[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Frank Herbert

 

 

 

Zielony Mózg

 

 

SCAN-dal

I

 

Wyglądał niczym bękarci potomek Indianina ze szczepu Guarami i córki farmera z głębi kraju, jak jakiś zbieracz kauczuku, starający się zapomnieć o swym zarządcy i „zjadaniu żelaza”, czyli uprawianiu miłości przez kratę w bramie hacjendy.

Jego wygląd odpowiadał temu typowi człowieka bardzo dokładnie z wyjątkiem chwil, gdy zapamiętywał się brnąc z uporem przez dżunglę.

Jego skóra stawała się wtedy zielona, w wyniku czego ginął na tle zarośli. To z kolei upodobniało go do niewidzialnego upiora w szarej jak muł koszuli i złachmaniałych spodniach, oraz postrzępionym słomkowym kapeluszu i sandałach z niewyprawionych rzemieni o podeszwach wyciętych z kawałków zużytych opon.

Tego rodzaju wpadki były coraz rzadsze w miarę jak oddalał się od źródeł Parany, idąc w głąb interioru. Tu pospolici byli ludzie tacy jak on, o przyciętych równo nad czołem czarnych włosach i błyszczących ciemnych oczach.

Gdy dotarł do terenów bandeirantes, jego kontrola nad odruchowym efektem kameleona była już prawie doskonała.

Teraz wynurzył się z dzikich ostępów dżungli i ruszył ku zabłoconym ścieżkom oddzielającym rozparcelowane planowo gospodarstwa. Na swój sposób wyczuł, że zbliża się do jednego z posterunków bandeirantes i prawie ludzkim gestem namacał cedula de gracias al sacar -świadectwo białej krwi, wetknięte bezpiecznie pod koszulę. Dość często, gdy w pobliżu nie było ludzkich istot, na głos ćwiczył wymawianie imienia, które dlań wybrano -”Antonio Raposo Tavares”.

Dźwięk dobywał się z niego nieco piskliwy, zwłaszcza pod koniec, ale wiedział, że ujdzie. Już wcześniej uchodził. Indianie Goyaz byli powszechnie znani ze swojej dziwacznej wymowy. Człowiek z farmy, w której dzień wcześniej nocował, tak się właśnie wyraził.

Gdy pytania stały się zbyt natarczywe, przykucnął na progu i zagrał na flecie quena, który nosił w skórzanej torbie przewieszonej przez ramię. Gest wyciągnięcia instrumentu był symbolem w jego regionie. Gdy Guarani przykładał flet do ust i zaczynał grać, był to znak, że skończył się czas słów.

Gospodarz wzruszył wtedy ramionami i ustąpił.

Męczący marsz i trudne do osiągnięcia, ale starannie opanowane współdziałanie stawów nóg doprowadziły go teraz do terenu gęsto zaludnionego. Widział przed sobą czerwonobrązowe dachy i białą, krystalicznie lśniącą wieżę posterunku bandeirantes, nad którą unosiły się powietrzne ciężarówki. Scena ta dziwnie przypominała ul...

Na chwilę opanowały go instynkty, o których wiedział, że musi je pokonać. Mogły one spowodować klęskę jego misji . Zszedł na bok z błotnistej ścieżki i zniknąwszy z oczu przechodzącym ludziom powtórzył sobie regulamin, który jednoczył jego umysł. Impuls woli przeniknął do najodleglejszych elementów jego istoty: „Jesteśmy niewolnikami podległymi większej całości”.

Ponownie podjął marsz ku posterunkowi bandeirantes. Jednocząca myśl użyczyła mu służalczego wyglądu będącego tarczą wobec spojrzeń istot ludzkich mijających go nieustannie. Jego rodzaj wiedział o wielu sposobach ludzkiego zachowania. Nauczyli się, że serwilizm to forma kamuflażu.

Zabłocona ścieżka ustąpiła miejsca dwupasmowej, brukowanej drodze ze ścieżkami w rowach po obu stronach. Ta z kolei doprowadziła go do czteropoziomowej autostrady, gdzie nawet chodniki były wyłożone płytkami. Samochodów było tu znacznie więcej.

