[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Rozdział
XXXII
Kapitan Kearney przyznaje się do pokre-
wieństwa ze mną — Zawody w blagowa-
niu między kapitanem a pierwszym ofi-
cerem — Rekin, mops i testament —
Scenka z pokładu rufowego
Nasz admirał nie należał do tych, któ-
rzy pozwalają dowodzonym przez siebie okrę-
tom tkwić bezczynnie w porcie, w kilka więc
zaledwie dni po opisanym przeze mnie balu re-
prezentacyjnym cała eskadra pożeglowała ku
różnym celom. Mnie wcale nie było żal opusz-
czać zatoki, gdyż człowiek szybko nudzi się nad-
miarem obfitości, a ja miałem już dość poma-
rańczy, bananów czy pampeinusów, a nawet
smacznych obiadków podlewanych winem, jakie
zjadałem u stołów miejscowych obywateli i w
mesie oficerskiej garnizonu wyspy. Wkrótce
morska bryza -stała się dla nas cenniejsza niż
wszystko inne i gdybyśmy się jeszcze mogli
byli kąpać bez obawy przed rekinami, z wszy-
stkich źródeł rozkoszy tej gorącej strefy równie
wysoko cenilibyśmy sobie to jeszcze większe
odświeżenie. Z prawdziwą przyjemnością przy-
jęliśmy wiadomość, że następnego* dnia mamy
udać się w rejs ku francuskiej wyspie Marty-
nika. Kapitan Kearney tak często przebywał
na lądzie, że mało go widywaliśmy, a okręt
całkowicie był w rękach pierwszego oficera,
o którym jeszcze nie wspomniałem. Był to niski
5
mężczyzna zeszpecony przez ospę, o rudej c
prynie i bokobrodach, dobry żeglarz i niezły
oficer. Chcę powiedzieć, że posiadał praktyczne
umiejętności żeglarskie i mógł każdemu proste-
mu marynarzowi pokazać, na czym polegają je-
go obowiązki w każdej dziedzinie, co marynarze
cenią bardzo wysoko, gdyż nie zdarza się to zbyt
często. Nie spotkałem jeszcze oficerów, którzy
by szczycąc się swymi praktycznymi umiejętno-
ściami, byli jednocześnie dobrymi nawigatora-
mi, natomiast zbyt często biorąc na siebie rolę
prostych marynarzy obniżają należny sobie au-
torytet, stają się szorstcy i wulgarni, tak pod
względem zachowania się, jaik i wysławiania.
Do takich należał pan Phillott, chełpiący się
swoją gwarą marynarską, który raz był za pan
brat z marynarzami, pozwalając na spoufalanie
się jak z równymi sobie, raz bił tych samych
ludzi handszpakiem, gdy mu się coś nie podoba-
ło. Nie był ito z natury zły człowiek, ale bardzo
porywczy, język zaś, w jakim zwracał się do
oficerów, czasem był daleki od poprawności, a
taki niezmiennie w odnoszeniu się do podcho-
rążych. Ogólnie biorąc, nie można powiedzieć,
by nie był lubiany, aczkolwiek nie ciesizył się
takim autorytetem, jakim pierwszy oficer po-
winien. Należy jednak bezstronnie przyznać, że
do swoich zwierzchników odnosił się w sposób
identyczny jak do podwładnych i rubaszność,
z jaką sprzeciwiał się kapitanowi Kearneyowi,
wyrażając swoją niewiarę w jego opowiastki,
często powodowała na kilka dni oziębienie ich
wzajemnych stosunków.
Następnego dnia pb wypłynięciu z Zatoki
Carlisle'a zostałem zaproszony na obiad do ka-
pitańskiej kabiny. Podano go na platerowych
półmiskach, które wyglądały imponująco, ale
nie było ich wiele.
— Teri serwis — zaznaczył kapitan — spre-
G
zentowali
mi pewni kupcy za trudy, jakie po-
niosłem
ratując im majątek przed Duńczykami
podczas mego rejsu wokół Helgolandu.
A cóż to za brednie opowiadał mi pański
steward, że kupił go pan w Portsmouth —
odparł pierwszy oficer. — Pytałem go o to dziś
rano w kambuzie.
— Jak śmiałeś pleść takie wierutne łgar-
stwa? — zwrócił się kapitan do stojącego za
nim człowieka. -
— Powiedziałem, że mnie się tak tylko zda-
wało — odpowiedział.
— Jak to, czy nie mówiłeś, że przysłano ra-
chunek, domagając się za twoim pośrednictwem
siedem czy osiem razy zapłaty, a kapitan za-
płaci na święty nigdy?
— Jak śmiałeś coś takiego mówić? — zapytał
mocno zagniewany kapitan.
— Pan Phillott źle mnie zrozumiał, sir! —
odparł steward. — Zajęty był besztaniem sprzą-
taczy i niedokładnie mnie słyszał. Ja tylko mó-
wiłem, że podchorążowie kupili swoje naczynia
za piękne oczy.
— Tak, tak! — rzekł kapitan. — To już bar-
dziej możliwe.
