[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Inger Frimansson

WYSPA NAGICH KOBIE

Przełożyła Grażyna Pietrzak-Porwisz

Tytuł oryginału: De nakna kvinnornas ö

Śrubokręt w jego dłoni, krótka, żółta rękojeść,

śrubokręt w jego

uniesionej do ciosu

dłoni.

Jak wszedł niczym w masło, jak rozległ się charkot,

jak urwał się

i ucichł.

Tak ucichł, w końcu ucichł.

Gorąca, czerwona mgła przed oczami i nad dłońmi

pokrytymi drobnym, rzadkim meszkiem.

Jak trysnęło z przeciągłym sykiem

niczym gejzer.

Mężczyzna bronił się, lecz bez siły,

bo sity zabrakło.

Upadł na biurko,

uderzając skronią o ostry kant.

A każde dziecko wie, że skroń

trzeba chronić. Bo za nią jest mózg

i wszystko, co się w nim dzieje.

I znowu uniesiony do ciosu śrubokręt,

jak zanurzył się w nagiej szyi,

jak zacharczało, zarzęziło,

zabulgotało.

Pod koniec września

OBUDZIŁA go o świcie. Jej głos był szorstki, zniekształcony nocnym snem.

– Tobias... Wstawaj, już czas. Wiatr ustał.

Leżał z dłonią zaciśniętą w pięść i ręką zgiętą nad głową pod nienaturalnym kątem. Gdy usłyszał jej głos, pięść wystrzeliła przed siebie, jakby w samoobronie. Palce trafiły prosto w ścianę. Zaklął jeszcze przez sen:

– Idę, do jasnej cholery.

W sieni paliło się światło, przez materiał koszuli nocnej widział prześwitujące zarysy jej mocnej sylwetki. Gdy wstał, opadła mu na oczy grzywka. Czuł utrzymującą się ostrą woń zwierząt, tkwiącą w każdym źdźble włosa, wżartą głęboko w każdy por skóry.

Ta sama woń biła od niej, poczuł ją od razu, gdy tylko przyjechał w czwartek. Zapewne nie była świadoma tego, że ją roztacza.

– Ubiorę się. – Głos nadal nie należał do niej, nie był zwyczajnym głosem Sabiny, brzmiał ociężale i zrzędliwie. Schody stękały pod jej ciężarem, słyszał jej oddech.

– Dobra, już idę – szepnął w pustą przestrzeń pokoju.

Tobias podniósł żaluzję i rozsunął zasłonki. Trawę pokrywał szron, panował ostry, przenikliwy ziąb. Spał przyciśnięty do ściany, przy akompaniamencie lekkiego szumu pompy grzewczej. Leżał tuż przy wielkiej tętnicy krwiobiegu domu, chłonąc jego żywe ciepło.

Zapach własnego ciała, silny i swojski, mieszał się teraz z wonią zwierząt; całe powietrze przesycały ich wyziewy i odgłosy.

Jego zapach był mu teraz obcy.

Odczuwał pulsujący niesmak.

Stał na podłodze wyprostowany, lecz zmęczony. Pozbierał swoje ubrania. W pokoju były te same tapety, z szerokimi srebrzystobiałymi bordiurami pomiędzy ornamentami. Ciężkie, staroświeckie meble, sofa obita materiałem. Nikt nie wytrzymywał dłużej na wybrzuszonym siedzisku, a kąt zapiecka urągał anatomii. Jako dziecko Tobias pełzał pomiędzy bajecznymi drzewami wzorów, koniuszkami palców skrobał zmechaconą aksamitną powierzchnię.

Sofę można było rozłożyć do spania. Korzystali z niej z Görel tuż po ślubie, milcząc podczas aktu jak zaklęci, z zapartym tchem. Görel nigdy nie czuła się dobrze w tym domu, nawet gdy byli sami. Nieznajome odgłosy i trzaski sprawiały, że sztywniała. Zrywała się z krzesła i krążyła nerwowo pomiędzy oknami.