Jak dotąd nie przyciągał zbytnio niczyjej uwagi. Przypadkowe, szydercze spojrzenia mieszkańców tego terenu można było spokojnie zignorować. Wypatrywał spojrzeń badawczych. To one mogły nieść zagrożenie, ale nie wykrył żadnego takiego.

Osłaniała go służalczość.

Słońce przesunęło się wyżej, ku połowie przedpołudnia i ziemię zaczął ugniatać żar dnia, unosząc z błota obok chodnika wilgotny, cieplarniany odór, mieszający się ze smrodem ludzkiego potu. W zapachu tym była cierpkość, która każdą część jego istoty przyprawiała o tęsknotę za znajomymi, słodkimi woniami głębi kraju. Zapach nizin niósł w sobie jeszcze jedną składową, która napełniała go niesłyszalnym brzęczeniem niepokoju. Było to coraz większe stężenie trucizn przeciw owadom.

Ludzkie istoty otaczały go teraz ze wszystkich stron, zbliżając się i naciskając. Zwalniali coraz bardziej w miarę zbliżania się do zwężenia przy punkcie kontroli.

Ruch do przodu prawie ustał.

Dalsza wędrówka zamieniła się w powolne szuranie stopami i przystawanie. Szurnięcie i zatrzymanie.

To była krytyczna próba, której nie można było uniknąć. Wyczekiwał jej z czymś zbliżonym do indiańskiej cierpliwości. Jego oddech pogłębił się, by zrównoważyć upał. Przystosował go tak, by był zgodny z rytmem oddechów ludzi stojących dookoła. Jak najstaranniej wtopił się w otoczenie. Indianie andyjscy nie oddychali tak głęboko tu, na nizinach.

Szurnięcie, przystanięcie.

Szurnięcie, przystanięcie.

Teraz mógł dojrzeć posterunek.

Bandeirantes w plastykowych hełmach i zapiętych na suwaki białych płaszczach, stali w zacienionym, ceglanym korytarzu prowadzącym do miasta. Widział żar słonecznego światła na ulicy za korytarzem oraz ludzi spiesznie tam znikających po przedostaniu się przez to zwężenie.

Widok wolnego terenu za korytarzem wywołał we wszystkich jego częściach nagły ból tęsknoty. W umyśle natychmiast błysnęło ostrzeżenie.

Tutaj nie można było pozwolić sobie na żadne rozproszenie uwagi. Każdy element jego istoty musiał pozostać czujny, by znieść ból.

Szurnięcie i ... był już przed pierwszym bandeirante, zwalistym blondynem o różowej skórze i niebieskich oczach.

- Podejdź tu! - powiedział blondyn. -Żywiej! Dłoń w rękawicy popchnęła go ku dwóm innym bandeirantes stojącym nieco dalej po prawej stronie.

- Nazwisko? - rozległ się głos za jego plecami.

- Antonio Raposo Tavares - powiedział skrzekliwie.

- Stan?

- Goyaz.

- Dajcie mu dodatkowe odkażanie! - zawołał blondyn. - Na pewno jest z głębi stanu.

Dwóch bandeirantes schwyciło go za ramiona. Jeden wcisnął maskę przeciwgazową nad jego twarz, a drugi narzucił mu na głowę plastykowy worek, od którego odchodziła rura biegnąca ku maszynerii pracującej hałaśliwie gdzieś na ulicy za korytarzem.

- Podwójną dawkę - polecił jeden z bandeirantes. Skłębiony błękitny gaz wydął wór wokół niego. Wciągnął przez maskę głęboki, spazmatyczny oddech obezwładniony jednomyślnym pragnieniem wolnego od trucizny powietrza.

Konanie!

Gaz przeniknął igłami bólu każde z tysięcy połączeń jego istoty.

„Nie wolno nam osłabnąć” - pomyślał - „Wytrzymać!”

Ale ból był zabójczy, śmiertelny. Połączenia zaczynały słabnąć.

- Z tym w porządku - oznajmił bandeirante. Worek ześlizgnął się, maska uwolniła usta. Ręce popchnęły go korytarzem ku światłu słońca.

- Rusz się! Nie zatrzymuj kolejki!

