[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 

 

Frantisek Nowotny

 

 

Długi dzień Walhalli

 

Tom 1

 

Miecze i Pierścień

 

Przełożyła Joanna CzaplińskaI

 

Tego długiego dnia, w którym został zabity i wytrzebiony, rycerz Arnim von Gallwitz nie miał zapomnieć nigdy. Wprawdzie już od wiosny, od krwawego kwietnia roku 1917, opowieści o przedziwnych zjawach zaczęły krążyć po eskadrach – zwłaszcza mechanicy chętnie bajdurzyli o pięknych dziewczętach, pojawiających się nagle w trakcie bitwy powietrznej i siadających na skrzydłach samolotu, którego pilot jest przeznaczony na śmierć – jednak von Gallwitz nie wierzył w te bajki o walkiriach, jakby żywcem wyjęte ze starogermańskich mitów. Wprawdzie sam w lecie był świadkiem przerażającego i niezrozumiałego zdarzenia, ale rozegrało się ono na ziemi, a nie w powietrzu.

Mechanicy, jak to staruszkowie po czterdziestce, tłumaczył sobie dziewiętnastoletni pilot, zawsze mieli ciągoty do przesądów. Do wiary w różne skrzaty i dokuczliwe karły, których jedynym zajęciem jest zapychanie układu paliwowego, obluzowywanie miedzianych przewodów przy świecach i w ogóle płatanie przeróżnych figli, które psują krew każdemu porządnemu specowi od silników.

Jednak niecały tydzień wcześniej zestrzelono Wernera Vossa, dowódcę sąsiedniej eskadry i przyjaciela, z którym von Gallwitz zaczynał wojnę u Oswalda Boelckego. Jego obowiązkiem było oddać przyjacielowi ostatnią przysługę.

– Zanim ci rzeźnicy z angielskiego 56. szwadronu odcięli jego fokkera od mojej maszyny, wyraźnie ją zobaczyłem – wmawiał von Gallwitzowi skrzydłowy Vossa, porucznik Bellen, na wojskowym cmentarzyku, gdzie pogrzebali w ziemi właściwie pustą trumnę. – Siedziała na górnym skrzydle maszyny Wernera. Jakby to była ławka w parku, a nie płat myśliwca, lecącego pełnym gazem trzy kilometry nad ziemią. Co widziałem, to widziałem – Bellen obstawał przy swoim i następca Vossa na trzy dni wypisał go ze stanu. Ze względu na rozstrój nerwowy.

Rycerz Arnim von Gallwitz podkulił nogi obute w wysokie skórzane oficerki i lewą docisnął pedał. Dłonie mocniej zacisnął na orczyku, delikatnie przyciągnął go do brzucha i lekko pchnął w lewo. Jednocześnie lewą ręką sięgnął do dźwigni dopływu paliwa i energicznie pchnął ją w przód.

Sześciocylindrowy mercedes ryknął z całych sił, a w kokpicie wskazówka obrotomierza zawirowała. Z puzonowatego wydechu po prawej stronie dzioba wystrzelił niebieski wąż płomieni z wielką głową czarnego dymu. Samolot skoczył w przód, wznosząc się i zakręcając w lewo. Wibracja strun na chwilę przeniosła się na kadłub i von Gallwitz uświadomił sobie, że znowu nie przypomniał mechanikom, żeby poprawili ich naciągi.

To było ważniejsze niż myślenie o zjawach. Nawet pod postacią pięknych dziewcząt. Dwupłatowy albatros, najpopularniejszy typ myśliwców niemieckiego lotnictwa jesienią 1917 roku, uniósł swój lekki duralowy nos i, ciągnięty przez tęczową aureolę śmigła, podwójnym prawym skrzydłem oparł się o niebo. Mimo szklanej owiewki prąd powietrza drapieżnie liznął twarz młodego pilota. Ten umościł się na skórzanej poduszce siedzenia i na tyle, na ile pozwoliły mu ciasno zapięte pasy, całym ciałem pochylił się w lewo. Gdy jeszcze dołączył do tego ruch głowy, po jednym okrążeniu spirali za zielonym, czerwono obramowanym ogonem swojego samolotu ujrzał sześć kropek. Sześć brązowawych muszek.

Unosiły się w krystalicznie czystym eterze, jak coś błahego, nieistotnego. Nie znikły nawet gdy pod nimi, nieco po skosie, nad płaski horyzont wyskoczyła purpurowa obręcz słońca i nad Flandrią wstał kolejny dzień wojny – dzień tysiąc sto siedemdziesiąty czwarty. Mimo że w walce von Gallwitz przeżył ich mniej niż trzysta, był na tyle doświadczonym pilotem, by wiedzieć, że to, co widzi, to nie żadne muszki. Ani krople oleju na okularach.

