanowiło to żadnego zagrożenia; mogli się tego obawiać jedynie zjednoczeni współbracia oraz ci spośród nich, którzy stowarzyszyli się pod sztandarami jakichś błędnych idei.

Fałszywe założenia, fanatyczne plany, próby nielegalnego wzbogacenia się, chwyty poniżej pasa - to wszystko ciągle było możliwe. Z kolei Fraffm chciał mieć całkowitą

pewność, iż zwiedzający nie jest szpiegiem któregoś z konkurentów, bowiem mogłoby to narazić go na niemałe straty.

Jak niewiele w gruncie rzeczy wiesz o tym wszystkim - myślał Kelexel, poddając się badaniu. - Wystarczy mi tylko pamięć i zmysły, by cię zgubić.

Później zaczął się zastanawiać, na co przede wszystkim należałoby zwrócić szczególną uwagę, by wykryć ślady zbrodniczej aktywności Fraffina. Czy jego gospodarz hoduje swą trzodę także w egzemplarzach zminiaturyzowanych, aby sprzedawać potem to wszystko pod szyldem zwierząt domowych? Czy jego ludzie spoufalali się z tymi, którzy byli obiektami ich interesów? A może tym stworzeniom przekazywano potajemnie jakieś informacje? W końcu ciągle posiadają rakiety i satelity. Czy to możliwe, aby przejęli jakąś nie zameldowaną, groźną inteligencję, wyposażoną w niemały zapas czynników odpornościowych, zdolną sięgnąć w głąb Uniwersum i zmierzyć się z Chemami?

Coś w tym musi być - pomyślał. Wszędzie napotykał mnóstwo oznak, świadczących o tajonej świadomości winy oraz o konspiracji. Kto miał oczy, nie musiał długo wypatrywać, by móc to zobaczyć. Tylko czemu Fraffm ważył się na to głupie posunięcie? - zapytywał się w duchu. Zbrodniarz!

 

Rozdział drugi

Meldunek delegata powitalnego dotarł do Fraffina w momencie, gdy siedział przy swoim pantovivorze, kon-cypując ostatnie kadry historyjki, nad którą pracował.

Wojna... miła mała wojenka - rozmyślał. To dziwne, z jakimż zapałem te stworzenia oddają się wojaczce. Wojna wydawała się zaspokajać zakorzenione w nich potrzeby. A dla publiczności Chemów było to coraz bardziej fascynujące. Rozświetlone łuną pożarów noce, odgłosy śmiertelnej walki tych istot, postękiwania umierających. Jeden z ich przywódców przypomniał mu Katona. Ten sam zamyślony wyraz twarzy, to samo wiecznie zwrócone ku wewnątrz spojrzenie stoika. A co do Katona, to była jedna z bardziej udanych historyjek.

Lecz trójwymiarowy obraz pantovivora wyblakł i znikł, ustępując pierwszeństwa aktualnościom, które chciała mu przekazać Ynvic; jej twarz patrzyła nań teraz z ekranu. Łysa czaszka odbijała smugi ostrego światła, brwi były podciągnięte ku górze. Spod ciężkich powiek spoglądała nań badawczym, przenikliwym spojrzeniem.

- Właśnie przybył turysta imieniem Kelexel... - obwieściła.

Spoglądając na tę twarz Fraffin pomyślał, że z pewnością przydałoby się jej odmłodzenie.

- Ten Kelexel jest najprawdopodobniej osobą, której się spodziewamy - dodała.

Fraffin drgnął i wyprostował się - w ustach zmełł niezwykle popularne w czasach Hannibala przekleństwo.

- Niech Baal wypali jego nasienie! Jesteś tego pewna?

- Zbyt doskonały jak na turystę - rzekła Ynvic. - Tylko Biuro umie tak perfekcyjnie pracować.

Fraffin wyciągnął się w fotelu i zamyślił się. Ynvic prawdopodobnie miała rację; inspekcji należało się spodziewać właśnie teraz. Na zewnątrz, w uniwersum na ogół nie mieli właściwego poczucia czasu. Dla nieśmiertelnych lata mijały z zastraszającą szybkością, lecz w obejściu z tymi stworzeniami liczyła się regularność. Tak, prawdopodobnie to on był oczekiwanym badaczem.