Dookoła unosił się smród trującego gazu. To był nowy środek. Nie przygotowano go na tę truciznę. Był gotów na promieniowanie i ultradźwięki, na stare chemikalia, ale nie na to...

Światło słońca zalało go, gdy wynurzył się z korytarza na ulicę. Spojrzał w lewo na pasaż zastawiony stoiskami z owocami, pełny handlarzy żartujących z klientami, lub strzegących czujnie swych towarów.

Owoce wabiły obietnicą azylu dla kilku z jego części, ale świadomość integrująca jego istotę wiedziała, jak niebezpieczna jest ta myśl. Zwalczył pokusę i ruszył szurając stopami tak szybko jak mógł, omijając klientów oraz grupy obiboków.

- Chcesz kupić świeżych pomarańczy?

Oliwkowo ciemna dłoń machnęła mu przed nosem dwoma owocami.

- Świeże pomarańcze z zielonej strefy. Nigdy nie było koło nich ani jednego robala.

Uniknął dłoni, lecz zapach pomarańczy przyprawił go o zawrót głowy.

W końcu minął stoiska i skręcił w boczną uliczkę. Jeszcze jeden zakręt i daleko po lewej stronie ujrzał wabiącą zieleń otwartego terenu, wolnej strefy poza miastem.

Skierował się w tamtą stronę i przyspieszył kroku, mierząc czas, który mu jeszcze pozostał. Wiedział, że zdąży. Trucizna przywarła do jego ubrania, lecz przez tkaninę filtrowało się czyste powietrze, a myśl o możliwym zwycięstwie działała jak antidotum.

„Możemy to zrobić!”

Drzewa i paprocie nad brzegiem rzeki zbliżały się coraz bardziej. Słyszał płynącą wodę, węchem czuł wilgotną glebę. Przed nim był most, rojący się od ludzi wychodzących ze zbiegających się ulic.

Nie było rady, włączył się w tłum, w miarę możliwości unikając fizycznego kontaktu. Połączenia w jego nogach i plecach zaczęły puszczać i wiedział, że nieszczęśliwe otarcie się, albo przypadkowe zderzenie doprowadziłoby do rozpadu całych segmentów.

Most skończył się wreszcie i ujrzał ilastą ścieżkę odchodzącą od drogi w dół ku rzece. Ruszył tędy, potknął się i wpadł na jednego z dwóch mężczyzn niosących przywiązaną do drąga świnię. Część imitacji skóry na prawym udzie nie wytrzymała. Poczuł, że wewnątrz nogawki zaczął się ruch. Potrącony mężczyzna cofnął się dwa kroki i prawie upuścił świnię.

- Ostrożnie! - wykrzyknął.

- Cholerni pijacy - warknął jego towarzysz. Świnia wydała z siebie przeciągły kwik i zaczęła się miotać.

W tej samej chwili on prześlizgnął się obok mężczyzn, wszedł z powrotem na ścieżkę i powłócząc nogami ruszył ku rzece. Widział już wodę w dole wrzącą w wyniku napowietrzania przez filtry w zaporze oraz pianę na powierzchni wywołaną przez ultradźwięki.

Za jego plecami jeden z mężczyzn niosących świnię powiedział:

- Nie sądzę, żeby on był pijany, Carlos. Miał gorącą i suchą skórę. Może był chory?

Usłyszał to i spróbował zwiększyć szybkość. Rozerwany fragment imitacji skóry obsunął się poniżej kolana. Dezintegrujące rozluźnienie mięśni barku i grzbietu zagrażało jego równowadze.

Ścieżka zakręciła przy brzegu ciemnobrązowym od wilgotnego błota i zanurzyła się w tunel utworzony przez paprocie i krzewy. Mężczyźni ze świnią nie mogli go już widzieć, wiedział o tym. Uchwycił mocno spodnie w miejscu, w którym ześlizgnęła się powierzchnia nogi i popędził przez zielony tunel.

Gdy znalazł się na jego końcu, zauważył pierwszą zmutowaną pszczołę. Była martwa. Widocznie natknęła się na barierę wibracyjną nie mając żadnej ochrony. Pszczoła należała do typu motylopodobnych. Miała opalizujące żółtopomarańczowe skrzydełka. Leżała na kupce zielonych liści oświetlona smugą słonecznego blasku.