Były to drapieżne ptaki. Takie jak on. Tym większym były zagrożeniem – ponieważ, a co do tego nie mogło być wątpliwości, wykluły się w obcym gnieździe.

Zauważył je już przed minutą i nie dał się zwieść temu, że nadlatują ze wschodu. Od niemieckiej strony frontu, wyznaczanej przez linię ciemnego dymu, w którym rozbłyskiwały wystrzały armat, widoczne mimo kłębów morskiej mgły, codziennie wysuwającej znad Morza Północnego swoje macki i utrzymującej się do godziny dziesiątej. Stawiał na to, że dostrzeżony wróg to Anglicy. Prawdopodobnie tak jak on wystartowali o świcie na poranne łowy. Przed godziną, gdzieś nad Dhanunde czy jeszcze bardziej na północ, przelecieli nad linią frontu i wypatrywali łupu – jakiegoś nieuważnego samolotu obserwacyjnego – aby zaskoczyć go od tyłu.

On stosował taką samą taktykę. Jednak z małą różnicą. W owalu lotniczej maski, pod szkłami okularów, białe zęby von Gallwitza zalśniły w uśmiechu. On na łowy wypuszczał się sam. A braciszkowie, jak on i Werner nazywali Anglików, woleli inne sposoby. Zgodnie ze starym dobrym angielskim zwyczajem gonili lisa całą sforą. Teraz też było ich sześciu. Ale tym razem się pomylą. On nie jest tchórzliwym angielskim lisem i nie zamierza przed nimi uciekać. Zęby znowu błysnęły bielą.

Gdy von Gallwitz się wychylił, jego wzrok padł na powierzchnię kadłuba. Na jego zaokrągleniu połyskiwał czerwony łeb smoka, wypluwający przez zęby jadowe żółte płomienie. Tak, temu rysunkowi, ciągnącemu się aż do ogona samolotu, zostanie wierny do końca; nie zdradzi swojego smoka. Tym bardziej że smok to nie czcze pogróżki, szarlatańska chełpliwość, kupiona za odrobinę farby. W jego przypadku to symbol prawdziwie drapieżnej siły, popartej faktem dwudziestu siedmiu zwycięstw w powietrzu. Za piękne oczy Krzyża Żelaznego nie dają. W rankingu ich eskadry myśliwców był na drugim miejscu. Kumpel Voss był wprawdzie jeszcze lepszy bo dostał własną eskadrę, ale teraz, kiedy poległ, von Gallwitz miał szansę go wyprzedzić.

Przyjaciel Werner, nawet bez szlacheckiego tytułu prawdziwy rycerz niebios.

Obaj zaczynali u Oswalda Boelckego. Tam się poznali i nawiązali przyjaźń. Razem walczyli, razem odpoczywali. Na ostatni prawdziwy urlop też pojechali razem. Najpierw do Krefeldu, gdzie u starych Vossów jeździli na motocyklu Wernera, a potem von Gallwitz w rewanżu zaprosił Wernera do posiadłości ojca na Pomorzu. Tam ujeżdżali konie, strzelali do kaczek... A teraz Wernera już nie ma, już nie będą razem popijać szampana, by uczcić wspólne zwycięstwa, ani potajemnie rywalizować, który jest lepszy. Nie będą przed rodzinną posiadłością wspólnie wpisywać się do niewielkich sztambuchów wielbicielek, ponieważ... – ponieważ jakaś walkiria uprowadziła go do Walhalli, przypomniał sobie bzdurną historyjkę Bellena. Nagle poczuł pragnienie, żeby to było prawdą.

Albatros zakończył kolejne piętro spirali i osiągnął wysokość wrogów. Czas wspomnień dobiegł końca.

Dla pewności pilot zerknął na wysokościomierz – dwa tysiące osiemset metrów – i znowu obserwował te dziwne, tańczące w ramce owiewki muszki.

Zauważyli go!

Oburącz przyciągnął orczyk do siebie i wyrównał sterowanie nożne. Kropki wrogów zapadły się gdzieś pod duralową maskę, z której wystawały cylindry silnika z drgającymi dźwigniami zaworów.

Wiedział, że niewidzialni wrogowie również wznoszą się teraz jak szaleni. Kciukami w skórzanych rękawiczkach instynktownie pogładził niklowane dźwignie umieszczone przy drążku sterowym. Z nich w swobodnych pętlach spływały cięgna Bowdena, prowadzące do dwóch karabinów maszynowych Spandau, których masywne zamki, na wpół wpuszczone w kadłub, wieńczyły owiewkę z obu stron. Jego ołtarz, na którym od ponad roku służył śmierci.

