[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Ken Follet

 

Człowiek z Petersburga

 

(The man from St. Petersburg)

 

 

Nie można kochać ludzkości. Można kochać tylko ludzi.

Graham Greene

 

1.

 

Alden uwielbiał takie leniwe, niedzielne popołudnia. Stał przy otwartym oknie i spoglądał na park. Na rozległym, płaskim trawniku rosły dwa potężne dęby, szkocka sosna, kilka kasztanów i wierzba przypominająca dziewczęcą głowę z rozpuszczonymi włosami. Słońce stało wysoko, dojrzałe drzewa rzucały ciemny, chłodny cień. Ptaki umilkły, tylko z kwitnącego przy oknie powoju dochodziło buczenie sytych pszczół. W domu również panowała cisza. Większość służby miała wolne popołudnie. Jedynymi gośćmi tego weekendu byli brat Waldena George, jego żona Clarissa i ich dzieci. George poszedł na spacer, Clarissa położyła się, a dzieci były gdzieś poza zasięgiem wzroku. Walden odprężył się. W nabożeństwie uczestniczył oczywiście w surducie, a za godzinę lub dwie miał przebrać się do obiadu we frak i biały krawat, tymczasem jednak świetnie czuł się w tweedowym garniturze i koszuli z miękkim kołnierzykiem. Jeśli tylko Lidia zagra dziś wieczorem na fortepianie, pomyślał, to będzie naprawdę wspaniały dzień. Obrócił się ku żonie.

—  Zagrasz po obiedzie?

—  Jeśli tylko sobie tego życzysz — odparła z uśmiechem. Walden usłyszał hałas i znowu wyjrzał przez okno. U szczytu alei, w odległości kilkuset metrów, zobaczył automobil. Ogarnęła go irytacja, podobna do doskwierającego mu przed burzą, złośliwego kłucia w prawej nodze. Dlaczego przejmuję się automobilem? — pomyślał. Nie miał nic przeciwko automobilom — sam posiadał lanchestera i używał go regularnie jeżdżąc do Londynu — latem jednak stanowiły one dla mieszkańców wioski prawdziwą udrękę, pędziły bowiem z rykiem, wzniecając tumany kurzu. Od jakiegoś czasu Walden nosił się z zamiarem wyasfaltowania paruset metrów drogi. Normalnie nie wahałby się ani chwili, ale od roku 1909, kiedy Lloyd George powołał Zarząd Dróg, sprawa ta nie należała już do jego kompetencji. To właśnie, uświadomił sobie, było powodem jego irytacji. Typowy przykład stanowienia prawa przez liberałów: biorą od człowieka pieniądze, żeby wykonać coś, co równie dobrze zrobiłby sam, a następnie siedzą z założonymi rękami. Przypuszczam, że w końcu sam wyasfaltuję tę drogę, pomyślał, denerwujący jest tylko fakt, że dwa razy trzeba będzie płacić za to samo.

Automobil skręcił na wysypany żwirem podjazd. Klekocąc i hałasując zatrzymał się naprzeciwko wejścia południowego. Spaliny z rury wydechowej doleciały aż do okna i Walden wstrzymał na chwilę oddech. Kierowca, ubrany w kask, gogle i ciężki płaszcz do jazdy, otworzył drzwi przed pasażerem. Z automobilu wysiadł niski mężczyzna w czarnym płaszczu i czarnym filcowym kapeluszu. Walden poznał go i zamarło mu serce: spokojne letnie popołudnie dobiegło końca.

—  To Winston Churchill — powiedział.

—  Jakież to krępujące — żachnęła się Lidia.

Ten człowiek po prostu nie daje się spławić. W czwartek wysłał liścik, który Walden zwyczajnie zignorował. W piątek zadzwonił do londyńskiego domu Waldena, gdzie poinformowano go, że earla nie ma w domu. A teraz, w niedzielę, przebył długą drogę aż do Norfolk. Zostanie ponownie odprawiony. Czy wyobraża sobie, że jego upór wywrze na kimś wrażenie? — pytał sam siebie Walden.

Nie lubił być niegrzeczny, ale ten człowiek w pełni na to zasługiwał. Rząd liberałów, w którym Churchill pełnił funkcję ministra, w sposób haniebny wystąpił przeciwko fundamentom angielskiego społeczeństwa — opodatkowując wielką własność ziemską, osłabiając znaczenie Izby Lordów, usiłując oddać Irlandię w ręce katolików, przetrzebiając Królewską Marynarkę Wojenną i ustępując przed szantażem związków zawodowych i przeklętych socjalistów. Nie, Walden i jego przyjaciele nigdy nie uścisną ręki ludziom takiego pokroju.

Drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł Pritchard, wysoki mężczyzna, z nasmarowanymi brylantyną czarnymi włosami. Wywodził się z londyńskiego przedmieścia i mało kogo mógł oszukać dostojną miną, jaką przybierał na użytek gości. Jako młody chłopak uciekł na morze i zszedł ze statku we wschodniej Afryce. Walden, przebywający tam wówczas na safari, wynajął go do pilnowania miejscowych tragarzy. Od tej pory stali się nierozłączni. Obecnie Pritchard był u Waldena majordomusem i towarzyszył mu zarówno w domu w Londynie, jak i w rezydencji na wsi. Byli przyjaciółmi, oczywiście na tyle, na ile pan może się przyjaźnić ze sługą.

—  Przybył Pierwszy Lord Admiralicji, milordzie — oznajmił Pritchard.

—  Nie ma mnie w domu — odparł Walden.

Pritchard wydawał się lekko zakłopotany. Nie przywykł do wyrzucania za drzwi członków gabinetu. Lokaj mojego ojca poradziłby sobie z tym bez zmrużenia oka, pomyślał Walden; staremu Thomsonowi pozwolono jednak łaskawie odejść na emeryturę i hodował teraz róże w ogródku przy swoim domu we wsi. Pritchard nie mógł sobie jakoś przyswoić jego niewzruszonego dostojeństwa.

Pritchard zaczął połykać spółgłoski, co było oznaką, że albo jest bardzo rozluźniony, albo bardzo napięty.

—  Pan Churchill poedział, że pan, milordzie, powie, że nie ma pana w domu. I poedział, żeby oddać panu ten list. — Podał na tacy kopertę.

Walden nie znosił ludzi nachalnych.

—  Oddaj mu go — powiedział zdenerwowany.

Nagle zatrzymał się i przyjrzał ponownie charakterowi pisma na kopercie. Było coś znajomego w tych dużych, wyraźnych, lekko pochyłych literach.

—  O, mój Boże — wyszeptał.

Wziął kopertę, otworzył ją i wyjął pojedynczą, złożoną na pół kartkę grubego, białego papieru. Na górze widniała czerwona pieczęć królewska. Walden przeczytał:

Pałac Buckingham, 1 maja 1914 roku

Mój drogi Waldenie Przyjmij młodego Winstona. Jerzy R. V

—  To od króla — poinformował Lidię.

Był tak zażenowany, że aż się zaczerwienił. Wciągać króla w coś takiego było po prostu straszliwym nietaktem. Czuł się jak uczeń, którego wytargano za uszy i kazano zająć się lekcjami. Przez moment kusiło go, żeby odmówić królowi. Ale konsekwencje... Lidii nie przyjęto by już więcej u królowej, ludziom nie byłoby wolno zapraszać Waldenów na przyjęcia, na których mogliby być obecni członkowie rodziny panującej i — co najgorsze ze wszystkiego — córka Waldena, Charlotte, nie zostałaby przedstawiona na dworze. Życie towarzyskie całej rodziny ległoby w gruzach. Równie dobrze mogliby się spakować i wyjechać do innego kraju. Nie, nie sposób było sprzeciwić się woli króla.

Walden westchnął. Churchill pokonał go. Przyjął to poniekąd z ulgą: teraz mógł wyłamać się z szeregu i nikt nie powinien mieć mu tego za złe. List od króla, staruszku, mógł się usprawiedliwiać, nic się nie dało zrobić, sam rozumiesz.

—  Poproś tutaj pana Churchilla — powiedział do Pritcharda.

9

Podał list Lidii. Liberałowie naprawdę nie mają pojęcia, jak powinna funkcjonować monarchia.

—  Król jest po prostu za mało stanowczy w stosunku do tych

ludzi — mruknął.

—  To staje się okropnie nudne — zauważyła Lidia. Nie była ani trochę znudzona, pomyślał Walden. W rzeczywistości

uważa pewnie tę sytuację za rzecz całkiem ekscytującą; powiedziała tak, bo tak właśnie wyraziłaby się angielska dama, a ponieważ nie była Angielką, lecz Rosjanką, lubiła mówić w sposób typowy dla Anglików — podobnie jak ktoś, kto świeżo nauczył się francuskiego, będzie wszędzie wtrącał „hein?" i „alors".