Z tyłu dobiegły go odgłosy kogoś spieszącego w dół ścieżki. Ciężkie kroki zadudniły o ziemię.

,,Pościg?”

„Dlaczego mieliby mnie ścigać? Wykryli mnie?”

Zatrzepotało w nim wrażenie zbliżone do paniki, dostarczając jego częściom nowej energii. Jednak musiał ograniczyć się do powolnego stąpania, a wkrótce mógł już tylko się czołgać. Każde oko, którego mógł użyć, przeszukiwało zieleń w poszukiwaniu kryjówki.

Wśród paproci ciemniała wąska przerwa. Prowadziły ku niej drobne ludzkie ślady stóp dzieci. Z mozołem przedarł się w tę stronę przez paprocie i stwierdził, że znalazł się na wąskiej ścieżce biegnącej z powrotem w kierunku brzegu. Dwa helikoptery - zabawki, czerwony i niebieski, leżały porzucone nieco dalej. Jego łokcie i stopy zagłębiły się w błoto.

Ta droga doprowadziła go do ściany czarnego iłu, ozdobionej festonami pnączy. Nieco dalej zobaczył wylot płytkiej jaskini. U jej wejścia, w zielonym mroku, leżało więcej zabawek.

Przepełzł nad nimi ku błogosławionej ciemności, gdzie położył się by zebrać siły.

Po chwili spieszne kroki zabrzmiały kilka metrów poniżej niego i ucichły. Dotarły doń głosy.

- Szedł ku rzece. Myślisz, że chciał skoczyć?

- Kto wie? Ale coś mi się widzi, że on na pewno był chory.

- Tutaj! Dołem, tędy ktoś szedł!

Głosy stały się niewyraźne i zlały się z bulgoczącym dźwiękiem rzeki.

Mężczyźni schodzili ścieżką w dół. Ominęli jego kryjówkę. Ale dlaczego go tropili? Przecież nie uderzył mocno tego człowieka. Na pewno go nie podejrzewali.

Ale spekulacje musiały zaczekać.

Powoli zaczai robić to, co musiało zostać zrobione. Uruchomił swoje wyspecjalizowane części i począł wkopywać się w ziemię pieczary. Zakopywał się coraz głębiej, wyrzucając nadmiar iłu na zewnątrz, by sprawić wrażenie, że jaskinia się zawaliła.

Posunął się o dziesięć metrów i znieruchomiał. Jego zapas energii był zaledwie wystarczający na następny krok. Odwrócił się na plecy, rozrzucając wokół siebie martwe elementy nóg i grzbietu, oraz uwalniając spod chitynowego kręgosłupa królową i strzegący ją rój. Na jego udach utworzyły się otwory wydzielające pianę kokonu - kojącą, zieloną pokrywę, która niebawem stwardniała w ochronną łupinę.

To było zwycięstwo. Najważniejsze części przeżyły.

Teraz istotny był czas; jakieś dwadzieścia dni, by zgromadzić nowy zapas energii, przejść przez metamorfozę i rozproszyć się. Wkrótce będzie go kilkanaście, każdy ze starannie skopiowaną odzieżą, dokumentami i wyglądem ludzkiej istoty. Każdy z nich identyczny.

Będą i inne punkty kontrolne, ale już nie tak ostrej. Będą i inne bariery, lecz słabsze.

Ta ludzka kopia okazała się dobra. Najwyższe zintegrowanie jego rodzaju dokonało słusznego wyboru. Wiele się nauczyli badając jeńców schwytanych w sertao. Ale tak trudno jest zrozumieć człowieka. Nawet gdy pozwalano im na ograniczoną swobodę, porozumienie się z nimi na gruncie rozsądku było prawie niemożliwe. Ich najwyższe zintegrowanie wymykało się wszelkim próbom kontaktu.

I ciągle najważniejsze pytanie pozostawało bez odpowiedzi: Jak takie najwyższe zintegrowanie mogło dopuścić do katastrofy ogarniającej całą planetę?

