[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Colin Forbes

Komórka

Tłumaczył: Jan Grzelak

Tytuł oryginału: Cell

Prolog

 

– Linda Warner, żona ministra bezpieczeństwa wewnętrznego, zniknęła trzy tygodnie temu – tłumaczył Tweedowi nadinspektor Roy Buchanan. – Trzy tygodnie! I nic, żadnego śladu, żadnej poszlaki. Nie wiadomo, co się z nią stało.

Naczelnik wydziału śledczego Scotland Yardu rozejrzał się po biurze Tweeda w gmachu przy Park Crescent. Tweed siedział naprzeciwko, po drugiej stronie swojego biurka.

Policjant skinął głową Pauli Grey, asystentce Tweeda, która siedziała przy swoim własnym biurku. Dalej stało biurko Boba Newmana, byłego międzynarodowego korespondenta, z którym też się milcząco i powściągliwie przywitał. W rogu biura sekretarka Tweeda, Monica, pani w średnim wieku z włosami związanymi w wielki kok nad karkiem, zapamiętale młóciła palcami w klawiaturę komputera. To właśnie Paula, atrakcyjna brunetka po trzydziestce, zadała sobie trud, by odpowiedzieć Buchananowi:

– Trzy tygodnie to długo. Strasznie długo. Czy było jakieś żądanie okupu? O ile założymy, że to było porwanie..

– Nie, i to właśnie sprawia, że to jej zniknięcie staje się jeszcze bardziej niepokojące.

– Ta sprawa tylko na początku trafiła do gazet – zauważyła Paula – Teraz prawie się o tym nie pisze.

– Gazety bardziej zainteresowało ostrzeżenie wywiadu, że jesteśmy numerem dwa na liście al-Kaidy – wyjaśnił Buchanan. – Mamy podobno stać się obiektem ataku w rocznicę jedenastego września.

– W jaki sposób doszło do jej zniknięcia?

– Victor Warner ma dwa domy. Ostatnie piętro apartamentowca w Belgravii i posiadłość w Carpford. To taka zapadła wiocha u podnóży North Downs. Porsche pani Warner znaleziono na poboczu po przeciwnej strony drogi tuż za zakrętem. Żadnych śladów walki. Silnik wyłączony, kluczyki w stacyjce. Dziwna sprawa – Buchanan odwrócił się do Tweeda – Chciałbym, żebyś tam ze mną pojechał i sam rozejrzał się po okolicy.

– Ja? Zapomniałeś, że jestem zastępcą dyrektora SIS?

– Oczywiście, że nie zapomniałem – odezwał się po chwili nadinspektor. – Ale mimo to zdołałeś rozgryźć sprawę Arbogasta, wyjaśniając pięć morderstw na dwóch kontynentach, że już udziału wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych nie wspomnę. A poza tym, zanim zacząłeś się tu marnować, byłeś najmłodszym naczelnikiem wydziału zabójstw w historii Scotland Yardu. Sprawa Arbogasta dowiodła, że na szczęście węchu nie straciłeś.

– To niemożliwe. Muszę się skoncentrować na tym, co tutaj robię.

Tweed był człowiekiem w nieokreślonym wieku, średniego wzrostu, nosił okulary w rogowej oprawie. Na ulicy większość ludzi minęłaby go, nawet nie zauważając – nie raz już korzystał z tego dobrodziejstwa w swojej pracy. Ostatnio nawet jakby odmłodniał, jego legendarna energiczność była jeszcze bardziej zauważalna niż zwykle, ruchy żwawsze.

– Nie mógłbyś tego zrobić dla mnie? – łasił się Buchanan.

– Roy, powiedziałem „nie”! – walnął pięścią w blat biurka Tweed – A poza tym Warner wymógł na Gabinecie pełną kontrolę nad sprawami wewnątrz kraju i ograniczenia ingerencji ze strony innych agend. To dotyczy w szczególności mnie, Buchanan.

Nabierał tchu, by kontynuować tyradę, kiedy drzwi otworzyły się z takim impetem, że ledwie wytrzymały to zawiasy. Dyrektor Howard wpadł do biura, jak bomba, wymachując jakimś trzymanym w garści plikiem papierów. Potężne, niemal dwumetrowe chłopisko, od zbyt długiego przesiadywania w drogich restauracjach i klubach stracił kondycję i dostał zadyszki.

W paru susach przemierzył pomieszczenie i padł ciężko na fotel przed biurkiem Newmana. Ubrany w nienaganny garnitur uszyty na zamówienie u drogiego krawca z Saville Row, wykrochmaloną na sztywno białą koszulę z muchą, z grzmiącym głosem i nienagannym akcentem z wyższych sfer, Howard był ucieleśnieniem ideału wysokiego urzędnika.

Na szczęście do tego wszystkiego miał jeszcze głowę na karku, więc z Tweedem podzielili się obowiązkami sprawiedliwie – on użerał się z podobnymi sobie pawianami z Whitehallu, a Tweedowi zostawiał na wolną rękę w kierowaniu Firmą.

