[ Pobierz całość w formacie PDF ]

FRANK HERBERT

 

 

 

Gwiazda Chłosty

(przełożył Adam Morawski)

Dla Lurton Blassingame,

za pomoc w znalezieniu czasu dla tej książki,

zadedykowane z wyrazami miłości i podziwu.

Agent BuSabu musi zacząć od zapoznania się Z charakterystyką języka i ograniczeniami w działaniu (zazwyczaj nałożonymi przez nie sanie) społeczeństw, którymi się zajmuje. Agent poszukuje danych dotyczą­cych funkcjonalnych związków pochodzących z na­szego wspólnego wszechświata, wywodzących się ze współzależności. Te współzależności często stają się pierwszymi ofiarami złudzeń słownych. Społeczeństwa oparte na nieznajomości pierwotnych współzależności prędzej czy później znajdują się w ślepej uliczce. Takie społeczeństwa, zbyt długo zastygłe w bezruchu, giną.

Instrukcja BuSabu

 

Nazywał się Furuneo. Alichino Furuneo. Przepowiadał to sobie po drodze do miasta, skąd miał wykonać rozmową zamiejscową. Dobrze jest podbudować swoje ja przed taką rozmową. Miał sześćdziesiąt trzy lata i pamiętał wiele wypadków utraty osobowości, które przydarzyły się rozmów­com pogrążonym w chichotransie komunikacji międzygwiezd­nej. To właśnie ta niepewność, bardziej nawet niż koszty, czy przyprawiająca rozum o odrętwienie współpraca z przekaźni­kiem Taprisjot, sprawiała, że tych rozmów odbywało się stosunkowo niewiele. Ale Furuneo uważał, że rozmowa z Jorjem X. McKie, Nadzwyczajnym Sabotażystą, jest zbyt ważna, by polecić ją komuś innemu.

Była 8:08 czasu lokalnego na planecie Serdeczność w układzie Sfitch.

- Obawiam się, że to nie będzie najłatwiejsze - mruknął w kierunku dwóch strażników, których przyprowadził ze sobą do pilnowania, aby mu nikt nie przeszkadzał.

Nawet nie kiwnęli potakująco głowami, rozumiejąc że nie oczekuje od nich odpowiedzi.

Było nadal zimno od wiatru, który wiał całą noc ponad ośnieżonymi równinami z Gór Billy w kierunku wybrzeża. Przyjechali tu zwykłym pojazdem naziemnym z fortecy Furunea w Mieście Podziału, nie próbując ukryć ani zatuszo­wać swoich powiązali z Biurem Sabotażu, ale i nie starając się zwracać na siebie uwagi. Wielu przedstawicieli ras rozumnych nie miało powodów, by darzyć Biuro Sabotażu zbyt wielką sympatią.

Furuneo kazał kierowcy zaparkować przed wjazdem do centrum miasta, przeznaczonym tylko dla ruchu pieszego i resztę drogi odbyli na nogach jak zwyczajni mieszkańcy.

Przed dziesięcioma minutami weszli do gabinetu przyjęć w centrum rozrodczym Taprisjotów, jednym z może dwu­dziestu znanych we wszechświecie, niemałym powodzie do dumy dla pomniejszej planety jaką była Serdeczność.

Gabinet przyjęć miał nie więcej niż piętnaście metrów szerokości i może ze trzydzieści pięć długości. Beżowe ściany pokryte były niewielkimi zagłębieniami, jakby były kiedyś miękkie i ktoś rzucał w nie na chybił trafił małą piłeczką, nie trzymając się żadnego dostrzegalnego ładu. Z prawej, na przeciwko Furunea i jego strażników, jakieś dwie trzecie dłuż­szej ze ścian zajmowała wysoka lawa. Zawieszone nad nią światła z licznymi wielobocznymi ściankami rzucały symetry­czne cienie na lawę i na stojącego na niej Taprisjota.