Rozejrzał się. Srebrne ściany przypominały mu, że znajduje się w swym atelier, służącym jednocześnie jako salon. Długie, niskie pomieszczenie było zastawione wszelkiego rodzaju maszynerią, pomocniczą w tworzeniu coraz to nowych kreacji. Na ogół Ynvic nie miała śmiałości przeszkadzać mu w pracy i nie robiła tego z powodu byle głupstwa. Najwidoczniej ten Kelexel naprawdę ją zaalarmował. Westchnął.

Choć kreocentrum zostało ukryte na dnie oceanu, a dostępu strzegły najrozmaitsze bariery ochronne, wydawało mu się, że jest w stanie śledzić bieg Słońca i Księżyca, pewne konfiguracje ciał niebieskich zaś napełniały go przeczuciem grożącego nieszczęścia. Z tyłu, na biurku leżał raport Lutta - głównego specjalisty od kwestii technicznych. Lutt donosił, że ekipa zdjęciowa, składająca się z trzech młodych wielce obiecujących ludzi, wybrała się na zewnątrz bez jakiejkolwiek osłony. Łatwo mogli spostrzec ich tubylcy i wywołałoby to całą lawinę ożywionych spekulacji.

Tego rodzaju dowcipy z rodowitą ludnością z powierzchni były starym, ulubionym sposobem zabijania czasu Chemów pracujących w Kreocentrum. Ale wszystkie te praktyki stanowiły już nieomal prehistorię. Odkąd zostały surowo zabronione, nie miał podobnych kłopotów. Dlaczego więc właśnie w tej chwili przypominano sobie owe sztubackie figle?

- Rzucimy temu Kelexelowi smaczny kąsek - odezwał się po chwili. - Zarządzam natychmiastowe zwolnienie tych trzech osiłków, którzy wystraszyli tubylców. Proszę też ostrzec asystenta, który wysłał ich na zewnątrz, nie zapoznawszy się wprzódy, z kim ma do czynienia.

- Mogą puścić parę... - zawahała się Invic.

- Nie ośmielą się - odparł. - Wyjaśnisz im powody i powiesz, że tylko w drodze łaski ukarałem ich w ten sposób. To oczywiście skandal, ponieważ nie mogę się bez nich obyć, ale...

Wzruszył ramionami.

- Czy to już wszystko, co zamierzasz zrobić?

Fraffin przetarł oczy. Wiedział, co ma na myśli Ynvic, ale niechętnie godził się odstępować od planów, których realizację już rozpoczął. Gdyby w tej chwili wycofał swych manipulatorów, straciłby całą tak starannie przygotowaną produkcję, tubylcy zaś mogliby rzucić karty na stół i podczas konferencji zacząć rozstrząsać swe dylematy. Ostatnio z coraz większą wyrazistością zaczęła się ujawniać ta tendencja.

Ponownie pomyślał o problemach, oczekujących go na biurku. Było memorandum Albika, jednego z podreżyserów. Jak zwykle, skarga: "Jeśli jednocześnie mam robić tak wiele rzeczy, potrzebuję więcej maszyn i platform, więcej grup zdjęciowych, techników montażu i opracowania... Więcej... więcej..."

Fraffin poczuł tęsknotę za starymi, dobrymi czasami, kiedy to on oraz Bristala wystarczali do całej pracy reżyserskiej. Bristala był człowiekiem, który umiał podejmować decyzje. Całkiem nieźle radził sobie nawet wówczas, gdy brakło ludzi i sprzętu. Ale później asystent usamodzielnił się i przeniósł do całkiem innego świata, gdzie na własną rękę reżyseruje i boryka się z własnymi problemami.

- Może powinieneś sprzedać... Rzucił jej ponure spojrzenie.

- To niemożliwe. Dobrze wiesz, dlaczego.

- Dobry kupiec...

- Ynvic!

Wzruszyła ramionami.

Fraffm dźwignął się z fotela i podszedł do biurka. Jeden z wmontowanych w blat obrazów przedstawiał tę część Galaktyki, gdzie Chemowie zasiedlili gwiazdy zmienne. Wystarczyło jedno dotknięcie przełącznika, by obraz znikł i ukazała się panorama jego własnej małej planetki - niebiesko-zielonego świata otoczonego ławicami chmur.

W gładkiej, lśniącej powierzchni odbijało się jego oblicze, które znikło wraz z rodzimym krajobrazem, zastąpione obrazem przybysza: pociągła twarz, proste usta, zakrzywiony nos o wypukłych nozdrzach, ciemne zamyślone oczy obramowane gęstymi długimi rzęsami, wysokie czoło, przecięte podwójną fałdą, krótkie czarne włosy i srebrna skóra.