Walden podszedł do okna. Automobil Churchilla wciąż warczał i dymił na podjeździe. Kierowca stał przy nim, jedną ręką przytrzymując drzwi, jakby miał do czynienia z koniem, który w każdej chwili może się wyrwać i pognać na pastwisko. Kilku służących przyglądało się maszynie z bezpiecznej odległości.

Pritchard wszedł i zapowiedział:

—  Pan Winston Churchill.

Churchill miał czterdzieści lat, dokładnie dziesięć mniej niż Walden. Był-niskim, szczupłym mężczyzną, ubranym, według earla, nieco zbyt elegancko jak na prawdziwego dżentelmena. W szybkim tempie przerzedzały mu się włosy — została mu tylko kępka na czubku głowy i dwa loki na skroniach, co w połączeniu z krótkim nosem i nieustannym ironicznym błyskiem w oku, nadawało mu złośliwy wygląd. Nietrudno było zrozumieć, dlaczego karykaturzyści regularnie przedstawiali go w postaci podstępnego cheruba.

—  Dzień dobry, lordzie Walden — powiedział wesoło Churchill ściskając mu rękę. Ukłonił się Lidii. — Lady Walden, witam panią.

Co jest takiego w tym człowieku, że gra mi na nerwach, zastanawiał się Walden. Poprosił go, żeby usiadł, a Lidia zaproponowała herbatę. Nie wszczynał luźnej pogawędki; chciał szybko dowiedzieć się, o co ten cały

hałas.

—  Przede wszystkim chciałbym, również w imieniu króla, przeprosić

pana za najście — zaczął Churchill.

Walden kiwnął głową. Nie miał zamiaru ułatwiać tamtemu sytuacji, twierdząc, że nic się nie stało.

—  Chciałbym dodać, że nigdy bym się do czegoś takiego nie posunął, gdyby nie sprawy najwyższej wagi państwowej.

—  Lepiej niech mi je pan przedstawi.

—  Czy wie pan, co dzieje się na rynku finansowym?

—  Owszem. Podniosła się stopa dyskontowa.

—  Z jednego i trzech czwartych do prawie trzech procent. Jest to olbrzymi wzrost i nastąpił w ciągu kilku ostatnich tygodni.

10

—  Spodziewam się, że pan wie dlaczego. Churchill skinął głową.

—  Firmy niemieckie zadłużają się na wielką skalę, wycofując gotówkę i kupując złoto. Jeszcze kilka tygodni i Niemcy, kosztem innych krajów, ściągną do siebie wszystko. Będą mieli nie spłacone długi i rezerwy złota wyższe niż kiedykolwiek w ich historii.

—  Przygotowują się do wojny.

—  W ten i na szereg innych sposobów. Podnieśli podatki o miliard marek w stosunku do ich poprzedniej wysokości, aby wzmocnić armię, która i tak jest już najsilniejsza w Europie. Pamięta pan, że kiedy w roku 1909 Lloyd George podniósł brytyjskie podatki o piętnaście milionów funtów szterlingów, o mało nie doprowadziło to do rewolucji. Cóż, miliard marek stanowi w przybliżeniu równowartość pięćdziesięciu milionów funtów. To najwyższe podatki w historii Europy.

—  Tak, rzeczywiście — przerwał Walden. Obawiał się, że Churchill znowu zacznie swoje oratorskie popisy. Nie życzył sobie, żeby tamten wygłaszał przed nim mowę. — My konserwatyści od dłuższego już czasu zaniepokojeni byliśmy rozwojem niemieckiego militaryzmu. Teraz, za pięć dwunasta, oznajmia mi pan, że mieliśmy rację.

Churchill nie dał się zbić z tropu.

—  Niemcy zaatakują Francję, to prawie pewne. Pytanie brzmi: czy przyjdziemy Francji z pomocą?

—  Ależ skąd — odparł ze zdumieniem Walden. — Minister spraw zagranicznych zapewnił nas przecież, że nie mamy żadnych zobowiązań wobec Francji...

—  Sir Edward, oczywiście, uczynił to ze szczerego przekonania — przytaknął Churchill. — Ale był w błędzie. Nasze porozumienie z Paryżem jest tego rodzaju, że nie możemy stać z boku i patrzeć, jak Francja pada w walce z Niemcami.