Przerzucił drążek sterowania i dźwigienkami z boków zamków naciągnął najpierw prawy, a potem lewy spandau. Za chwilę będzie potrzebować obu. Podczas operacji samolot lekko się zachwiał i wtedy pilot zauważył Anglików.

Oskrzydlali go.

Trzech z prawej, trzech z lewej.

Kanciaste nosy wskazywały, że są to brytyjskie SE5a. Najnowocześniejsze, jakie mieli Anglicy. Prawdopodobnie rzeźnicy McCuddena albo Australijczycy Caldwella. Zresztą to nieważne, szczwanymi lisami są jedni i drudzy. Większość z wieloma zestrzeleniami na kontach. Może wśród nich jest też ten, który przed tygodniem zdjął Wernera. Kolejny powód, żeby im dać klapsa.

Dobry manewr.

Ich manewr. Dobry, ale trochę zbyt ostrożny. Pokrzyżuję im szyki, pomyślał, posyłając w prawo i w lewo błyskawiczne spojrzenia. Ale nie mógł stracić nawet ułamka sekundy.

Wyrzucił prawą nogę i zdecydowanym ruchem przyparł orczyk do prawego rogu kokpitu, aż do tablicy z przełącznikami zbiorników paliwa. Ostro gwiżdżąc strunami albatros zrobił zwrot przez prawe skrzydło. Powietrze, nagle stężałe, wymierzyło von Gallwitzowi mocny policzek z prawej strony.

Spadał do góry nogami, a przestrzeń, którą przed setną sekundy opuścił, przeciął snop żółtych nitek. Za nimi mignęły brązowy i kremowy cień z czerwono-biało-niebieskimi kokardami na skrzydłach. Do dudnienia mercedesa dołączył drżący ryk wolseleya Anglika, ponad który na chwilę wzbił się złowieszczy terkot karabinu.

Nie zważając na siłę odśrodkową, która wyrywała go z ławeczki, von Gallwitz ujął gazu i wyrównał samolot w nurkowym locie. Uśmiechnął się szeroko i z wyszczerzonymi zębami rzucił spojrzenie w lusterko wsteczne. Anglicy niezdecydowanie machali skrzydłami kilkaset metrów wyżej.

W rękach miał trzy asy: przestrzeń, czas i szybkość, natomiast przeciwnikom pozostał jeden – przewaga wysokości. Mógł więc zacząć się wznosić z nadzieją na wygraną.

Energicznie, ale z wyczuciem zaczął przyciągać drążek ku sobie. Półtorapłatowe dolne skrzydło albatrosa zbyt często alergicznie reagowało na brutalne naprężenia podczas lotu nurkowego. Znowu przesunął manetkę gazu w przód. Przy wzmożonym ryku mercedesa przed dziobem samolotu błyskawicznie wynurzyło się krystaliczne powietrze wczesnego jesiennego poranka.

Usilnie wykręcał głowę na wszystkie strony. Kto pierwszy dostrzeże wroga, ten zwycięży.

Są! Dokładnie tam, gdzie się spodziewał.

Niecałych pięćset metrów przed nim roili się Anglicy. Ich szyk rozwijał się jak rzucona w jego kierunku serpentyna.

Von Gallwitz, teraz spokojny i skoncentrowany, przyciągnął orczyk do brzucha. Samolot, wypuszczony z cugli po poprzednim nurkowaniu, wystrzelił jak piłeczka pingpongowa i świecą wystartował w górę. Dowódca przeciwników dostrzegł niebezpieczeństwo i spróbował ściągnąć spiralę, w której atakował.

Minęli się w odległości trzydziestu metrów i rycerz Arnim nad wycięciem kokpitu wyraźnie zobaczył niewielką głowę w okularach przypominających oczy żuka. Mniej doświadczony Anglik nie opanował maszyny i ześlizgnął się w bok. Za to piloci kolejnej pary błyskawicznie położyli swoje SE5a na skrzydła. Pozornie uciekali, ale von Gallwitz wiedział, że za parę sekund pojawią się za jego plecami.

Piąty przeciwnik próbował zrobić pętlę. Jego kremowy brzuch tylko mignął w celowniku, lecz po chwili pojawił się w nim kadłub szóstego SE5a. Kołysał się nad albatrosem z boku na bok, gdy jego pilot, instynktownie wyczuwający niebezpieczeństwo, próbował je zażegnać.

Za późno!

Von Gallwitz z całej siły zacisnął dłonie na uchwycie orczyka i pstryknął kciukami w niklowane dźwignie spustu.