– Tobi, wiem, że tam ktoś jest! Ktoś chce tu wejść!

Próby uspokajania jej pozbawiały go sił.

Psy zdążyły się zorientować, że ludzie już powstawali. Ich mroczne, spokojne ujadanie oznaczało, że go rozpoznawały. Nic nie uchodziło ich uwagi, nagle wyciągały szyje, zadzierały do góry pyski, wydając z siebie jakieś praodgłosy przypominające wycie wilków. Jakiś człowiek na skraju lasu! Sarna!

Trzymano je najczęściej w boksie dla psów. Bynajmniej nie dla umilania sobie czasu – służyły do ochrony i polowania, a także do pilnowania bydła.

Sabina stała w kuchni, już ubrana w zielone spodnie od dresu i sweter z przydługimi rękawami. Choć podwinęła je za łokcie, wciąż opadały. Smarowała ręce kremem, wcierała i wmasowywała.

– Zaraz będzie kawa.

Tobias skinął głową. Usiadł na krześle tuż przy oknie, słyszał jej pięty szurające po chodniczku. Pudełko z margaryną Bregott z wystającym z niej upaćkanym nożem, pasztetowa w plasterkach, posklejana i wysuszona na brzegach. Sabina kroiła pomidory, ich nasionka ślizgały się w soku.

– Mogę ugotować owsiankę, fajnie rozgrzewa bebechy.

– Owsiankę? O nie, za cholerę. Matka wmuszała to we mnie bez przerwy, gdy byłem mały.

Jej plecy przy blacie, włosy zaplecione w mocny, skręcony warkocz, wijący się i lśniący ciepłem.

– Spałeś dobrze? – zapytała.

– Owszem.

– A łóżko jest wystarczająco wygodne? Dla kogoś takiego jak ty?

– Dla kogoś takiego jak ja? Daj spokój!

Oczy niczym skośne kreski pośród całej bladości.

– No wiesz, pewnie jesteś przyzwyczajony do lepszych warunków, występowałeś w telewizji, i w ogóle.

Nie miał ochoty wdawać się w tę dyskusję. Przytaszczyła dla niego ze strychu łóżko polowe i dała dodatkowy materac. Prawdę mówiąc, sypiał już wygodniej, ale wzruszyły go jej starania. Powoli rozsmarował margarynę na kromce razowca i rozdzielił kilka plasterków pasztetowej. Podniósł wzrok, słysząc drapanie w drzwi. Twarz Sabiny przybrała łagodny, serdeczny wyraz, spojrzała na niego z uśmiechem.

– Nauczył się, załatwia się na dworze.

Pod drzwiami czekał szczeniak golden retrievera. Z takiego psa nie będzie raczej pożytku, kupił jej go stary, bo marzyła o jakimś miłym zwierzątku. Poszła otworzyć, po podłodze przeciągnął podmuch lodowatego porannego powietrza. Piesek przeskoczył próg, pazury drapały o podłogę. Sabina przykucnęła. Dłoń trzymająca łebek była duża i płaska.

– Jak go nazwałaś? – zapytał.

– Mówiłam ci, Frett.

– Fred?

– Frett. Masz kłopoty ze słuchem?

– Frett? Przecież to rodzaj tchórza.

– Co takiego?

– To inna nazwa tchórza.

– Akurat takie imię przyszło mi do głowy. Jest w sam raz, nie za długie. Reaguje, gdy się go woła, od razu przybiega.

Klapnęła naprzeciw niego z szeroko rozstawionymi nogami, z psem w objęciach. Jasne łapki opierały się o jej rękę. Tobias poczuł się dziwnie onieśmielony. Miał wrażenie, że Sabina oczekuje, iż coś powie, że wydobędzie z siebie jakieś nienaturalne dla niego dźwięki.

– Frett – powiedział z namysłem. Piesek poruszył uszami.

– Małe psiaki są takie cudne – zaszczebiotała Sabina.

– Owszem.

Pociągała za ciepłe płatki uszu szczeniaka.