Taprisjoci mieli dziwny kształt, jak odpiłowany kawałek przypalonej choinki, z krótkimi kończynami rozczapierzonymi we wszystkich kierunkach i podobnymi do igieł sosnowych narządami mowy, które zawsze, nawet gdy ich właściciel milczał, pozostawały w drgającym ruchu. Ten stojący na ławie przytupywał w nerwowym rytmie płozowatymi nogami po jej drewnianej powierzchni.

- Czy jesteś naszym przekaźnikiem? - zapytał Furuneo już po raz trzeci od wejścia do gabinetu. Jego pytanie pozostało bez odpowiedzi.

Tacy byli Taprisjoci. Nie było sensu się denerwować. I tak nic by to nie pomogło. Furuneo pozwolił sobie jednak na lekką irytacje - Cholerni Taprisjoci!

Jeden ze stojących za nim strażników chrząknął.

Niech szlag trafi to opóźnienie! - pomyślał Furuneo.

Od chwili ogłoszenia maksi-alertu w sprawie Abnethe całe Biuro wpadło w gorączkę. Rozmowa, do której się teraz przygotowywał, mogła dostarczyć im pierwszego prawdziwego śladu. Wyczuwał świetnie konieczność pośpiechu. To mogła być najważniejsza rozmowa w całym jego życiu. A na dodatek jeszcze z samym McKie.

Słońce wychylające się sponad Gór Billy rozrzuciło wokół niego pomarańczowy wachlarz światła, przedostający się poprzez oszklone drzwi, przez które przed chwilą wszedł.

- Temu Tapkowi coś specjalnie się nie spieszy - mruknął jeden ze strażników.

Furuneo przytaknął krótkim ruchem głowy. Nauczył się wielu stopni cierpliwości przez swoich sześćdziesiąt siedem lat. zwłaszcza podczas wspinania się po drabinie stanowisk w Biurze do swojej obecnej pozycji agenta planetarnego. Pozostawało tylko jedno: cierpliwie czekać. Taprisjoci, z wiadomych tylko sobie przyczyn, nigdy się nie spieszyli. Niestety nie było żadnego innego sklepu, gdzie mógłby kupić usługę, której teraz potrzebował. Bez przekaźnika Taprisjota nie da się wykonać natychmiastowej rozmów) na odległości międzygwiezdne.

Co dziwne, ta zdolność Taprisjotów była używana przez tyle istot rozumnych bez prawdziwego jej zrozumienia. Brukowa prasa pełna była teorii na temat jej mechanizmu. Któraś z nich mogła nawet kiedyś okazać się prawdziwa. Być może Taprisjoci dokonywali tych połączeń w sposób podobny do przekazywania sobie danych przez członków jednego gniazda wśród rasy Pan Spechi, chociaż jak to się odbywa naprawdę też nikt nie wiedział.

Furuneo uważał, że Taprisjoci odkształcają przestrzeń podobnie jak Kalebariskie skokwłazy prześlizgując się pomię­dzy wymiarami. Zakładając, że Kalebariskie skokwłazy polegają na odkształcaniu przestrzeni. Większość ekspertów z tą teorią nie zgadzała się, dowodząc że wymagałoby to energii podobnych do występujących w sporych gwiazdach.

Niezależnie od tego jak Taprisjoci uzyskiwali połączenia, pewne było jedno: miało to coś do czynienia z szyszynką u ludzi, lub z jej odpowiednikiem u innych ras rozumnych.

Taprisjot na lawie zaczął się kiwać na boki.

- Może nas wreszcie zauważył - powiedział Furuneo.

Wyprostował się i zrobił poważną minę, równocześnie starając się zapanować nad lekkim zdenerwowaniem. W końcu znajdował się w centrum rozrodczym Taprisjotów. Kseno-biologowie twierdzili, że reprodukcja Taprisjotów jest całkiem bezpieczna, ale ksenowie nie znają się na wszystkim. Wystar­czy spojrzeć na bałagan jaki zrobili z analizy Współinteligencji Pan Spechi.

- Putcza, putcza, putcza - powiedział skrzypiąc swoimi igłami głosowymi Taprisjot na ławie,

- Coś nie tak? - zaniepokoił się jeden ze strażników.