– Zwycięstwo! – wychrypiał teraz, kiedy tylko odzyskał wreszcie mowę. – Wracam od premiera. Zdołałem go przekonać, żeby odwołał edykt Warnera o tym, że wszystko, co dzieje się w kraju to wyłącznie jego sprawa Tweed, ma się pan zająć sprawą zniknięcia pani Warner.

Premier bardzo niepokoi się ta sprawą. Zaczynają krążyć brzydkie pogłoski o tym, że piękna Linda ponoć za bardzo zaprzyjaźniła się z innym wysokim członkiem Gabinetu.

– Wspaniale! – ucieszył się Buchanan. – Tweed możemy zaraz jechać na wizję lokalną do Carpford, miejsca, gdzie się to znikniecie zdarzyło.

– Tu – potrząsnął raz jeszcze papierami uniesionymi w tryumfalnym geście Howard – mam notatkę premiera, że ma pan działać niezależnie od ministerstwa bezpieczeństwa.

Wszystko będzie znów po staremu.

– Oho – pokręcił głową czytając Tweed – stary nie owija w bawełnę. – Odłożył kartkę na biurko. -.Me to w żaden sposób nie zmienia mojej decyzji, żeby nie zajmować się zniknięciem pani Warner. To twoja sprawa, Roy. Nawiasem mówiąc, nie bardzo wierzę w te prasowe historie o bezpośrednim zagrożeniu kraju ze strony al-Kaidy.

– Przecież znałeś Lindę – nie odpuszczał Buchanan. – Może niezbyt blisko, ale zawsze. Ona cię lubiła.

– Podjąłem decyzję i...

Zadzwonił telefon. Monica odebrała, zasłoniła mikrofon dłonią i, pobierając swój najbardziej zjadliwy uśmiech, zapowiedziała:

– Dzwoni pan Peregrine Palfry, osobisty asystent Warnera. Nalega, by z panem rozmawiać.

– Ten fagas? Bije Warnerowi pokłony za każdym razem, kiedy tamten tylko pokaże się w gabinecie. No dobra, daj mi tego dupka – powiedział biorąc słuchawkę dwoma palcami, jakby się spodziewał, że pocieknie z niej coś obrzydliwego. – Tweed, słucham.

– Panie Tweed – usłyszał arogancki głos ze słuchawki – pan minister prosił, żebym panu przekazał, że...

– Jak ma do mnie interes, to niech sam zadzwoni. Nie przyjmuję telefonów od jego sług.

– To ważna sprawa. Mam panu powiedzieć, że...

– Łącz ze swoim szefem, albo odkładam słuchawkę.

W słuchawce rozległ się głuchy dźwięk, słychać było jakiś szepczące głosy i po chwili odezwał się sam Warner. W jego głosie próżno by szukać zachwytu.

– Tweed, jestem zapracowanym człowiekiem...

– No to jest nas dwóch. W czym rzecz?

– Proszę uważnie mnie wysłuchać. – Tym razem głos był już grzeczniejszy, ale zdeterminowany. – Doszły do mnie słuchy, że rozważa pan zajęcie się dochodzeniem w sprawie zagadkowego zaginięcia mojej żony. Kategorycznie zabraniam panu ingerować w to dochodzenie. Nadzór nad nim spoczywa w rękach nadinspektora Buchanana i Garetha Morgana, szefa Wydziału Specjalnego. Zrozumiano?

– Oczywiście – uśmiechnął się Tweed, a po chwili kontynuował: – Jest tylko jedna mała przeszkoda na drodze do wykonania pańskiej jakże uprzejmej prośby. Otóż tak się składa, że moja firma panu nie podlega. Niemniej dziękuję za pański telefon, który bardzo pomógł mi podjąć decyzje. Do usłyszenia.

Tweed chwilę siedział prostując plecy w fotelu, a w oczach zapaliły mu się iskry.

Uniósł zaciśniętą pięść i walnął nią w blat z taką siłą, że zaskoczona Paula aż podskoczyła za swoim biurkiem. Patrzyła, zafascynowana zmianą osobowości, jaką u niego ostatnio ujrzała.

Zwykle spokojny, pasywny Tweed nagle stał się porywczy, ale i porywający rozpierającą go energią.

– To zdecydowało – rzucił. – Warner dzwoni z rozkazem, żebym się trzymał z daleka od tej sprawy. Widać jeszcze nie wie o decyzji premiera. A to się chłopina zdziwi... Roy, nie zaczniemy od wycieczki do Carpford. Daj mi adres tej jego meliny w Belgravii. I nazwisko gospodyni.

Wstał i ruszył do wieszaka po płaszcz.

– Chodź ze mną, Paula. Masz oko do wynajdowania szczegółów, które mi umykają.

Może wywnioskujesz coś z tego, co tam zastaniemy.