– Lwiątka też są cudne – wyrwało mu się – nie mówiąc już o maleńkich tygryskach.

Na schodach zadudniły ciężkie kroki. Adam też wstał, był nieogolony, a strąki włosów przylegały mu płasko do karku. Podszedł prosto do stołu i opadł z głuchym plaśnięciem obok matki. Pies wydał z siebie ostre szczeknięcie. Adam obrzucił go rozkojarzonym spojrzeniem.

– Przestraszyłeś go – stwierdziła Sabina. – Wiesz, że przy zwierzętach trzeba zachowywać się spokojnie, nie wolno się tak rzucać.

– Jestem głodny.

– Przesuń się, żebym mogła przejść.

Podniósł się z trudem, a Sabina przecisnęła się obok niego i puściła psa na podłogę. Zwierzak natychmiast zaczął bawić się rolką po papierze toaletowym.

– Będziemy we trójkę – ty, ja i Adam – usłyszał jej głos dochodzący od kuchenki. – Dołączy do nas jeszcze Hardy, może go pamiętasz – Hardy Lindström. – Zniżyła głos. – Czasem nam pomaga. Niełatwo kogoś zwerbować, nikt nie ma czasu. A poza tym świetnie radzi sobie z Adamem. Ma taki pomysł na...

Odwróciła się, rzucając spojrzenie w stronę Adama.

– Coś w rodzaju występów.

Jakiś obraz w pamięci: wysoki, żylasty mężczyzna z fryzurą à la Jezus. Gdy Tobias był tu poprzednim razem, facet przyjechał vespą. Wyciągnął śmiało rękę na powitanie, lecz nie był zbyt skory do rozmowy.

– Hardy jest moim menedżerem – oznajmił Adam, dla odmiany zupełnie normalnym głosem. Przełamał kawałek chrupkiego chleba, wytarł nim pieczołowicie wnętrze pudełka margaryny, po czym oblizał do czysta koniuszkiem języka.

– Przestań, do cholery! – upomniał go Tobias.

– Co się dzieje? – Sabina przyniosła dzbanek z kawą. – Tobias, chcesz kawy, masz ochotę na dolewkę?

Skinął głową.

– Jakie znowu występy? Chodzi o te wygłupy z Elvisem?

Adam położył na stole rękę, szeroką i szarobladą w świetle jarzeniówki.

– Posiłujemy się?

– Daj spokój, idioto, nie przy śniadaniu.

Że też się nie powstrzymał, powinien okazać więcej cierpliwości. Z Adamem było coś nie tak, ale to przecież nie jego wina. Opóźniony w rozwoju, coś w tym rodzaju. Chodził do szkoły specjalnej w mieście, lecz Tobias wątpił, czy tam się czegokolwiek nauczył. Chłopak ledwo umiał nabazgrać swe nazwisko. Miał kompletnego fioła na punkcie Elvisa Presleya i uwielbiał ubierać się w połyskujące spodnie z nitowanymi paskami. Głos miał melodyjny i piękny. Nauczył się wszystkich piosenek Elvisa i śpiewał je świetnie.

– A ten Hardy jest teraz wolny? – rzucił w stronę pleców Sabiny. – Nie ma żadnej roboty?

– No wiesz, pracował w tartaku, ale była redukcja etatów i musieli zwolnić piętnaście osób.

– Przyjdzie tutaj?

– Spotkamy się przy pomoście. Dopijcie kawę, a ja skoczę na górę i zajrzę do Carla Sigvarda.

– A jak on się dzisiaj czuje? – Tobias wykonał gest w stronę sufitu. Sabina pokręciła głową.

– Często nie może zasnąć z bólu. Ale nie chce też zażywać tych swoich tabletek. Wiesz, jaki jest, zawsze gardził lekami.

– Że też ten stary musi być tak cholernie uparty. Myślałem, że ludzie z wiekiem mądrzeją, ale jego to najwyraźniej nie dotyczy. Ile on ma teraz lat? Siedemdziesiąt pięć?