- A skąd ja mogę, do cholery, wiedzieć! - szczeknął Furuneo. Odwrócił się w kierunku Taprisjota. - Czy jesteś naszym przekaźnikiem?

- Putcza, putcza, putcza - odpowiedział Taprisjot. - To jest uwaga, którą teraz przetłumaczę w jedyny sposób zrozumiały dla takich jak wy, pochodzenia Ziemsko-Słonecznego. Powiedziałem: „Poddaję w wątpliwość twoją szcze­rość.”

- Od kiedy trzeba się tłumaczyć ze szczerości choler­nemu Taprisjotowi? - spytał jeden ze strażników. - Wydaje mi się...

- Nikt się ciebie nie pytał - przerwał mu Furuneo. Zaczepka ze strony Taprisjota była zwykle formą powitania. Czy ten dureń tego nie wiedział?

Furuneo oddzielił się od strażników i zajął pozycję przed ławą. - Chcę połączyć się z Sabotażystą Nadzwyczajnym Jorjem X. McKie. Wasza robosekretarka rozpoznała mnie, sprawdziła moją tożsamość i przyjęła moją kartą kredytową. Czy jesteś naszym przekaźnikiem?

- Gdzie jest ten Jorj X. McKie?

- Gdybym wiedział, to sam bym do niego poszedł przez skokwłaz - powiedział Furuneo. - To jest ważna rozmowa. Czy jesteś naszym przekaźnikiem?

- Data, godzina i miejsce - odpowiedział Taprisjot.

Furuneo westchnął i odprężył się. Obejrzał się na strażni­ków, ruchem głowy rozstawił ich na pozycjach przy obu drzwiach do gabinetu i poczekał aż wykonają rozkaz. Nie wolno dopuścić do podsłuchania tej rozmowy. Odwrócił się z powrotem do Taprisjota i podał mu współrzędne.

- Usiądź na podłodze - powiedział Taprisjot.

- Dzięki za to nieśmiertelnym - mruknął Furuneo. Kiedyś odbył rozmowę, przed którą Taprisjot powiódł go w ulewnym deszczu i świszczącym wietrze na zbocze górskie i kazał położyć się na ziemi, głową w dół, jako warunek otwarcia połączenia w nadprzestrzeni. Miało to coś do czynienia z „uszlachetnieniem zakotwienia”, cokolwiek miało to znaczyć. Złożył z tego wydarzenia sprawozdanie w centrum gromadzenia danych Biura, gdzie mieli nadzieję z czasem rozwiązać zagadkę Taprisjotów, ale wykonanie samej rozmo­wy kosztowało go kilka tygodni spędzonych w łóżku z zapaleniem górnych dróg oddechowych.

Furuneo usiadł.

Cholera! Podłoga była zimna.

Furuneo był wysokim mężczyzną, dwa metry bez butów, osiemdziesiąt cztery standardowe kilogramy. Miał czarne włosy, przyprószone siwizną nad uszami, gruby nos i szerokie usta z dziwnie prostą dolną wargą. Siadając starał się oszczę­dzać swoje lewe biodro. Pewien niezadowolony obywatel złamał mu je w czasie początków jego kariery w Biurze. Ta kontuzja sprzeciwiała się wszystkim lekarzom, którzy twierdzi­li, że „Jak tylko się zrośnie to zapomniesz o tym na zawsze.”

- Zamknąć oczy - zaskrzeczał Taprisjot. Furuneo usłuchał, spróbował usadowić się nieco wygod­niej na zimnej, twardej podłodze, ale poddał się z rezygnacją.

- Myśleć o kontakcie - rozkazał Taprisjot.

Furuneo przywołał do pamięci obraz Jorja X. McKie - mały, gruby człowieczek, wściekłe, rude włosy, twarz jak u skwaszonej żaby.

Kontakt rozpoczął się od dotyku macek naglącej świado­mości. Funineowi zdawało się, że staje się czerwoną strugą płynącą w takt melodii srebrnej liry. Własne ciało stało mu się bardzo dalekie. Świadomość krążyła ponad dziwnym kraj­obrazem. Niebo było nieskończonym kołem, a jego horyzont obracał się wolno. Poczuł gwiazdy tonące w samotności.