Twarz Ynvic przeniosła się z pantovivoru po łączach centrali i poszybowawszy nad pomieszczeniem, zawisła bezcieleśnie nad biurkiem, wpatrując się weń w oczekiwaniu.

- Powiedziałam wszystko, co miałam do powiedzenia. Znasz moje zdanie.

Fraffm rzucił jej szybkie spojrzenie. Ynvic, główny chirurg stacji, była bezwłosą Chem o okrągłej, księżycowatej twarzy. Pochodziła z rasy Ceyatrilów, prastarego plemienia, wiekowego nawet w świecie pojęć, w którym poruszali się nieśmiertelni. Ynvic żyła. Tysiące planet, podobnych do tego słońca, mogły powstać i przeminąć, a ona trwała, nie poddając się biegowi czasu. Chodziły plotki, że kiedyś była kupcem handlującym planetami, a nawet, iż należała do załogi Lavra, penetrującej inne wymiary istnienia. Oczywiście sama zainteresowana nie wypowiadała się na ten temat, plotkarze jednak uparcie obstawali przy swoim.

- Nie mogę tego sprzedać - powtórzył. - Przecież wiesz.

- Żaden  Chem  nigdy  nie  poprzestaje  na jednym

zdjęciu.

- Co mówią nasze źródła na temat tego... Kelexela?

- Że to bogaty kupiec, otoczony łaskami Prymasa. Właśnie otrzymał niedawno pozwolenie na rozmnożenie się.

- Myślisz, że to naprawdę nowy szpicel?

- Tak właśnie myślę.

Skoro Ynvic tak myśli, zapewne tak jest... Wiedział, że jest zbyt chwiejny. Nie mógł się zdecydować. Nie chciał przerywać tej miłej wojenki, nie chciał zarzucać wszystkich programów tylko dlatego, iż być może groziło mu jakieś niebezpieczeństwo.

Kto wie, może Ynvic rzeczywiście ma rację? Jestem już tutaj zbyt długo i zaczynam się utożsamiać z tymi małymi, biednymi, nieświadomymi niczego tubylcami. Powinienem opuścić tę planetę! Jak mogłem zacząć utożsamiać się z dzikusami? Nawet nie dzielimy tej samej śmierci: oni umierają, ja nie. Stałem się jednym z ich bogów. A teraz znowu Biuro nasyła szperacza, aby nas obserwował! Przykro pomyśleć, że to, czego ów człowiek szuka, może mu wpaść w ręce tak szybko.

- Z tym badaczem to nie taka prosta sprawa - odezwała się Ynvic. - Wydaje się, że pochodzi z naj-zamożniejszych bogaczy. Jeśli więc coś ci zaproponuje, powinieneś się zgodzić. W ten sposób wprawisz ich wszystkich w prawdziwe zdumienie. Cóż będą ci mogli zrobić? Potwierdzisz tylko swą niewinność, a cały personel weźmie twoją stronę.

- Niebezpieczne... - mruknął.

Patrzył na swoją prawą dłoń. To ona, moja ręka, jest we wszystkim, co dzisiaj zwą historyjkami - pomyślał. - Od czasów Babilonu, a może nawet jeszcze dłużej, jestem tym, który pociąga za sznurki ich losów...

- Kelexel prosił o chwilę rozmowy z Wielkim Fraf-finem - powiedziała Ynvic. - Był...

- Niech więc przyjdzie - skrzywił się. Stuknął pięścią w otwartą dłoń.

- Tak. Przyślij mi go tutaj.

- Nie! - zaoponowała kobieta. - Każ mu czekać. Niech twoi agenci...

- A jak to uzasadnię? Przecież już nieraz rozmawiałem z bogatymi kupcami.

- Jakkolwiek. Powiedz, że nawał pracy ci nie pozwala. Twórcze natchnienie, nagły przebłysk geniuszu artysty...

- Nie. Porozmawiam z nim. Czy w jakiś sposób wyposażyli go wewnętrznie?

- Nie przypuszczam. Do tak prostackich metod Biuro raczej by nie sięgnęło. Ale dlaczego chcesz...

- Chcę go tylko wysłuchać.

- Do tego rodzaju zadań masz cały zastęp specjalistów.