Na krótką chwilę albatros zatrząsł się jak biały koń, a po obu stronach cylindrów silnika, przy lufach karabinów, rozkwitły ogniste bukiety. Czerwone macki łakomie wystrzeliły w górę, na spotkanie olbrzymiego cienia. Okrągły, przypominający pajęczą sieć celownik, umieszczony na końcu prawego spandaua, na mgnienie oka wypełniła mahoniowa podpora podwozia i brązowe koło z wąską czarną obręczą. Pomalowana na szaro blacha rusztu chłodzenia na dziobie SE5a rozpadała się pod gradem kul. Po ułamku sekundy czerwone macki biczowały tylko opustoszałą przestrzeń.

Von Gallwitz pchnął orczyk. Albatros zachwiał się i niezgrabnie stoczył w prawo. Robak strachu skręcał pilotowi wnętrzności i pełzł w górę, do głowy, którą ten rozpaczliwie kręcił.

Gdzie inni Anglicy?

W odległości stu metrów spadał niekontrolowanym lotem trafiony SE5a. Z jego silnika rozwijała się wstęga białego dymu, rozkładając się niczym śmiertelne giezło, w którym niknął brązowy kadłub przeciwnika z białą ósemką na boku.

Ostry błysk!

W asyście czarnej sadzy i dymu giezło przecięła klinga żółtego płomienia. Trafienie w stery!

Mimo rękawic drążek dotkliwie tłukł go w ręce. Spojrzenie posłane zestrzelonemu wrogowi był o ułamek sekundy dłuższe, niż być powinno!

Przez ryk mercedesa przebijał dźwięk podobny do tego, jaki wydają wielkie krople deszczu rozbijające się o bruk. Na poszyciu dolnego lewego płata z bezwzględną stanowczością zarysował się szereg otworów, a przestrzeń między płatami wypełniło wrzeciono żółtych nitek.

Pilot rozpaczliwe szarpnął drążkiem.

Z lewej strony mignął atakujący Anglik. Za tęczową tarczą śmigła graniasta chłodnica, szara pokrywa silnika z iskierkami ognia przy lufie karabinu, ciemny kadłub z okrągłą kokardą na boku, a za nią biała cyfra pięć.

W nagłym obrocie wraży drapieżnik pokazał żółty brzuch; śmignął pręgowany czerwono-biało-niebieski ster. Ktoś z drugiej pary. Pętlą wpadł mu za plecy, miał szansę, ale niedokładnie celował. Uwaga! Gdzieś jest jeszcze jeden!

Jest, braciszek!

Dowódca roju. Biała trójka.

Byle dalej od niego!

Kopnął lewą nogą i zaczął od spodu przecinać zakręt Anglika. Wykręcił głowę, żeby skontrolować pozycję pozostałych przeciwników. Ustawiali się w szyk nad nim i znowu zaczęli schodzić w jego kierunku. Miał kilka sekund. Energicznie przełknął ślinę, ale uczucie suchości w ustach nie przeszło. Miał czas, żeby rozprawić się z białą trójką, ich dowódcą. Nieprzyjacielski SE5a był tuż, po skosie, w górze przed nim, w przechyle ostrego zakrętu; oświetlony porannym słońcem, lśnił zielenią i brązem – z metalicznym połyskiem – jak świeżo wypastowany but.

Dodał gazu do dechy, a wierny mercedes odpowiedział dźwięcznym rykiem. Pilot .wyciskał z maszyny, ile się dało. Przeciążenie przykuwało go do ławeczki, deformowało brodę, a otwarte usta odkrywały zęby w upiornym grymasie. Czuł, jak przepocona koszula klei mu się do pleców.

Mimo to się spóźnił. Braciszek zdążył obrócić się przodem.

Pędzili ku sobie ze zsumowaną prędkością ponad czterystu kilometrów na godzinę.

Było to mgnienie oka. Ledwo widoczne koło śmigła, kanciasty dziób z rusztem chłodzenia, podwójny żleb żółtobrązowych skrzydeł, migoczący ognik śmierci przy lufie vickersów. Morderczy kod Morsea żółtych pocisków zapalających, uderzających prosto w niego jak bicz.

Znowu ten parszywy dźwięk kropli deszczu tłukących o bruk.

Kurczowy uchwyt spustu. Metalowy jęk karabinu i zapach prochu strzelniczego. W pajęczej sieci celownika zobaczył, jak czerwone koraliki jego pocisków znikają w paszczy chłodnicy Anglika; szkło owiewki nagle znikło – a potem śmigło przeciwnika, nagle olbrzymie i znieruchomiałe, wyciekło przez celownik.

Wokół wirowały jakieś blachy, uchwyty drążka wbijały mu się w brzuch. Miażdżące uderzenie od spodu w fotel, błysk ogromnego cienia tuż przed nim, potężna siła wyrywająca mu orczyk z dłoni.

Cały świat zniknął w oślepiającym blasku. Ktoś piłą tarczową odcinał von Gallwitzowi ramiona, a jego nozdrza wypełnił ostry chemiczny odór eksplodującej benzyny.