- Co, do tysiąca diabłów?!

Ta myśl wybuchnęła w całym ciele Furuneo. Nie dało się jej uniknąć. Od razu wiedział, o co chodzi. Kontaktowani przy pomocy Taprisjotów często czuli się dotknięci próbą kontaktu. Nie mogli go jednak uniknąć, niezależnie od tego, czym się w danej chwili zajmowali, ale mogli okazać przywołującemu swoje niezadowolenie.

- Jak zawsze nie w porę! Można na to liczyć.

McKie na pewno już został poderwany do pełnej świado­mości przez swoją szyszynkę, rozbudzoną dalekosiężnym kontaktem.

Furuneo cierpliwie odczekał stek przekleństw. Kiedy już trochę zelżały, przedstawił się. - Przepraszam, że być może przeszkadzam - powiedział - ale maksi-alert nie sprecyzował gdzie cię można znaleźć. Musisz sobie zdawać sprawę, że nie zadzwoniłbym, gdybym nie miał czegoś ważnego.

Mniej więcej zwyczajowa formuła powitania.

- A skąd, do cholery, mam wiedzieć, że masz coś ważnego? Przestań bełkotać i przejdź do rzeczy!

Nawet jak na stosunkowo wybuchowego McKie'ego, tak przedłużający się gniew nie był całkiem zwykły. - Czy przerwałem ci coś ważnego? - zaryzykował Furuneo.

- Ależ skąd! Stoję tylko przed telisądem, który udziela mi właśnie rozwodu! Czy możesz sobie wyobrazić jak świetnie wszyscy się bawią na mój widok, kiedy pomrukuję i postękuję do siebie w chichotransie? Przejdź do rzeczy!

- Poniżej Miasta Podziału, tu na Serdeczności, wymyło wczoraj w nocy na brzeg Kalebanski Arbuz - powiedział Furuneo. - W świetle wszystkich wypadków śmierci i utraty zmysłów oraz wiadomości maksi-alertu z Biura, myślałem, że powinienem do ciebie zadzwonić natychmiast. Dalej się tym zajmujesz, tak?

- Czy to ma być kawał?

Zamiast biurokracji. Furuneo ostrzegł sam siebie, mając na myśli maksymę Biura. Ta myśl przeznaczona była dla niego samego, ale McKie bez wątpienia złapał towarzyszący jej nastrój.

- No więc? - zapytał McKie.

Czy McKie naumyślnie starał się wyprowadzić go z równowagi? Furuneo nie był o tym przekonany. W jaki sposób słowna funkcja Biura, którą było hamowanie procesu rządze­nia, mogła być stosowana w wewnętrznej sprawie, takiej jak ta rozmowa? Agenci byli zobowiązani do podsycania złości w rządzie, ponieważ to odsłania osobników niezrównoważonych, wybuchowych, tych którym brakuje umiejętności panowania nad sobą i zdolności racjonalnego myślenia w stanach stresu psychicznego, ale po co stosować ten zawodowy obowiązek w stosunku do współpracownika?

Niektóre z tych myśli widocznie przedostały się przez przekaźnika Taprisjota, bo McKie odpowiedzią! na nie, warknąwszy w kierunku Furunea:

- Lepiej na tym wyjdziesz jak nie będziesz tyle myślał.

Furuneo wzdrygnął się, odnalazł świadomość siebie samego. Aaah, niewiele brakowało. Mało co nie stracił osobowości! Tylko ostrzeżenie ukryte w słowach McKie'ego zwróciło mu uwagę na niebezpieczeństwo i pozwoliło na reakcję. Furuneo zaczął zastanawiać się nad postawą McKie”ego. Sam fakt przerwania postępowania rozwodowego nie był wystarczającym usprawiedliwieniem. Jeżeli to, co mówili było prawdą, to ten mały, paskudny agent był żonaty z pięćdziesiąt razy.

- Czy dalej interesuje cię Arbuz? - zaryzykował.

- Czy jest w nim Kaleban?

- Prawdopodobnie.