– Proszę, tu masz adres. – Buchanan nawet nie próbował ukryć zadowolenia z rozwoju wypadków. – Gospodyni nazywa się Carson, pani Carson. Nic z niej nie wydusiłem. Mam iść z wami?

– Nie – odparł Tweed, wymierzając mu kuksańca w ramię. – Najwyraźniej nie zadałeś właściwych pytań, nie ma sensu pchać cię jej w oczy.

Londyńskie lokum Warnerów zajmowało całe czwarte piętro nowoczesnego apartamentowca, ginącego szczęśliwie we wspaniałościach rezydencji okalających Belgrave Square, do których jego nowoczesność pasowała jak pięść do oka. Tweed użył legitymacji SIS, by pokonać opór agresywnego portiera. Winda była olbrzymia i luksusowa, z lustrami w złotych ramach i siedzeniami obitymi czerwoną skórą. Jechała powoli, ale bezszelestnie, a na czwartym piętrze drzwi rozsunęły się, odsłaniając widok na szerokie korytarze wyłożone dywanami, w których stopa grzęzła po kostkę.

– Warner wykupił całe piętro – rzucił Tweed, skręcając zgodnie ze wskazówkami z kartki Buchanana w lewo. – W połowie tych pomieszczeń nawet nigdy nie był. Kupił je tylko po to, żeby nie mieć sąsiadów.

Doszedł do ciężkich dębowych drzwi, przy których na ścianie zamontowany był domofon. Nacisnął guzik i chwilę czekał, aż z głośnika rozległ się głos zirytowanej kobiety.

– Kto tam?

– Nazywam się Tweed, jestem zastępcą dyrektora SB.

– Ktoś uprzedzał telefonicznie, że się pan pojawi. Jego nazwisko?

– Nadinspektor Buchanan ze Scotland Yardu.

– Baba nie ryzykuje, wszystko sprawdza – usłyszał pełen niechętnego podziwu szept Pauli, tonący w zgrzycie i łoskocie trzech kolejno otwieranych zasuw. Drzwi uchyliły się i stanęła w nich wysoka, siwą koścista i nieprzystępna, ale doskonale ubrana kobieta. Jej przenikliwe oczy skierowały się na Paulę.

– A to niby kto?

– A to niby moja asystentka, Paula Grey. Zresztą jest nią naprawdę.

– Skończmy te rozmówki w progu. Mam niewiele czasu.

– Nasza rozmowa potrwa tak długo, jak to będzie konieczne – odparł z naciskiem Tweed.

Poprowadziła ich do wielkiego salonu z białymi skórzanymi sofami i fotelami. Tweed i Paula usiedli na sofie, a pani Carson z zaciśniętymi ustami usadowiła się na brzeżku wysokiego fotela z rzeźbionym oparciem.

– Zaczynajcie. Mówiłam, że nie mam zbyt wiele czasu.

– Spodziewałbym się raczej, że zniknięcie pani domu przeraziło panią do głębi.

To już trzy tygodnie, odkąd wyparowała bez śladu z Carpford.

– Organa bezpieczeństwa wewnętrznego robią co w ich mocy, by wyjaśnić sprawę jej tajemniczego zniknięcia.

Ton i mina dawały wyraźnie do zrozumienia, że traktuje go wrogo. Paula oceniła, że gospodyni chyba nie lubi Tweeda. Postanowiła przejąć inicjatywę i usiadła prosto, uśmiechając się do niej.

– Pani Carson, jako kobieta może nam pani zapewne udzielić jakieś ważnej informacji, która może do tej pory umknęła prowadzącym śledztwo. Pan Tweed, który trochę ją znał, powiedział mi, że Linda Warner była zawziętym czytelnikiem i nigdy nie rozstaje się z książkami. Wie pani może, co czytała przed zniknięciem?

– Oczywiście, że wiem. Kolejny raz brnęła przez „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” Gibbona. Trzymała ją przy łóżka. Zawsze zabierała, kiedy się gdzieś wybierała, na wypadek, gdyby udało jej się wyrwać parę minut wolnego czasu.

– Czy mogłabym poprosić, by sprawdziła pani, czy ta książka leży na jej nocnym stoliku?

– Leży w tym samym miejscu, z zakładką na stronie, do której doczytała.

– Czy pani zdaniem to pozostawienie książki może wskazywać, że przewidywała szybki powrót z Carpford?

– Tak mi się wydaje. – W pani Carson zaszła nagle widoczna przemiana. Odprężyła się, patrzyła na Paulę, w ogóle ignorując obecność Tweeda – Chciała wrócić przed wieczorem.

– Zabrała jakieś ubrania?

– Nic, poza futrem z soboli. Tam w Carpford jest strasznie zimno. Sprawdziłam jej garderobę bardzo uważnie. Uwierzy pani, że żaden z tych idiotów z Wydziału Specjalnego nawet o to nie zapytał?

– Czy przed wyjazdem dzwoniła do kogoś, albo odbierała telefon?

...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]