- Ale on chce rozmawiać ze mną.

- To niebezpieczne. Będzie tu węszył aż do chwili, gdy nas wszystkich pochwyci w garść.

- Ktoś w końcu musi się zorientować, czym można go skusić.

- Dobrze wiemy, czym można go skusić - odparła nieustępliwie Ynvic. - Lecz niech tylko zorientuje się, że potrafimy się krzyżować z tymi dzikusami, a już go straciliśmy... i siebie wraz z nim.

- Nie jestem wymagającym pouczeń dzieckiem, Ynvic. Porozmawiam z nim.

- Naprawdę jesteś zdecydowany?

- Tak! - uciął krótko. - Gdzie mam go szukać?

- Na zewnątrz. Jest teraz na powierzchni wraz z grupą operatorów.

- Rzeczywiście - zorientował się. - Już go widzę. Oczywiście nie spuszczamy go z oczu. Co myśli o naszych stworzeniach?

- To co wszyscy inni: zbyt potężne, brzydkie - po prostu karykatury Chemów.

- Ale co mówią jego oczy?

- Interesują go tutejsze kobiety.

- No, tak - skinął głową Fraffm - tak właśnie myślałem.

- Z tego co widzę - uśmiechnęła się Ynvic - odłożysz na bok ten dramat wojenny i weźmiesz się za jakąś historyjkę specjalnie dla naszego gościa?

- A co innego mi pozostaje? - Jego głos zabrzmiał nieoczekiwaną rezygnacją.

- Z kim chcesz to zainscenizować? - spytała nie bez zainteresowania. - Może z tą małą grupą z Delhi?

- Nie. Tych oszczędzam na wszelki wypadek. Użyję ich wyłącznie w razie nagłej konieczności.

- Szkoła dziewcząt z Leeds? - nie dawała za wygraną.

- Nic z tego. Nie nadają się. Ale wiesz co? - jego oczy zabłysły prawdziwą pasją. - A gdyby tak wmieszać go w jakąś przemoc? Co o tym myślisz? Skusi się?

- Bez wątpienia. A zatem szkoła morderców w Berlinie?

- Nie, nie - zaprotestował gwałtownie. - Mam coś znacznie lepszego. Porozmawiamy o tym, jak tylko go obejrzę. Gdy tylko wróci, niech do mnie przyjdzie.

- Chwileczkę - powstrzymała go Ynvic. - Chyba nie zamierzasz spróbować z immunem...

- A dlaczego by nie? - roześmiał się, zacierając ręce. - Powinniśmy przecież skompromitować tego szpicla.

- Wystarczy, aby go ujrzał, a może nas zrujnować!

- Immuna można zabić w każdej chwili.

- Ten Kelexel nie jest idiotą!

- Będę ostrożny.

- Nie zapominaj, drogi przyjacielu - zaczęła Ynvic niemal złowróżbnym tonem - że tkwię w tej sprawie po same uszy, równie głęboko, jak ty. Pozostali zdołają się jakoś z tego wygrzebać, co najwyżej grożą im roboty przymusowe, ale ja fałszuję próbki genów, wysyłane Prymasowi.

- Nie zapominam - zapewnił Fraffin. - "Rozwaga" to moja dewiza.

 

Rozdział trzeci

Kelexel, ciągle łudzący się, że chroni go kamuflaż bogatego turysty, przystanął na moment przed otwartymi drzwiami. Rzucił badawcze spojrzenie na atelier dyrektora. Jego rześki umysł niemal natychmiast zarejestrował wszędzie widoczne oznaki zużycia i starości.

Rzeczywiście, siedzi tutaj już od dawna - stwierdził. - Po kimś, kto tak długo zajmuje ten sam statek, trzeba się spodziewać najgorszego. Chem nie powinien zbytnio koncentrować uwagi na jednym przedmiocie, ponieważ wkrótce mógłby w nim znaleźć jedną z zabronionych atrakcji.

- Turysta Kelexel - odezwał się Fraffin, dźwigając się znad biurka. Ruchem dłoni wskazał stojący naprzeciwko fotel. Kelexel, czyniąc powitalne uprzejmości, podszedł bliżej, po czym skłonił się tuż nad matową szybą, wbudowaną w blat.

- Dyrektorze Fraffin - zaczął uroczyście - nawet światło miliarda słońc nie mogłoby przyćmić blasku twojej sławy.