- Nie sprawdziłeś? - McKie powiedział to tonem przywodzącym na myśl, że Furuneowi zaufano w najbardziej ważkiej operacji, a on zawalił z powodu wrodzonej głupoty.

- Postąpiłem według rozkazów - Furuneo zdał sobie teraz sprawę z jakiegoś niewypowiedzianego niebezpieczeń­stwa.

- Według rozkazów - warknął McKie.

- Chcesz mnie rozzłościć, czy co?

- Będę tam jak tylko uda mi się dostać transport. Nie później niż za osiem standardowych godzin. A w międzyczasie twoje rozkop to trzymać Arbuz pod stałą obserwacją. Obser­watorzy muszą być naszpikowani rozzłaszczaczem. To dla nich jedyne zabezpieczenie.

- Pod stałą obserwacją - powtórzył Furuneo.

- Jeżeli Kaleban się pokaże, masz go zatrzymać przy „życiu jakichkolwiek środków.

- Kaleban... zatrzymać go?

- Zajmij go rozmową, poproś o współpracą, wymyśl coś - ton McKie'ego sugerował, że agent Biura Sabotażu nie powinien musieć pytać się., jak podstawić komuś nogę, by utrudnić mu działanie.

- Za osiem godzin - powiedział Furuneo.

- I nie zapomnij o rozzłaszczaczu.

 

Biuro jest formą tycia, a Biurokrata jedną z jej komórek. Ta analogia uczy nas, które komórki są najważniejsze, które najbardziej zagrożone, które najłatwiejsze do zastąpienia i jak łafrvo jest być przeciętnym.

Późne Dzieła Bildoona IV

 

McKie, na planecie nowożeńców Całomórz, potrzebował jeszcze godziny na zakończenie rozwodu, po czym wrócił do pływo-domu, który zakotwiczyli obok wyspy kwiatów miłości. Pomyślał, że zawiódł się nawet na lubczyku z Całomórza. To małżeństwo było zupełną stratą czasu i energii. Jego była wcale nie wiedziała tak dużo na temat Mliss Abnethe, mimo że podobno kiedyś się trzymały blisko. Ale to było na innym świecie.

Ta żona miała pięćdziesiąt cztery lata, trochę jaśniejszą skórę niż jej wszystkie poprzedniczki i była niezłą jędzą. Nie było to jej pierwsze małżeństwo i dość wcześnie obudziły się w niej podejrzenia odnośnie prawdziwych motywów McKie'ego.

Refleksje obudziły w McKiełim poczucie winy. Z wściekłością odrzucił te uczucia. Nie było teraz czasu na subtelności. Gra toczyła się o zbyt wiele. Głupia baba!

Wyprowadziła się już z pływo-domu i McKie wyczuwał niechęć jaką on sam budził w tej żyjącej istocie. Przerwał idyllę, którą plywo-dom został nauczony stwarzać. Po jego odjeździe plywo-dom stanie się znowu przyjacielski. To bardzo łagodne stworzenia, wrażliwe na irytację istot rozum­nych.

McKie spakował się, odkładając swój narzędziownik na bok. Sprawdził jego zawartość: zestaw środków pobudzają­cych, plastykowe wytrychy, zestaw środków wybuchowych o najrozmaitszej mocy, miotacze promieni, pistolet ogłuszający, multigogle, forsowniki, kawał jednociała, minikomputer, Taprisjotowy monitor życia, nienaświetlone ładunki holo-grafowe, przerywalniki, porównywalniki... wszystko było w porządku. Narzędziownik miał kształt portfela, który świetnie pasował do wewnętrznej kieszeni niczym nie wyróżniającej się marynarki.

Spakował do torby kilka zmian ubrania, resztę swojego dobytku przeznaczył do przechowalni BuSabu i zostawił w szczelnopaku, który położył na dwóch krześlakach. Wydawało się, że dzielą one niechęć, którą żywił do niego pływo-dom. Nie poruszyły się, nawet gdy pogłaskał je przyjaźnie. No, trudno...

Nadal miał poczucie winy.

Westchnął i wyjął swój klucz do G'oka. Ten skok będzie kosztował Biuro megakredyty. Serdeczność jest po drugiej stronie wszechświata.