Wreszcie otworzył oczy.

Pomalowana na czarno rurka, biegnąca w poprzek kokpitu – tylne zakotwiczenie karabinu – była na swoim miejscu. A ręce w brązowych skórzanych rękawiczkach, dzierżące uchwyty drążka sterowniczego, należały do niego. Przechylił lekko głowę, ale gwałtowny ból twarzy zmusił go do przerwania ruchu. Podniósł wzrok na lusterko wsteczne.

Za nim pęczniał smolistoczarny kulisty obłok. Głowa Gorgony z wężami spowitych dymem odłamków, rozpryskujących się po niewinnym błękicie nieba.

Ból zmusił go do opuszczenia głowy na pierś. Kołnierz z baraniego futra zmienił kolor. Pierwotnie białe kłaczki poczerwieniały od krwi i stężały, gdy zaschła. Gdzieś we wnętrznościach znowu obudził się robak strachu.

Wsłuchał się w rytmiczny huk silnika i to go trochę uspokoiło. Pod kadłubem coś tłukło, a ster ściągał w prawo. Podejrzewał, że podczas zderzenia stracił podwozie. Przynajmniej prawą goleń.

Rany na pokiereszowanej twarzy zaczęły dawać o sobie znać; szarpały coraz mocniej. Mimo to zakiełkowała w nim nadzieja. Uda mu się wrócić, chociaż zostało jeszcze czterech Anglików.

Nie zważając na ból pokaleczonej twarzy i zachlapane krwią okulary, szarpnął orczykiem w prawo i od siebie. Albatros przewrócił się brzuchem do góry i z ryczącym silnikiem rzucił się ku ziemi.

Anglicy ciągle gdzieś tu byli, chociaż napsuł im trochę krwi. Czuł ich za plecami, nienatrętnych myśliwych, rozwścieczonych stratą dwóch towarzyszy. Ci braciszkowie byli wytrwali jak buldogi. Żółte węże nieustannie przecinały przestrzeń za wspornikami płatów, raz z prawej, raz z lewej, pozostawiając za sobą plątaninę niebieskich wstążek dymu. Po chwili, gdy pauzy w terkocie kaemów wrogów zaczęły się przedłużać, a klatka z żółtych krat pocisków nie była tak ciasna, przeszedł w lot wznoszący.

Ziemia zamieniła się miejscami z niebem. Zielonobrązowa równina, przecięta na krzyż podwójną blizną okopów i srebrzystą wstęgą rzeki Lys, uciekła pod kadłub i zaczęła się zapadać. Na przezroczystym niebie znowu władał słup dymu nad Ypres, odsłonięty przez ustępujące poletka porannej mgły, która rozpadła się na pojedyncze kłębki szarawej waty, uciekające na północ ku morzu.

Rycerz Arnim von Gallwitz wyrównał lot na dwóch tysiącach metrów. Chociaż Anglicy już nie strzelali, wiedział, że ciągle są za nim. Stracił czucie w poranionej twarzy, która stężała, niechroniona przed pędem powietrza. Rosła w nim nadzieja. Teraz na pewno uda mu się wrócić. Felczer zaklei mu twarz plastrami, a wieczorem może być już w Liege i zdrowym kącikiem ust siorbać szampana, by uczcić podwójne zwycięstwo.

Tuzin nowych kropek najpierw zlał mu się z kroplami zaschniętej krwi na okularach. Dopiero gdy rozdzielił się na grupy, pilot zrozumiał swojego pecha.

Kolejni przeciwnicy odcinali mu drogę z lewej, od morza. I nie były to żadne marudy; kropki szybko przeistaczały się w plamki i niemal natychmiast w sylwetki. Z profilu niezwykle wysokie, więc von Gallwitz zrozumiał, że będzie miał do czynienia z trójpłatowymi sopwithami angielskiego lotnictwa morskiego. Wiedział o fenomenalnej zdolności wznoszenia się tych maszyn, więc próba uzyskania przewagi wysokości nie miała sensu.

Pozostawała mu tylko ucieczka lotem nurkującym. Ale gdy odepchnął orczyk, ostatni w roju triplanów jakby odczytał jego zamiar – oddzielił się i zaczął schodzić ostrą spiralą.

Von Gallwitz zaklął i jeszcze mocniej pochylił nos swej uszkodzonej maszyny. Powietrze zaświszczało, struny się rozjęczały.

Niechcący sprowokował przedwczesny atak dwóch górnych rojów.

Rzuciły się jego śladem jak sfora wilków, a powietrze wypełnił ogłuszający grzechotkowy turkot ich silników rotacyjnych.