– Nie wiesz, ile lat ma twój ojciec? Nie pamiętasz, że trzeciego sierpnia skończył siedemdziesiąt jeden? Niecałe dwa miesiące temu.

Tobias upił kawy, była gorzka i gorąca.

– Tak czy inaczej, jest zbyt stary, żeby pracować. Normalni ludzie przechodzą na emeryturę w wieku sześćdziesięciu pięciu lat albo i wcześniej, jeśli tylko pojawia się taka możliwość.

Siedziała w kucki przy psie.

– Twój ojciec nigdy się nie zestarzeje, jest nie do zdarcia – zauważyła spokojnie.

Tobias stał na ganku. Chłodne powietrze drażniło nozdrza, było minus jeden. Wokół panowała niezmącona cisza i całkowity bezruch. Niektóre krzewy się pokurczyły w nocy, liście czarnej porzeczki stwardniały i pozwijały się. Tobias zapalił papierosa i powędrował wzrokiem ku ściernisku. Słońce właśnie przebijało się swoimi promieniami, podejmując spóźnioną próbę ogrzania ziemi. Był koniec września, brzozy już pożółkły i zaczęły gubić liście. Szron nadal pokrywał ogrodzenie. Na pobliskiej drodze zadudnił autobus do Räcklinge jadący w asyście kilku mniejszych samochodów. Kierowcy przymierzali się do wyprzedzania, Tobias widział ich sylwetki. Psy ujadały ociężale, nadal ospałe, choć był już ranek.

Nagle poczuł, że ktoś go klepnął pomiędzy łopatki. Obrócił się i zobaczył Adama: kurtka w kratę, postawiony kołnierz, zadowolenie na twarzy.

– Love me tender – zanucił chłopak; pomiędzy jego zębami tkwiły resztki jedzenia.

– Uspokój się, do cholery! A gdzie matka?

Zwalisty, toporny chłopak wykonał kilka zadziwiająco zgrabnych kroków tanecznych, wysuwając do przodu miednicę. Poruszał nią rytmicznymi szarpnięciami.

– In the g... hetto!

Sabina już szła w ich stronę razem z Billym, owczarkiem border collie do zaganiania zwierząt. Mieli około dwudziestu młodych baranów, które spędziły całe lato na pastwiskach na wyspie Skamön. Teraz należało sprowadzić je do domu. Mogły znosić niskie temperatury, ale nie towarzyszącą ciągłym opadom deszczu wilgoć, od której mogły nabawić się zapalenia płuc. Właściwie należało je zabrać z wyspy co najmniej tydzień wcześniej, ale na przeszkodzie stanął silny wiatr. Dopiero teraz nastała odpowiednia pogoda, zrobiło się zimno, ale bezwietrznie.

No i jeszcze ta historia ze starym. Wypadek zupełnie zakłócił rytm codziennej krzątaniny w tym domu.

Zajęli miejsca w samochodzie. Tobias siedział z tyłu razem z psem, Adam na miejscu obok kierowcy. Było ciasno, mało miejsca na nogi. Prowadziła Sabina. W aucie śmierdziało benzyną.

– Cieknie skądś paliwo? – zapytał Tobias, wychylając się w stronę Sabiny. Gdyby chciał, mógłby oprzeć podbródek na jej obojczyku. – Cuchnie jak cholera.

– No tak, to przez kanister. Zanim przyszło mi do głowy, żeby go jakoś przymocować, trochę z niego wyciekło.

Wyjechała na drogę. Asfalt połyskiwał, a słońce rozświetliło całe ściernisko. Choć wszystko dookoła było skąpane w ciepłych promieniach, marzły mu koniuszki palców. Tobias pożyczył kombinezon ojca, który zamierzał narzucić na swoje ciuchy, gdy dotrą nad wodę. Głaskał owłosione psie łapy, rozgrzewając sobie w ten sposób palce. Zwierzę przyglądało mu się życzliwie.

– Jak je zwabimy na tratwę?

– Masz na myśli tryki?

– Tak.