Skokwłazy wydawały się dalej działać, ale McKie'ego lekko niepokoiło, że musi podróżować środkiem transportu zależnym od Kalebanów. Trochę przerażająca sytuacja. G'oczy stały się przedmiotem użytku codziennego do tego stopnia, że większość istot rozumnych przyjmowała je bez zastrzeżeń. McKie akceptował je tak samo, aż do chwili ogłoszenia maksi-alertu. Teraz zastanawiał się sam nad sobą. Taka bezkrytyczna akceptacja dowodziła jak łatwo wygoda może wziąć górę nad rozsądkiem. To wspólna słabość wszystkich istot rozumnych. Kalebaiiskie skokwłazy były w pełni przyjęte przez Konfederację Ras Rozumnych od jakichś dziewięćdziesięciu standardowych lat. Ale przez cały ten czas stwierdzono obecność jedynie osiemdziesięciu trzech Kalebanów.

McKie podrzucił klucz i zręcznie złapał go do ręki.

Czemu Kalebany odmówiły Konfederacji daru swojego skokwlazu zanim wszyscy nie zgodzili się nazywać go G'okiem? Co może być takiego ważnego w samej nazwie?

Powinienem ruszać, pomyślał. Jednak dalej zwlekał.

Osiemdziesięciu trzech Kalebanów.

Treść maksi-alertu była niedwuznaczna: rozkaz zacho­wania ścisłej tajemnicy i podstawowa charakterystyka probljemu - znikanie Kalebanów jednego po drugim. Znikanie - jeżeli tak w ogóle można określić ten przejaw ich nieobec­ności. A z każdym zniknięciem wiązała się fala masowych zgonów i utraty zmysłów wśród istot rozumnych.

Nie miał wątpliwości, czemu ten problem zrzucono na BuSab, a nie na jeden z wydziałów policji. Rząd centralny bronił się jak mógł. Będący u władzy chcieli zdyskredytować BuSab. McKie miał w tym wszystkim swoje własne powody do zmartwienia, zastanawiając się nad ukrytym znaczeniem lego, czemu to właśnie jego wybrano do zajęcia się całym tym problemem.

Kto ma coś przeciwko mnie? - zastanawiał się używając swojego prywatnego, specjalnie dostrojonego klucza, do uruchomienia skokwłazu. Odpowiedź na to pytanie była prosta. Wielu ludzi. Miliony ludzi.

Skokwłaz zaczął wydawać niski szum obecnych w nim przerażająco potężnych energii. Tunel wirstudni otworzył się z trzaskiem. McKie zacisnął zęby w oczekiwaniu na gęstą lepkość otworu włazu i wkroczył do tunelu. Miał wrażenie jakby pływał w powietrzu o konsystencji miodu - pozornie najnormalniejszym powietrzu. Ale jak miód.

McKie znalazł się w raczej dość przeciętnie urządzonym biurze; najzwyklejsze, nudne obrotobiurko, kaskada strumieni świateł sygnalizujących alert spływająca z sufitu, jedna przeźroczysta ściana z widokiem na zbocze górskie. Dachy Miasta Podziału leżały w oddali pod matowoszarymi chmura­mi, dalej jeszcze widoczne było połyskliwe srebro oceanu. Według zegara mózgowego, który McKie miał wszczepiony do głowy, było późne popołudnie, osiemnasta godzina dwudziestosześciogodzinnego dnia. To była Serdeczność, świat oddalony o 200 tysięcy lat świetlnych od planety-oceanu Całomórz.

Tuba wirtunelu skokwłazu zatrzasnęła się za nim z hukiem podobnym do wyładowania elektrycznego. W powietrzu unosił się ledwo wyczuwalny zapach ozonu.

Znajdujące się w pokoju krześlaki, model podstawowy, były dobrze nauczone dogadzać swoim panom. Jeden z nich uporczywie szturchał go pod kolanami, dopóki McKie nie odłożył torby i ociągając się usiadł. Krześlak począł masować mu plecy. Z pewością kazano mu zająć się McKie'im zanim ktoś nie przyjdzie.