Kłopotliwe ludzkie istoty. Ich niewolnictwo wobec natury zostanie im wkrótce udowodnione. Być może w dramatyczny sposób...

Królowa zaczęła się wiercić w zimnym ile, pobudzona do działania przez swoje strażniczki. Jednocząca komunikacja ogarnęła i przeniknęła wszystkie części ciała, szukając tych co przeżyli i szacując siły. Tym razem nauczyli się nowych rzeczy o unikaniu zwracania na siebie uwagi istot ludzkich. Wszystkie następne roje podzielą tę wiedzę. Przynajmniej jeden z nich przedostanie się przez Amazonkę – „Rzekę Morze”, do miasta, z którego wydawała się brać początek Śmierć-Dla-Wszystkich.

Jeden z nich musi się przedostać.

II

 

W sali kabaretu unosiły się pastelowe dymy. Każdy obłok oznaczający stolik, wydobywał się z otworu na środku blatu. Tu dym barwy bladych fiołków, naprzeciw róż tak delikatny jak dziecięca skóra, gdzie indziej zieleń, przywodząca na myśl indiańską gazę tkaną z trawy pampasów. Właśnie minęła dziewiąta wieczór i „Cabaret A’Chigua”, najdroższy w Bahii, rozpoczął nocną działalność rozrywkową. Dźwięczna muzyka cymbałów narzucała ruchom tancerek ustrojonych w stylizowane kostiumy mrówek zmysłową rytmiczność. Ich fałszywe czułki i żuwaczki kołysały się w kłębach dymu.

Klienci „A’Chiguy” siedzieli na niskich otomanach. Kobiety w papuziokolorowych sukniach miały za tło mężczyzn ubranych w biały len przetykany tu i ówdzie, niczym znakami przestankowymi, lśniącobiałymi uniformami bandeirantes. Tu była Zielona Strefa, tu bandeirantes mogli się odprężyć i zabawić po pracy w dżungli w Czerwonej Strefie bądź przy barierach. Salę wypełniała gadanina o interesach i towarzyskie pogawędki w tuzinie języków.

- Dziś wieczór wybrałem różowy stolik. To kolor kobiecej piersi. Dobry znak, no nie?

- ... więc zalałem wszystko foamalem. Potem poszliśmy tam i wyczyściliśmy całe gniazdo. To były zmutowane mrówki, takie jakie mają w Piratinindze. Musiało ich tam być dziesięć, albo i dwadzieścia milionów.

Doktor Rhin Kelly przysłuchiwała się konwersacjom na sali już od dwudziestu minut. Jej uwagę przykuwały pełne napięcia podteksty rozmów.

- Te nowe trucizny działają, owszem - ciągnął bandeirante przy stoliku za nią - ale przeżywają odporne szczepy, więc czyszczenie do końca będzie najpewniej brudną, ręczną, robotą, dokładnie taką jak w Chinach. Musieli się tam wziąć do kupy i ręcznie wytłuc ostatnie robaki.

Rhin wyczuła, że poruszył się jej towarzysz i pomyślała „Usłyszał”. Przebiła wzrokiem bursztynowy dym nad ich stolikiem i natknęła się na spojrzenie migdałowych oczu. Uśmiechnęła się i pomyślała jak dystyngowaną osobistością jest ów doktor Travis Huntington Chen-Lhu. Był wysoki i miał głębokie, kwadratowe oblicze Chińczyka z północy swego kraju, zwieńczone krótko przyciętymi włosami, wciąż smolistymi, mimo iż miał już sześćdziesiątkę. Nachylił się ku niej i szepnął:

- Nigdzie nie umkniemy przed plotkami, prawda? Potrząsnęła głową, zastanawiając się po raz może

dziesiąty, dlaczego dystyngowany doktor Chen-Lhu, dyrektor Międzynarodowej Organizacji Ekologicznej nalegał, by zjawiła się tu dziś wieczór, od razu pierwszego dnia jej pobytu w Bahii. Nie miała żadnych złudzeń, dlaczego wezwał ją tu z Dublina. Z pewnością miał kłopot, który wymagał uruchomienia wywiadowczego pionu MOE. Jak zwykle zapewne, okaże się, że problem wymaga wciągnięcia w grę tego, którym miano manipulować. Chen-Lhu napomknął o tym dzisiaj podczas „ogólnego wprowadzenia”. Ale musiał jeszcze podać nazwisko człowieka, wobec którego miała użyć swych sztuczek.