W przeciwieństwie do poprzedniego pojedynku rycerz Arnim nie czuł teraz żadnego podniecenia. Tylko apatię i rozpełzający się po całym ciele chłód. Powinien coś wymyślić, ale do mózgu wcisnęło się zupełnie bezsensowne wspomnienie tego generała. Z trudem, przezwyciężając ból, rozejrzał się po kokpicie i jego wzrok utknął na chwilę na czarnej lakierowanej pochwie, wklinowanej wzdłuż mosiężnego walca pompki do odpowietrzania zbiornika paliwa. Tuż nad drewnianym uchwytem pompki wystawała z pochwy skórzana rękojeść samurajskiej katany.

Pod koniec czerwca zestrzelili go, chociaż nie był już wtedy nowicjuszem. Udało mu się wylądować awaryjnie na ziemi niczyjej, a wrak na szczęście nie zaczął się palić. Za to zaraz wokół zaświszczały kulki. Wygrzebał się z kokpitu i po dziesięciu metrach niezgrabnych podskoków zwalił się w jakiś okop. Nie zdążył nawet upaść, gdy nad jego schronieniem przeleciała fala płomieni, a huk eksplozji przeszedł w gęstą ciszę. Wybuch granatu musiał go ogłuszyć i dopiero po chwili uświadomił sobie, na czym leży.

Dno okopu pokrywała warstwa trupów. Zdeformowanych ciał w mundurach tak zabłoconych, że nie można było określić ich przynależności. Tylko na podstawie kształtu hełmów von Gallwitz stwierdził, że musiała tu mieć miejsce bitwa na bagnety między Niemcami a Anglikami. I to nie jedna, ponieważ gnilny odór nie mógł pochodzić ze świeżych ciał z górnej warstwy.

Przez całe długie i gorące popołudnie tulił się do tej gnijącej i śmierdzącej masy, a gdy tylko próbował wysunąć nos z otwartego grobu, od angielskiej strony zaczynał szczekać karabin maszynowy, a świst strzałów z powrotem powalał go między trupy. Zbyt dobrze o nim wiedzieli. Mogła być dziesiata, kiedy szczęk saperek i skrzypienie rzemieni od strony wroga pobudziły go do działania. Szli po niego Anglicy.

Nie miał zamiaru czekać. Wyczołgał się z okopu i wtem noc zamieniła się w dzień. Ktoś z niemieckiej warty wystrzelił flarę i rozpętał piekło. Mógł tylko z powrotem skulić się w okopie, gdy wokół w ostrych pomarańczowych rozbłyskach wybuchały niemieckie miny. Wprawdzie angielskich zwiadowców albo rozerwały na strzępy, albo zmusiły do odwrotu, ale on znowu był zagnany między trupy Poza tym niemiecka kanonada wywołała odwet. Po stronie wroga też zaczęło błyskać i po kilku sekundach z ohydnym wyciem przeleciały nad nim pociski artyleryjskie. Po chwili kolejne.

Stracił poczucie czasu. Do kanonady włączały się kolejne baterie. Jaśniejszy pas nieba nad okopem pokryła siatka rozbłysków, a powietrze ciągle drgało, jęcząc pod tym ciężarem. Chyba dlatego dopiero po chwili ogłuszony pilot uświadomił sobie, że drga coś jeszcze. Że drgają trupy pod nim. Nie tylko drgały – one zaczynały się ruszać!

Na całej długości okopu podnosiły się nadmuchane martwe ciała. W rozbłyskach eksplodujących granatów niebiesko fosforyzująca masa poległych żołnierzy rosła i rozpadała się na poszczególnych osobników. Pozbawione krwi twarze o szklanych oczach, ciała bez rąk i nóg, Anglicy, Niemcy, wszyscy ustawiali się w jeden oblepiony ziemią szereg, który od razu zaczynał maszerować. Von Gallwitz, dusząc się od trupiego smrodu, jęczał ze zgrozy, kiedy zwłoki, na których leżał, poruszyły się, obojętnie odsunęły go na bok i dołączyły do szeregu niknącego w głębi okopu. Za zakrętem, którego wcześniej tam nie było.

Wydawał nieartykułowane wrzaski jeszcze długo po tym, jak kanonada ucichła. Nie przestał nawet, gdy do pustego okopu wpadło kilka cieni i dowodzący niemieckim patrolem feldfebel musiał mu wlepić policzek, by zamilkł.

Potem, w schronie, w drugiej linii okopów, nieprzytomnie wpatrywał się w mężczyznę z generalskimi lampasami, który jemu, zabłoconemu i śmierdzącemu, podawał rękę. Zawdzięcza pan życie generałowi Haushofferowi, powiedział asystent generała, proponując mu lampkę koniaku.