O bogowie... - jęknął w duchu Fraffin. - To taki ptaszek... Uśmiechnął się i jednocześnie z gościem zajął swe miejsce.

- Moja sława blaknie wobec twego oblicza - odpowiedział. - Czym mogę służyć memu czcigodnemu, znakomitemu przyjacielowi?

Kelexel poczuł się nagle niepewnie. We Fraffinie było coś, co go peszyło. Dyrektor był niskim człowiekiem, a w otoczeniu tych maszyn i wszystkiego, co tu się znajdowało sprawiał wrażenie karła. Jego cera miała typowy dla Sirihadi mlecznosrebrzysty odcień i znakomicie pasowała do koloru ścian pomieszczenia. Oczekiwał kogoś większego. Może nie tak wysokiego, jak rdzenna ludność tej planety, lecz z pewnością kogoś bardziej imponującego, dorównującego wielkością sile, widocznej w rysach jego twarzy.

- Bardzo to wielkoduszne z twej strony, że zechciałeś mi poświęcić nieco czasu, czcigodny przyjacielu.

- Czymże jest czas dla Chema? - rzucił retorycznie Fraffin.

Poruszali się w utartych schematach formułek grzecznościowych i Kelexel uznał, że to już dosyć. Uważnie spojrzał na rozmówcę.

Twarz Fraffina! Oczywiście, któżby jej nie znał! Czarne włosy, głęboko zapadnięte oczy, haczykowaty nos i ostry podbródek - to zdjęcie pojawiało się na wszystkich ekranach zawsze, gdy pokazywano coś, co wyszło spod ręki jego gospodarza. Jednak prawdziwy, nieretuszowany kreator wykazywał tak zadziwiające podobieństwo do swych oficjalnych portretów, że Kelexel poczuł się zaniepokojony. Zwiadowca oczekiwał czegoś innego; sądził, że zerwie zasłonę iluzji. Spodziewał się więcej władczości i aktorstwa, dzięki czemu łatwiej byłoby mu zdemaskować kabotyna.

- Zwiedzający to miejsce na ogół nie proszą o rozmowę z dyrektorem.

- Tak, oczywiście... - odparł Kelexel. - Mam pewną...

Zawahał się znowu napotkawszy w tej twarzy kolejny powód swej irytacji. Wszystko we Fraffinie - brzmienie głosu, karnacja skóry, cała promienna witalność - wskazywało na przeprowadzoną niedawno kurację odmładzającą, a przecież Fraffin nie był w wieku, kiedy należałoby ją odbyć.

- Tak?

- Mam... mam raczej osobistą prośbę.

- Ufam, że nie chce mnie pan prosić o zatrudnienie - uśmiechnął się mężczyzna za biurkiem. - Mamy tak licznych...

- Nie dla siebie - pośpiesznie rzucił Kelexel. - Osobiście niezbyt się tym interesuję. Liczne podróże na ogół zupełnie zadowalają mnie całkowicie. Jednakże podczas ostatniego cyklu również otrzymałem pozwolenie na męskiego potomka.

- Cieszę się wraz z tobą, czcigodny przyjacielu - rzekł Fraffin nad wyraz ostrożnie. W skrytości ducha zaniepokoił się. Czy ten człowiek naprawdę coś wie? Czy to możliwe?

- Hm... - wahał się gość. - Cały problem w tym, że potomek wymaga stałej opieki. Jestem gotów zapłacić bardzo wysoką cenę za przywilej przyjęcia go do twej organizacji i wychowywania aż do chwili, gdy wygaśnie całkowicie moja odpowiedzialność za jego losy.

Skończywszy, Kelexel wyciągnął się w fotelu. Na jego twarzy pojawiło się oczekiwanie.

"Oczywiście, będzie nieufny" - powiedzieli mu eksperci z Biura. - "Będzie podejrzewał, że chcesz podrzucić mu szpicla, toteż gdy przedstawisz mu tę propozycję, zwróć szczególną uwagę na jego reakcje wewnętrzne". Dyrektor wyraźnie się zaniepokoił - stwierdził. - Czy obleciał go strach? Nie, jeszcze za wcześnie. W tej chwili nie powinien się jeszcze obawiać.

- Przykro mi, że muszę odmówić tak wspaniałej osobistości - rzekł w końcu gospodarz - lecz jakakolwiek padłaby tu suma, żadna z ofert jest nie do przyjęcia.