- Mówią, że pewne rośliny giną, bo nie ma ich kto zapylać - powiedziała to kobieta przy stoliku obok i Rhin zesztywniała. Niebezpieczna rozmowa.

- Zejdź z tego tematu, laleczko. - odrzekł bandeirante siedzący z tyłu - Gadasz jak ta dama, co ją zwinęli w Itabuna.

- Co za jedna?

- Rozprowadzała carsonicką literaturę w wioskach za barierą. Policja zgarnęła ją gdy sprzedała już dwadzieścia sztuk. Odzyskali większość, ale wiesz, jak jest z tym towarem, zwłaszcza tam pod Czerwoną.

Przy wejściu do „A’Chiguy” zaczęło się jakieś zamieszanie. Rozległy się wołania:

- Johny! To ty Johny? Ty farbowany draniu, Joao! Rhin, łącznie z resztą klientów „A’Chigui”. zwróciła wzrok w tamta stronę, spostrzegając zarazem, że Chen-Lhu udaje obojętność. Zobaczyła siedmiu bandeirantes. którzy zatrzymali się na środku sali jak by zostali zablokowani zaporowym ogniem słów.

Na czele stał bandeirante z odznaką przywódcy grupy - przebitym motylem w klapie. Rhin ogarnęło nagłe przeczucie. Był to mężczyzna średniego wzrostu, o śniadej skórze, falistych włosach, krępy, ale gdy się poruszał, robił to z gracją. Jego ciało promieniowało siłą. Twarz dla kontrastu była wąska i patrycjuszowska, zdominowana przez smukły nos z wyraźnym garbkiem. Pośród jego przodków na pewno byli plantatorzy trzciny cukrowej.

Rhin określiła go na swój użytek jako „brutalnie przystojnego”. Znowu zauważyła u Chen-Lhu wymuszony brak zainteresowania i pomyślała: „Więc to dlatego tu jesteśmy”.

Ta myśl nieoczekiwanie zmusiła ją by pomyślała o własnym ciele. Uległa chwilowej odrazie do swej roli. „Zrobiłam wiele rzeczy i wiele z siebie wyprzedałam, by być tu w tej chwili. I co zostało dla mnie samej?” - przemknęło jej. Nikt nie pragnął usług doktor Rhin Kelly, entomologa. Ale Rhin Kelly, irlandzka piękność, kobieta, która odnajdywała przyjemność w swych innych obowiązkach, ta Rhin Kelly cieszyła się dużym wzięciem.

„Gdyby nie zachwycała mnie ta praca, to zapewne nie nienawidziłabym jej jak nikt” - pomyślała.

Wiedziała, jak musi wyglądać tu, na tej sali pełnej bujnych, ciemnoskórych kobiet. Miała czerwone włosy, zielone oczy, delikatną budowę i piegi na ramionach, czole i grzbiecie nosa. W tym lokalu, ubrana w wyciętą głęboko suknię o kolorze odpowiadającym jej oczom, z małym złotym godłem MOE zawieszonym na szyi - była egzotycznym okazem.

- Kim jest, ten mężczyzna w drzwiach? - zapytała.

Uśmiech jak pojedyncza zmarszczka na wodzie przeniknął po rzeźbionych rysach Chen-Lhu. Zwrócił wzrok ku wejściu.

- Który, moja droga? Jest ich tam siedmiu... jak sądzę. - Daruj sobie tę pozę, Travis.

Migdałowe oczy spojrzały na nią badawczo i znów zawróciły ku grupie przy drzwiach.

- Joao Martinho, szef bandeirantes z Bractwa i syn Gabriela Martinho.

- Joao Martinho - powiedziała. - To ten, o którym mówiłeś, że powinna mu przypaść cała zasługa za oczyszczenie Piratiningi?

- Dostał za to pieniądze, moja droga. Dla Johny’ego Martinho to zupełnie wystarczające.