– Rano, właściwie wczoraj rano – poprawił się asystent, spoglądając na zegarek – rozkazał znowu wyczyścić ten okop, w którym się pan schował. Rozumie pan, znowu ukryli się tam Anglicy i generał oświadczył, że Niemcy mają zbyt mało pilotów takich jak rycerz von Gallwitz, by można było ich poświęcić. Osobiście dowodził atakiem i postanowił tu na pana poczekać. Przecież jest pan porucznikiem von Gallwitzem z eskadry myśliwców Jasta 10? – upewniał się asystent, a rycerz Arnim gapił się na niego w osłupieniu.

– Pan generał jest jasnowidzem – odpowiedział asystent na jego niewyartykułowane pytanie, a mężczyzna z lampasami zdecydowanie przytaknął.

– Czekałem na pana – oświadczył generał po toaście – chciałem pana zobaczyć, to chyba zrozumiałe. Niestety, nie będziemy mogli sobie pogawędzić, musimy pana wyprowadzić, dopóki jest ciemno, a lada moment zacznie świtać. Ale z pewnością jeszcze się spotkamy.

Intensywnie się w niego wpatrywał, gdy von Gallwitz oglądał dziwną broń sieczną, leżącą na grubo ciosanym stole przed siedzącym generałem. Nie była to zwyczajna szabla oficerska – z czarnej lakierowanej pochwy sterczała nad małym okrągłym jelcem pokryta skórą rękojeść.

– Widzę, że zainteresował pana prezent, który przygotowałem. Proszę przyjąć tę katanę jako wyraz mojego szacunku dla pańskiej sztuki pilotażu i dla tego, co robi pan dla ojczyzny – Haushoffer uśmiechnął się, wstał i podał zaskoczonemu von Gallwitzowi broń.

– Obraziłby mnie pan, poruczniku, odmawiając przyjęcia miecza – dodał z naciskiem, kiedy von Gallwitz się zawahał.

– Wie pan – kontynuował przyjaźnie generał, gdy młody pilot niezdecydowanie ujął katanę – wiele lat służyłem w Japonii jako dyplomata i ten starożytny samurajski miecz jest jedną z rzeczy, które stamtąd przywiozłem. Geneza tych mieczy jest wcześniejsza, niż się powszechnie sądzi, a na japońskie wyspy tajemnicę ich produkcji przynieśli indogermańscy mistrzowie płatnerstwa – wyjaśniał – ale to byłby długi wykład.

– Ten kształt i sposób ostrzenia – kontynuował, odprowadzając von Gallwitza do umocnionych drzwi schronu – są dziedzictwem dawnej Wysokiej Cywilizacji z naszej Praojczyzny. Pozwoli pan – generał zbliżył się do pilota – pokażę panu coś.

Byli już przy kotarze zasłaniającej wejście i zmieszany młodzieniec ciągle trzymał pochwę z bronią przed sobą. Generał położył dłoń na rękojeści i wysunął kawałek katany z pochwy. Białe opuszki jego delikatnych palców zacisnęły się na lśniącym metalu tuż przy miejscu, gdzie na klindze widniał wyryty drobny krzyż z załamanymi ramionami. Taki sam znak był wymalowany na albatrosie Wernera Vossa, uświadomił sobie von Gallwitz. Jak wyjaśnił mu przyjaciel, była to swastyka, mandala siły i potęgi starodawnych Aryjczyków, pramieszkańców subkontynentu indyjskiego.

Niezależnie od tego, czy było to dziełem przypadku, czy celowym działaniem, zaskakujący prezent generała, a jeszcze bardziej towarzysząca mu przemowa, uspokoiły rycerza Arnima i przeżycia z okopu przestały mu ciążyć. Jakby ta kolumna maszerujących trupów była tylko przywidzeniem, które odegnało opowiadanie generała. Żeby nie czuł potrzeby opowiadania o tym widoku.

– Kiedy weźmie pan mój prezent do samolotu, poruczniku, przestanie pan bać się śmierci – zapewnił go ojcowsko generał. – A gdy pozbędzie się pan strachu, śmierć przestanie nad panem panować – rzekł mu na pożegnanie, przed wejściem do schronu.

Von Gallwitz kierował się tą radą. Zresztą każdy pilot miał jakiś talizman, a spojrzenie na katanę naprawdę uspokajało. Tak jak teraz. Nagle spojrzał na siebie z zewnątrz, jak na człowieka, który tchórzliwie broni się w jego samolocie. Jakby coś obok pytało: Czy on w ogóle jest coś wart?

Wykonaną machinalnie, ale doskonałą pętlą umknął przed pierwszym szturmem Anglików. Niestety, stracił przez to prędkość i czas, co umożliwiło atak dolnej formacji, której maszyny z okrągłymi czarnymi osłonami wokół silników zasypały go z tylnej półsfery.