– Nie wolno ich przestraszyć, bo będzie trudno nad nimi zapanować, mogą zareagować histerycznie. A to jest zaraźliwe – jeśli jedno zwierzę się przestraszy, pozostałe też wpadną w popłoch. Mogą rozleźć się po całej wyspie i nigdy nie pozbieramy ich do kupy.

– A nie spietrają się, jak tylko zobaczą, że schodzimy na ląd?

– Raczej nie, z natury są ciekawskie. Zresztą zaglądamy do nich, staramy się to robić raz na tydzień. Choćby po to, żeby sprawdzić, czy nie przytrafiło się im coś złego – mogą gdzieś ugrzęznąć albo wpaść do wody. Jeden tryk zaklinował się kiedyś głową pomiędzy gałęziami i nie był w stanie się wydostać, był zupełnie wycieńczony całą tą szamotaniną. Carl Sigvard musiał się podczołgać i go uwolnić. Po tym wszystkim stał się nadzwyczaj potulny.

– Kto? Ojciec czy tryk?

Zaśmiała się miękko.

Jechali za ciężarówką załadowaną surowcem drzewnym z Viks Kvarnlunda. Adam szarpnął Sabinę za rękę.

– Wyprzedzaj, wyprzedzaj!

Pacnęła go w policzek.

– Wiesz, że nie wolno mnie szarpać, gdy prowadzę! Mówiłam ci tysiące razy; kiedy to wreszcie do ciebie dotrze? Adam, to niebezpieczne, możemy wjechać do rowu!

Wielgachny chłopak zatkał. Sabina zmiękła.

– No przecież zaraz będziemy na miejscu, nie ma sensu wyprzedzać. Myślisz, że Hardy już na nas czeka?

Adam czknął i ucichł.

– Love me tender – usłyszeli po chwili niewyraźne pomruki. – Love me true.

Że też ona to wytrzymuje, przemknęło Tobiasowi przez myśl. Adam był przerośniętym dzieckiem. Groteskowy, nigdy nie będzie normalny. A ona już zawsze będzie musiała go kontrolować, nie tak jak inni rodzice dorastających dzieci. Jej odpowiedzialność wygaśnie dopiero wraz ze śmiercią jednego z nich.

Pamiętał, jak się wprowadzili do ich domu, Adam i Sabina. Kiedy to było? Z dziesięć lat temu? Adam miał wtedy siedemnaście lat. Stary zgodził się przyjąć go pod swój dach. Spodziewał się, że chłopak pomoże w gospodarstwem na pewno był bardzo silny, a liczyła się każda para rąk. Zwłaszcza że Tobias nie zamierzał kontynuować tradycji rodzinnej i przejąć gospodarstwa.

Spotkał Sabinę na wiejskiej imprezie. Towarzystwo Regionalne organizowało w tamtym czasie potańcówki, które cieszyły się takim powodzeniem, że zjeżdżali tam nawet ludzie z większych miejscowości, z różnych okolic.

Stary miewał przygodne znajomości, ale nie znalazł partnerki, z którą chciałby dzielić dom. Do czasu, aż pojawiła się Sabina.

Adam wchodził w skład tego pakietu.

Zbliżali się do jeziora Fagerlången upstrzonego wysepkami. Jako dziecko Tobias miał małą starą łódź wiosłową, którą mógł pływać po okolicy. Nie było wtedy mowy o kamizelkach ratunkowych, nikt się nie cackał z dziećmi, a mimo to jakoś sobie radził. Owszem, zdarzyło mu się parę razy chlupnąć do wody, ale pływać umiał, więc wystarczyło wciągnąć się z powrotem na łódkę i wysuszyć ubranie na słońcu.

Teraz wszystko wyglądało inaczej. Za żadne skarby nie pozwoliłby Klarze nawet wejść samej do wody. Ludzie tak się zmieniają, gdy zostają rodzicami, stają się tacy przewrażliwieni.