Walden był wstrząśnięty. Liberałom udało się przekonać wszystkich, jego nie wykluczając, że nie wciągną Anglii do wojny; a teraz jeden z ich najważniejszych ministrów twierdzi coś wprost przeciwnego. Dwulicowość polityków może doprowadzić do szału, ale Walden rychło o niej zapomniał, kiedy zaczął zastanawiać się, jakie konsekwencje pociągnie za sobą ta wojna. Myślał o znanych mu młodych ludziach, którzy będą musieli pójść na front: o niemrawych, opiekujących się jego parkiem ogrodnikach, o bezczelnych, kręcących się po jego domu lokajach, o ogorzałych na twarzy parobkach z folwarku, o niesfornych studentach, o próżniakach zabijających czas w klubach przy St. James's... a potem ta myśl odpłynęła ustępując miejsca następnej, o wiele bardziej przygnębiającej.

—  Czy jesteśmy w ogóle w stanie wygrać tę wojnę? — zapytał. Churchill przybrał poważną minę.

11

—  Sądzę, że nie.

Walden wlepił w niego oczy.

__Na miły Bóg, coście najlepszego narobili?

__W naszej polityce kierowaliśmy się zawsze chęcią uniknięcia

wojny__zaczął się bronić Churchill — a nie można prowadzić takiej

polityki i równocześnie zbroić się po zęby.

__ Ale nie udało wam się uniknąć wojny.

—  Wciąż się o to staramy.

__Ale sądzicie, że to się wam nie uda.

Wydawało się, że Churchill chce się sprzeciwić, ale przełknął tylko

ślinę.

—  Niestety tak.

—  Więc co teraz będzie?

__W sytuacji, kiedy Anglia i Francja nie są w stanie pokonać

Niemiec wspólnymi siłami, musimy mieć jeszcze jednego sojusznika: trzecie państwo, które znajdzie się po naszej stronie. Tym państwem jest Rosja. Kiedy Niemcy podzielą swoje siły i zmuszeni będą walczyć na dwa fronty, wówczas możemy wygrać. Armia rosyjska jest nieudolna i skorumpowana, jak wszystko inne w tym kraju, ale nie gra to żadnej roli, dopóki jest w stanie ściągnąć na siebie część sił niemieckich.

Churchill doskonale wiedział, że Lidia jest Rosjanką. Lekceważące mówienie o Rosji w jej obecności świadczyło o typowym dla niego braku taktu, ale Walden puścił mu to płazem, tak był zaintrygowany tym, co

usłyszał.

__ Rosja zawarła przecież przymierze z Francją — powiedział.

—  To nie wystarcza — odparł Churchill. — Rozstrzygnięcie, czy Francja jest ofiarą agresji, czy agresorem, pozostawia się w każdym przypadku Rosji. Kiedy wybucha wojna, każda ze stron twierdzi na ogół, że została napadnięta. Dlatego to przymierze zobowiązuje Rosję do walki wyłącznie wtedy, kiedy ta ma na to ochotę. Do niczego więcej. Chcemy, żeby Rosja na nowo i stanowczo opowiedziała się po naszej

stronie.                                                                       .   .      , .

__ Nie mogę sobie was wyobrazić, jak wymieniacie uścisk dłoni

z carem.                                                         .                                      . __W takim razie, wcale nas pan nie zna. Zęby ocalić Anglię, gotowi

jesteśmy paktować z samym diabłem.

__ Nie spodoba się to waszym zwolennikom.

—  Nie będą o niczym wiedzieli.

Walden domyślał się, do czego to wszystko prowadzi. Perspektywa była ekscytująca.                                                                            .    .

—  Co pan ma na myśli? Tajny traktat? Czy niepisane porozumienie/

—  Jedno i drugie.

12

Walden przyjrzał się Churchillowi przez zmrużone powieki. Ten młody demagog ma rozum nie od parady — pomyślał — i może go wykorzystać przeciwko mnie. A zatem liberałowie pragną zawrzeć tajny traktat z carem — nie bacząc na nienawiść, jaką naród angielski żywi do brutalnego, panującego w Rosji reżimu — ale dlaczego zdradzają mi swoje zamysły? Chcą mnie jakoś związać z tą sprawą, to jasne. W jakim celu? Po to, żeby jeżeli coś się nie powiedzie, mieć pod ręką kozła ofiarnego, konserwatystę na dodatek? Żeby zwabić mnie w taką pułapkę, potrzebny byłby intrygant bardziej subtelny niż Churchill.

—  Proszę dalej — powiedział.