McKie wsłuchał się w ciche dźwięki otaczającej go normalności. Gdzieś w jakimś korytarzu zabrzmiały kroki istoty rozumnej. Sądząc po odgłosie, był to jakiś Wreave - zdradzał go ten szczególny sposób pociągania piętą słabszej nogi. Skądś dochodził odgłos rozmowy, McKie złapał kilka słów w galaktyku, ale rozmowa zdawała się być prowadzona w różnych językach.

Niecierpliwy, wiercił się, na siedzeniu, a to z kolei wywołało u próbującego uspokoić go krześlaka serię falują­cych ruchów. Ta przymusowa bezczynność już go męczyła. Gdzie się podziewał Furuneo? McKie przywołał się do porządku. Furuneo z pewnością miał wiele obowiązków na tej planecie, był tu przecież głównym agentem BuSabu. Poza lym nie mógł zdawać sobie sprawy z tego, jak bardzo naglący był ich obecny problem. To mogła też być jedna z planet, na których BuSab nie miał zbyt wielu pracowników. A nawet bogowie wiedzieli, że w BuSabie nikt nie cierpiał na brak pracy.

McKie zaczai zastanawiać się nad swoją rolą w sprawach wszechświata. Kiedyś, przed wiekami, grupa istot rozumnych z psychologiczną potrzebą „czynienia dobra” przejęła rządy. Nie zdając sobie sprawy ze znajdujących się pod podszewką splątanych zawiłości, pogmatwanego poczucia winy i chęci samoumartwienia, wyeliminowano z rządu praktycznie cały bezwład, powolność, utrudnienia i biurokrację. Wielka maszyneria władzy nad całą społecznością rozumnych wrzuciła najwyższy bieg. w zawrotnym tempie nabierając szybkości. Ustawy projektowano i wprowadzano w życie w ciągu godziny od powstania samego ich pomysłu. Na projekty rządowe przy­dzielano pieniądze w mgnieniu oka i wydawano je w ciągu dwóch tygodni. Nowe biura o najbardziej nieprawdopodobnych zadaniach wyrastały jak grzyby po deszczu i rozprzestrzeniały się jak jakaś oszalała pleśń.

Rząd stał się potężnym, niszczącym kołem bez kierowcy, pędzącym naprzód z tak szaloną prędkością, ze szerzyło wokół siebie tylko istny chaos.

W desperackim porywie, próbując zwolnić to szalone koło, garstka istot rozumnych stworzyła Korpus Sabotażu. Nie obyło się bez przelewu krwi i innych zamieszek, ale w końcu koło zostało przyhamowane. Z czasem Korpus przemienił się w Biuro, takie jakim było ono dzisiaj - organizacją podąża­jącą własnymi korytarzami entropii, grupą rozumnych, którzy przedkładają subtelną dywersję nad przemoc... chociaż i przemocy w razie potrzeby się nie boją.

Przesuwane drzwi po prawej McKie'ego odsunęły się z szelestem. Jego krześlak zastygł w bezruchu. Do pokoju wszedł Furuneo, odgarniając ręką pasmo siwych włosów znad ucha. Jego szerokie, trochę skwaszone usta tworzyły prostą kreskę w poprzek twarzy.

- Jesteś wcześniej niż mówiłeś - powiedział, klepnię­ciem dłoni nakłaniając krześlaka do zajęcia pozycji naprzeciw McKiełego i siadając wygodnie.

- Czy tu jest bezpiecznie? - spytał McKie. Spojrzał w kierunku ściany, z której wyrzuciło go G'oko. Włazu już nie było.

- Wycofałem właz przez tubę o piętro niżej - powie­dział Furuneo. - Jesteśmy tu na tyle sami, na ile się tylko da. - Usiadł, czekając aż McKie zacznie mówić.

- Arbuz dalej tam jest? - McKie skinął w kierunku przeźroczystej ściany i widocznego w oddali morza.

- Moi ludzie mają rozkaz poinformować mnie jak tylko się ruszy - odpowiedział Furuneo. - Wymyło go na brzeg tak jak powiedziałem, wrósł...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]