Kelexel wydął w milczeniu wargi, pomyślał przez chwilę, po czym podał cenę. Fraffin omal nie spadł z fotela. Przecież to połowa tego, co spodziewam się zyskać z całego przedsięwzięcia planetarnego... - rozmyślał gorączkowo. - Czy Ynvic mogła się mylić co do tego człowieka? W ten sposób raczej nie usiłuje się wcisnąć szpiega. Nikt, żaden nowy pracownik nie może się dowiedzieć niczego istotnego na temat swej pracy aż do chwili, gdy sam jest równie skompromitowany jak inni. Wówczas wraz z pozostałymi poci się, przygnieciony świadomością winy.

- Czy nie dosyć? - spytał Kelexel.

- No... wyznani, że jestem dość zakłopotany - wyjąkał w końcu Fraffin. - Naprawdę za żadną cenę nie mogę się na to zgodzić. Jeśli już raz opuszczę poprzeczkę i przepuszczę potomka bogacza, to wkrótce kreocentrum stanie się przystanią dla wszelkiego rodzaju dyletantów. Jesteśmy tu wszyscy zgraną załogą, pracujemy nadzwyczaj intensywnie, dlatego każdego nowego pracownika wybieramy nadzwyczaj skrupulatnie badając jego talenty. Jeśli jednak twój potomek ma życzenie kształcić się w pewnym określonym fachu, jeśli zechce podjąć studia w jednym z wybitnych instytutów...

- A jeśli podwoję sumę?

Czy za tym pajacem naprawdę stoi Biuro? A może to raczej jeden ze spekulantów nieruchomościami? Chrząknął.

- Przykro mi, ale czegoś takiego nie da się kupić.

- A może cię uraziłem, szlachetny Fraffmie?

- Nie. Tę decyzję dyktuje mi po prostu instynkt samozachowawczy. Praca jest naszą odpowiedzią na ciężki los wszystkich Chemów...

- Ach, nudę - przerwał domyślny Kelexel.

- Tak, dokładnie tak - potwierdził dyrektor. - Jeśli otworzę podwoje Centrum przed każdym, kto dysponuje odpowiednim bogactwem lub godnością, nasze problemy natychmiast urosną do niespotykanych wcześniej rozmiarów. Nie dalej jak dzisiaj zwolniłem trzech ludzi z powodu postępowania, jakie byłoby na porządku dziennym, gdybym przyjął proponowaną przez ciebie metodę werbowania nowych współpracowników.

- Zwolniłeś trzech ludzi? - Kelexel najwyraźniej nie posiadał się ze zdumienia. - A czym zawinili?

- Własnowolnie wyłączyli osłonę i pozwolili oglądać się tubylcom. Tego rodzaju historie zdarzają się wystarczająco często z powodu awarii sprzętu, nie trzeba ich mnożyć wskutek zwykłej swawoli.

Cóż za powaga i praworządność - pomyślał Kele-xel. - Chce sprawić wrażenie filaru porządku publicznego. Cóż z tego, że zwolnił trzech pechowców, skoro rdzeń załogi kreocentrum składa się ze starych, wypróbowanych pracowników, lojalnych wobec szefa. A nawet ci, których wyrzuca, nie puszczają pary z ust. Dzieją się tu dziwne rzeczy - coś, czego nie można pogodzić z obowiązującym prawem.

- Tak, oczywiście rozumiem - potwierdził skwapliwie. - Nie należy się fraternizować z tubylcami. - Wskazał palcem na sufit. - To byłoby nielegalne... i bardzo niebezpieczne.

- Podniosłoby także próg odporności - dorzucił Fraffin.

- Drogi i czcigodny przyjacielu - zaczął Kelexel. - Twoje oddziały egzekucyjne muszą mieć ręce pełne roboty. Dyrektor pozwolił sobie na uśmieszek dumy.

- Wręcz przeciwnie, najczcigodniejszy. W ten sposób w ciągu swej długiej kariery wyeliminowałem niespełna milion immunów. Na ogół pozwalam tubylcom, by sami się wzajemnie wyrzynali.

- Tak, to jedyna słuszna droga - przytaknął skwapliwie Kelexel. - O ile to możliwe, powinniśmy się trzymać klasycznych technik. To właśnie konsekwentne stosowanie tej metody uczyniło cię sławnym, wielki Fraffinie! Dlatego chciałbym powierzyć c...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]