Spróbował ucieczki ślizgiem po lewym skrzydle, ale drążek sterowania nie poddał się naciskowi jego rąk. Albatros zakołysał się niezdecydowanie, po obu stronach zaczęły nagle falować złote nitki pocisków zapalających, z tyłu dobiegał chłodny terkot vickersów, a płócienne poszycie płatów pod gradem kul pokrywało się pęcherzami i rwało na strzępy.

Mimo wysiłków von Gallwitza samolot pochylił się w drugą stronę, w prawo.

Przerażony, spojrzał w tym kierunku i zapomniał o angielskich karabinach. Zapomniał o Antwerpii i szampanie, zapomniał o dziwacznym generale i jego prezencie; zapomniał o wszystkim.

Porucznik Bellen miał rację. Mechanicy również. Na prawym dolnym płacie, tuż przy rozpórce, klęczała zwrócona ku niemu dziewczyna. Była nieprzyzwoicie piękna.

Długie jasne włosy wdzięcznie falowały w prądzie powietrza i odsłaniały jej piersi, wielkie i agresywne, kuliste i krągłe, których brodawki zakrywały szpiczaste napierśniki z wypolerowanej stali. Łączyły je girlandy artystycznie wykutych łańcuszków na paskach czarnej skóry, które zbiegały się na plecach dziewczyny. Inne rzemienie po obu stronach szczupłej łabędziej szyi podtrzymywały masywne naramienniki, z których ukośnie sterczały po trzy ćwieki. Biodra pod smukłą talią i przepięknie wymodelowanym, płaskim brzuchem opinał czarny pas, na którym, jak fałdy spódnicy, zawieszone były stalowe płaty, które rozchylały się na udach, odsłaniając ich powabnie długie, lekko zaokrąglone kształty. Kolana okrywały wysokie ochraniacze, obszyte szarym futrem wilka. Do boku dziewczyny przypięty był nagi, lśniący miecz, sztychem wystający poza opływowy kant skrzydła. Z tym wyzywającym, należącym bardziej do dojrzałej kobiety niż dziewczyny ciałem kontrastowała subtelna twarz o równym nosku i wydatnych ustach ponad okrągłą brodą. Właśnie w tym kontraście między miodową cerą a błyskiem ordynarnej stali było więcej wyrafinowania niż w czarnych kabaretkach i koronkowych podwiązkach na białych ciałach belgijskich dziwek.

– Twój ziemski czas dobiegł końca, wojowniku – powiedziała przyciszonym altem, który bez wysiłku przebił się ponad świst powietrza. – Pójdziesz ze mną. – Przezroczyste szarozielone oczy pokryły się mgiełką miłosnego pożądania.

– Mój ojciec cię potrzebuje – dodała, kładąc lewą rękę na rękojeści miecza, a prawą, z wielkim złotym sygnetem na serdecznym palcu, chwyciła rozporki na górze w miejscu, w którym łączyły się z baldachimem. Ćwieki chroniącego jej przedramię nadgarstnika wklinowały się w przegub lotki. Jej usta w rozmarzonym uśmiechu odsłoniły drobne białe zęby; lewa ręka zacisnęła się na rękojeści miecza.

Rycerz Arnim von Gallwitz nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Brzęczące stukotanie świadczyło o tym, że trafiony został silnik. Kolejne kule karabinu dzwoniły o podpórki górnego płata. On jednak ciągle jeszcze nie był ranny.

Lewa połowa pokrycia silnika urwała się i śmignęła w powietrzu. Za nią wyleciał obłok pary, a potem z obnażonego silnika buchnęły kłęby białej mgły. Uniósł się ostry zapach benzyny, a jej opary, załamując światło, rozciągały się w długi tęczowy tren za spadającym samolotem.

– Spójrz – dziewczyna, której nie obowiązywały prawa sił grawitacyjnych i bezwładnościowych, pochyliła się nad kadłubem, wskazując tęczę podążającą ich śladem – już nam opuszczają most Bifrost, żebyśmy mogli wejść do Niflheimu. – Przebiegła po skrzydle do kabiny; jedną nogę miała już przerzuconą przez jego krawędź.

– Pragnę cię. – Jakimś cudem wcisnęła się do kokpitu przed pilota i wtuliła się w niego. – Pragnę cię, wojowniku, i zaprowadzę do swojego ojca.

Wybuchły płomienie, pawi ogon za samolotem poczerwieniał i zaczął wypluwać tłustą czarną sadzę. Przed von Gallwitzem wyrósł ognisty mur; dziwna dziewczyna uniosła ręce, napierając na niego piersiami. Ich metalowe groty wbijały mu się w tors i wypalały drogę do jego wnętrza. Zaczął tracić oddech. Rozpaczliwie szarpnął rękoma i podświadomie próbował ...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]