Dotarli na miejsce. Przed nimi rozpościerała się nieruchoma, lśniąca tafla jeziora. Chłód wyciskał łzy z oczu. Przed włożeniem kombinezonu Tobias schował się za jedną z szop rybackich i wysikał się. Kombinezon był sztywny i niewygodny. Tobias roztarł sobie dłonie, czemu towarzyszył suchy, szeleszczący odgłos. Wytarł też nos.

Tratwa była przycumowana do pomostu. Zbudowano ją z drewnianych odpadów i kilku starych zbiorników na ropę, które stary dostał tanio, bo miały być oddane do odkażenia. Używano jej dwa razy do roku. Najpierw wiosną, gdy trzeba było przewieźć zwierzęta na wyspę, a potem jesienią, gdy wracały do domu. Pastwisko na wyspie było dobrej jakości. Stary dzierżawił część tamtejszej ziemi. Złożył nawet kiedyś ofertę wykupu całej wyspy, lecz do transakcji nie doszło.

Tobias szedł w kierunku tratwy. Sabina stała pochylona nad silnikiem, wlewała paliwo przez brudny, sfatygowany lejek. Adam zdążył już wejść na pokład i trzymał się poręczy.

– Zimno mi! – oznajmił naburmuszony. – Zostawiłem rękawiczki na schodach.

Sabina otworzyła usta, by odpowiedzieć, lecz w tej samej chwili zza rybackich szop wyłonił się mężczyzna. Nie słyszeli go wcześniej, musiał tam stać i czekać. Zapewne ukradkiem podglądał przebierającego się Tobiasa, który poczuł niesmak na tę myśl. Mężczyzna miał dwadzieścia pięć-trzydzieści lat. Stawiał duże kroki; wzrok wbity w ziemię, ręce schowane głęboko w kieszeniach skórzanej kurtki. Przez ramię miał przewieszony duży wojskowy plecak. Hardy Lindström we własnej osobie – Tobias teraz go rozpoznał. Jasne, kręcone włosy pod kapeluszem, krótka, intensywnie żółta bródka, sprawiająca wrażenie farbowanej.

– O, jak dobrze, że jesteś, Hardy! – zawołała Sabina, a w jej głosie pobrzmiewał jakiś błagalny ton. Wreszcie udało jej się uruchomić silnik, który dławił się i prychał. Hardy skinął głową. Przerzucił chude nogi przez poręcz i znalazł się na tratwie. Podleciał do niego pies, który zaczął go obwąchiwać, ale nie zaszczekał. Hardy odsunął go stopą. Czarne buty miał zawiązane nad kostką, a spodnie włożone w cholewy.

– Serwus, Adam, jak leci? – zapytał.

Lewy policzek Adama, tuż pod okiem, drgnął w tiku nerwowym. Chłopak zarechotał, z kącika ust trysnęła ślina.

– Jak leci? – powtórzył za Hardym. – W porządku, chłopie, w porządku! Czadowo!

Hardy dopiero w tym momencie zaszczycił Tobiasa spojrzeniem. Sabina kierowała tratwą, manewrując dużą platformą pomiędzy pomostami.

– Fajnie, że zgodziłeś się nam pomóc! – krzyknęła z dłońmi ślizgającymi się po kierownicy.

– Widzę, że już macie pomagiera. Profesjonalista ze Sztokholmu, co? Ktoś, kto się na tym zna?

– Chyba widzisz, że to Tobias. Spotkaliście się przecież już wcześniej.

Hardy odsunął się na bok i zapalił papierosa, osłaniając go ręką. Nawet nie próbował nikogo poczęstować. Zapałka kołysała się przez chwilę na powierzchni wody, zanim zniknęła, wciągnięta przez wiry. Zaciągnął się łapczywie kilka razy, po czym podszedł do Adama i poklepał go po plecach, waląc tak mocno, jak wcześniej Adam Tobiasa. Adam otrząsnął się.

– Wszystko u ciebie w porządku? – zapytała Sabina.

– Co masz na myśli?

– No, tak w ogóle.

– Pod kontrolą.

– A twoja matka?

– Z tego, co wiem, nic jej nie dolega.

...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]