- Ile?

- Ach, ty praktyczna kobieto - roześmiał się. - Podzielili się pięciuset tysiącami cruzados - Chen-Lhu oparł się plecami o otomanę i zaciągnął się wonią ostrego kadzidła unoszącą się wraz z dymem nad stołem.

- Pięćset tysięcy! - pomyślał - To wystarczyłoby, żeby zniszczyć Johny’ego Martinho - - gdybym mógł wytoczyć przeciw niemu sprawę. Ale z Rhin jak może mi się nie udać? Ten przeklęty mulat będzie szczęśliwy jak diabli mogąc dostać kobietę tak białą jak ona. Tak. Wkrótce będziemy mieli naszego kozła ofiarnego: Johny Martinho, przemysłowiec i wielki pan wyszkolony przez Jankesów.

- Ci, którzy handlują plotkami w Dublinie, wspominali o Joao Martinho - powiedziała Rhin.

- Ach, kaczki dziennikarskie - odparł - Co o nim mówiono?

- Wspominano nazwiska jego i jego ojca w związku z kłopotami w Piratinindze.

- Ach tak, rozumiem.

- To dziwne pogłoski - rzekła.

- I uważasz, że są wypaczone.

- Nie, po prostu dziwne.

„Dziwne” pomyślał. To słowo zrobiło na nim wrażenie. Było jakby echem kurierskiej wiadomości z jego ojczyzny, która skłoniła go do wezwania Rhin. „Wasza dziwna opieszałość w rozwiązywaniu naszego problemu jest przyczyną wielu niepokojących pytań”. To zdanie i to słowo utkwiło mu w świadomości. Chen-Lhu rozumiał niecierpliwość kryjącą się pod nim. Katastrofa, która zawisła nad Chinami mogła zostać odkryta w każdej chwili. Wiedział, że są tacy, którzy nie ufają mu ze względu na przeklętych białych ludzi wśród jego przodków. Zniżył głos i powiedział:

- „Dziwne” nie jest odpowiednim słowem dla opisania działań bandeirantes powtórnie zakażających owadami Strefę Zieloną.

- Słyszałam kilka niepoważnych historii na ten temat - mruknęła Rhin - O tajnych laboratoriach bandeirantes i nielegalnych eksperymentach z mutacjami.

- Zauważ moja droga, że większość doniesień o niezwykłych, gigantycznych owadach jest składana przez bandeirantes.

- To logiczne - odparła - bandeirantes są tam, na linii frontu gdzie takie rzeczy mogą się zdarzyć.

- Na pewno ty, entomolog, nie wierzysz w takie niedorzeczne opowieści - powiedział.

Wzruszyła ramionami, czując dziwną przekorę. Miał rację, oczywiście, że nie wierzyła.

- Logika... - westchnął Chen-Lhu. - Wykorzystują najdziksze plotki do rozniecania przesądów i strachu wśród kmiotków. Dyletanctwo to jedyna logika, jaką w tym dostrzegam.

- Zatem życzysz sobie, bym popracowała nad tym szefem bandeirantes? - odrzekła. - Czego mam się dowiedzieć?

„Masz się dowiedzieć tego, co ja ci powiem” pomyślał Chen-Lhu i powiedział:

- Dlaczego jesteś taka pewna, że to Martinho ma być twoim celem? Czy właśnie to podpowiedziało ci twoje źródło cynków?

Przez moment zastanowiła się nad czającym się w jej wnętrzu gniewem

- Nie miałeś innych powodów posyłając po mnie. Mój czar był jedyną przyczyną.

- Nie potrafiłbym ująć tego lepiej - odparł z uśmiechem. Odwrócił się, skinął na kelnera, który zbliżył się i nachylił pilnie nasłuchując. Po chwili wyprostował się, utorował sobie drogę do grupy przy wejściu i powiedział coś Joao Martinhof

Bandeirante krótkim przelotnym spojrzeniem zbadał Rhin, po czym przeniósł wzrok, by spojrzeć w oczy Chen-Lhu. Chińczyk skinął głową.

Kilka kobiet krążyło wokół grupy Martinho. Makijaż wokół ich oczu spraw...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]