— Hej, panie steward — powiedział pan Phil-
lott. — Niech mnie diabli porwą, ałe z ciebie
łgarz nie lada, zupełnie jak twój... — („kapitan"
byłoby mu się wyrwało, ale na szczęście ugryzł
się w język i szybko dodał): — ...ojciec jeszcze
przed twoim urodzeniem.
Kapitan zmienił
temat
pytając, czy nie zjadł-
bym plasterka szynki.
— Prawdziwa westfalska, panie Simple. Każę
ją sobie przysyłać wprost przez hrabiego Tro-
ningskena, mego bliskiego przyjaciela, który po-
luje na własne dziki w górach Harzu.
— A jaik, u diaska, udaje się panu ją tu prze-
dostać, kapitanie Kearney?
7,
 — Są sposoby i sposobiki na wszystko, panie
nillott, a Pierwszy Konsul wcale nie taki zły,
k się go przedstawia. Pierwszą partię dosta-
ni z bardzo uprzejmym listem, skreślonym do
nie jego własną ręką. Pokażę go wam które-
jś dnia. Ja odpisałem i posłałem mu przez
•zemytnika dwa cheshire'skie sery. Od tego
asu dostaję te szynki regularnie. Czy pan już
edy jadł westfalską szynkę, panie Simple?
— Tak jest — odparłem. — Raz jeden spo-
-wałem ją u -lorda Privilege'a, panie kapitanie.
— Lord Privilege! Przecież to mój daleki
•ewny, coś w rodzaju piątego kuzyna —
wiadczył kapitan.
— Co za traf, sir! — odparłem.
— Wobec tego pozwoli pan, że go przedsta-
ię krewnemu, kapitanie Kearney — rzekł
erwszy oficer — ponieważ pan Simple jest
go wnukiem.
— Czy to możliwe? Tylko tyle powiem, pa-
e Simple, że będę nad wyraz szczęśliwy mo-
c
okazać ci wszelkie możliwe względy i cie-
ę się, że mam pana wśród moich oficerów.
Stało się więc tak, że aczkolwiek to wszystko
ła nieprawda, gdyż kapitana Kearneya nawet
jdalsze więzy pokrewieństwa nie łączyły
moją rodziną, z chwilą gdy to stwierdził, nie
3gł się wycofać, skutkiem tego odniosłem ko-
yść z jego oszustwa. Od tej chwili był bardzo
a mnie uprzejmy i zawsze nazywał mnie ku-
nem.
Pierwszy oficer uśmiechał się, a gdy kapitan
ończył mówić, mrugnął do mnie, jakby dając
. do zrozumienia, jaki to ze mnie szczęściarz,
rozmowa potoczyła się na inny temat. Nie-
[tpliwie kapitan Kearney umiał koloryzować
:budzając podziw, a opowiadał swoje historyj-
z takim przejęciem, że faktycznie mogłem
erzyć, iż sam był przekonany o ich prawdzie.
Oto jak przyzwyczajenie staje się drugą natu-
rą. Opowiadając o wyprawie w celu porwania
okrętu z kotwicy tak mówił:
— Francuski kapitan byłby poległ z mojej
ręki, ale właśnie gdy celowałem z muszkietu,
nadleciała kula odcinając kurek u zamka tak
gładko jak nożem. Zdumiewający wypadek.
— Nie umywa się do tego, co wydarzyło się
na okręcie, na którym ja służyłem — odparo-
wał pierwszy oficer. — Wtedy to drugi oficer
został draśnięty kulą z kartacza, która obcię-
ła mu jeden wąs, a gdy odwrócił głowę, by
Zobaczyć, co się stało, nastąpił wystrzał i ku-
la obcięła mu drugi. Oto co ja nazywam „ogo-
lony na gładko".
— No tak — rzekł kapitan Kearney..— Istot-
nie na gładko, jeśli to tylko prawda. Pan wy-
baczy, panie Phillott, ale czasami opowiada pan
niesłychane bajdy. Ja osobiście nie mam nic
przeciwko temu, ale pan daje zły przykład me-
mu młodemu krewniakowi panu Simple.
— Panie kapitanie Kearney — odparł pierw-
szy oficer wybuchając niepohamowanym śmie-
chem. — Czy wie pan, jak przyganiał kocioł
garnkowi?
— Nie wiem, mój panie — żachnął się ka-
pitan z obrażoną miną. — Panie Simple, na-
pijemy się po kieliszku wina?
Myślałem, że ta utarczka pohamuje nieco ka-
pitana. Istotnie było tak, ale tylko na kilka mi-
nut, gdyż wkrótce zaczął na nowo. Pierwszy
oficer właśnie zauważył, że trzeba będzie każ-
dego ranka wlewać wodę do okrętu, a potem
ją wypompowywać, żeby pozbyć się smrodu
z wody zęzowej.
— Istnieją gorsze zapachy niż zęzówka —
rzekł kapitan. — Co pan powie na to, że cała
załoga była prawie zatruta zapachem olejku
różanego? A jednak to się mnie zdarzyło na
9
[ Pobierz całość w formacie PDF ]