—  Rozpocząłem z Rosjanami rozmowy na temat marynarki wojennej, przy okazji naszych wojskowych negocjacji z Francją. Przez jakiś czas uczestniczyli w nich urzędnicy dość niskiej rangi, teraz jednak rokowania nabierają rumieńców. Do Londynu ma przybyć młody rosyjski admirał. To książę Aleksy Andriejewicz Orłów.

—  Aleks! — krzyknęła cicho Lidia.

Churchill rzucił jej spojrzenie. — Zdaje się, że to pani krewny, lady Walden.

—  Tak — przyznała Lidia. Coś, o czym Walden nie miał najmniejszego pojęcia, najwyraźniej wytrąciło ją z równowagi. — Jest synem mojej starszej siostry, co oznacza, że jest moim... kuzynem?

—  Siostrzeńcem — podpowiedział Walden.

—  Nie wiedziałam, że został admirałem — mówiła dalej. — Musieli go niedawno mianować.

Wydawała się teraz jak zwykle doskonale opanowana i Walden nie wiedział, czy nie przyśniło mu się to, czego świadkiem był przed chwilą. Rad był, że Aleks przyjeżdża do Londynu: bardzo lubił tego chłopaka.

—  Jest młody jak na tak wysoką szarżę — stwierdziła Lidia.

—  Ma trzydzieści lat — odparł Churchill i Walden uświadomił sobie, że czterdziestoletni Churchill jest również bardzo młody jak na funkcję, dającą mu władzę nad całą Królewską Marynarką Wojenną. Pierwszy Lord wydął dumnie wargi, jakby chciał powiedzieć: „Świat należy do genialnych młodych ludzi, takich jak ja i Orłów".

A jednak i mnie do czegoś potrzebujecie, pomyślał Walden.

—  Ponadto — kontynuował Churchill — Orłów jest przez swego ojca, nieżyjącego już księcia, siostrzeńcem samego cara i — co jeszcze ważniejsze — jednym z niewielu ludzi spoza kręgu Rasputina, których car lubi i których obdarza zaufaniem. Jeżeli w dowództwie rosyjskiej marynarki wojennej jest ktoś, kto potrafi przeciągnąć cara na naszą stronę, to tą osobą jest Orłów.

—  A mój udział w tym -wszystkim? — Walden zadał pytanie, które cały czas chodziło mu po głowie.

13

—  Chcę, żeby reprezentował pan Anglię podczas tych rozmów... i chcę, żeby przyniósł mi pan Rosję na talerzu.

Ten facet nigdy nie może się oprzeć pokusie, żeby nie zachowywać się jak w tanim melodramacie, pomyślał Walden.

—  Chce pan, abyśmy razem z Aleksem wynegocjowali angielsko--rosyjski traktat wojskowy?

—  Tak. Walden natychmiast pojął, jak trudne, śmiałe i obiecujące byłoby to

zadanie. Stłumił ogarniające go podniecenie i pokusę, aby wstać i przejść

się po pokoju.

—  Zna pan osobiście cara — mówił Churchill. — Zna pan Rosję i mówi pan płynnie po rosyjsku. Jako mąż lady Walden jest pan wujem Orłowa. Już raz przedtem skłonił pan cara do opowiedzenia się po stronie Anglii przeciw Niemcom — w roku 1906, kiedy pańska interwencja zapobiegła ratyfikacji traktatu z Bjorko. — Churchill przerwał. — Mimo to początkowo nie braliśmy pod uwagę pańskiej kandydatury jako naszego reprezentanta w tych negocjacjach. W Westminsterze sprawy

mają się w ten sposób...

—  Tak, tak — Walden nie chciał rozpoczynać dyskusji na ten temat. — Jednak coś sprawiło, że zmieniliście zdanie.

—  Istota sprawy polega na tym, że pańską kandydaturę wysunął car. Wygląda na to, że jest pan jedynym Anglikiem, do którego ma jakiekolwiek zaufanie. Wysłał telegram do swego kuzyna, a naszego króla, domagając się, żeby Orłów prowadził rozmowy właśnie z panem.

Walden mógł sobie wyobrazić konsternację, jaka zapanowała wśród radykałów, kiedy dowiedzieli się, że będą musieli dopuścić do swoich tajnych kombinacji starego, zasiadającego w Izbie Lordów konserwatystę.

—  Sądzę, że wpadliście w tym momencie w przerażenie — powiedział.

—  Niezupełnie. W sprawach zagranicznych nasza polityka nie różni się tak bardzo od waszej. Poza tym zawsze uważałem, że nasze wewnętrzne polityczne nieporozumienia nie powinny stać na przeszkodzie, aby pańskie talenty wykorzystane zostały w służbie rządu Jego Królewskiej Mości.

Teraz pochlebstwa, pomyślał Walden. Muszę być im bardzo potrzebny.

—  Jak uda się to wszystko utrzymać w tajemnicy? — zapytał głośno.

—  Ma to wyglądać na zwykłą towarzyską wizytę. Jeśli się pan zgodzi, Orłów będzie państwa gościem. Wprowadzi go pan w londyńskie towarzystwo. Córka państwa rozpoczyna w tym sezonie życie towarzyskie, nie mylę się chyba? — Churchill spojrzał na Lidię.

—  Tak, to prawda — odpowiedziała.

—  Więc przy okazji możecie państwo ubić całkiem inny interes. Orłów jest, jak wiecie, kawalerem, z pewnością stanowi świetną partię,

14

możemy więc rozpuścić za granicą pogłoski, że przyjechał tu do Anglii w poszukiwaniu żony. Nic się nie stanie, jeśli rzeczywiście ją znajdzie.

—  Świetny pomysł. — Nagle Walden zdał sobie sprawę, że wszystko to wprawia go w doskonały humor. Pełnił kiedyś, za czasów konserwatywnych rządów Salisbury'ego i Balfoura, funkcję półoficjalnego dyplomaty, jednak już od ośmiu lat nie uczestniczył w żadnym charakterze w polityce międzynarodowej. Teraz miał okazję pojawić się z powrotem na scenie i przypomniał sobie, jak absorbowały i fascynowały go niegdyś takie misje: otaczająca je aura tajemniczości, pokerowe zagrania podczas negocjacji, zmagania się różnych osobowości, umiejętne posługiwanie się perswazją, naciskiem, nawet groźbą wojny. Z Rosjanami, jak pamiętał, rozmowy nie były łatwe. Byli kapryśni, uparci i aroganccy. Ale z Aleksem nie będzie tak źle. Kiedy Walden brał ślub z Lidią, Aleks był obecny na weselu. Dziesięcioletni brzdąc w marynarskim ubranku. Potem studiował kilka lat na uniwersytecie w Oksfordzie i odwiedzał Walden Hall podczas wakacji. Nie żył już wtedy jego ojciec i Walden poświęcał młodzieńcowi trochę więcej czasu, niż czyniłby to w normalnych okolicznościach. Zyskał dzięki temu gorącą przyjaźń młodego, obdarzonego żywym umysłem Rosjanina.

To stanowiło świetną podstawę do negocjacji. Sądzę, że jestem w stanie doprowadzić je do pomyślnego zakończenia, pomyślał. Cóż to byłby za sukces!

—  Mogę zatem uważać, że pan się zgadza? — zapytał Churchill.

—  Naturalnie — odparł Walden.

Lidia uniosła się z krzesła.

—  Nie, proszę nie wstawać — powiedziała, kiedy mężczyźni powstali wraz z nią. — Zostawiam panów, żebyście mogli porozmawiać o polityce. Czy zostanie pan na obiedzie, panie Churchill?

—  Niestety, mam pilne sprawy w mieście.

—  W takim razie już teraz żegnam pana. — Podała mu rękę. Wyszła z pokoju ośmiokątnego, gdzie zawsze pili herbatę, przecięła

duży i mały hall i otworzyła drzwi do pokoju kwiatowego. W tym samym momencie jeden z pomocników ogrodnika — nie znała jego imienia — wszedł tam przez prowadzące z ogrodu drzwi z naręczem różowych i żółtych tulipanów, przeznaczonych do przystrojenia stołu przy obiedzie. Jedną z rzeczy, które Lidia pokochała w Anglii, a zwłaszcza w Walden Hall, było bogactwo kwiatów. Co rano i co wieczór zawsze ścinano dla niej świeże kwiaty, nawet w zimie, kiedy trzeba je było hodować w szklarni.

Ogrodnik dotknął czapki palcami— nie musiał jej zdejmować bez

15

wyraźnego polecenia, ponieważ pokój kwiatowy był w zasadzie częścią ogrodu — położył kwiaty na marmurowym stole i wyszedł. Lidia usiadła i odetchnęła chłodnym, pachnącym powietrzem. To było odpowiednie miejsce do tego, żeby dojść do siebie po szoku. Rozmowa o Petersburgu wytrąciła ją z równowagi. Pamiętała Aleksego A...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]