[ Pobierz całość w formacie PDF ]

jjANA FRE*

W ŚLEPYM ^A

Dzieci ulicy

fiumaczyź Mariusz ї^ук

t^.w • Warszawa * **-<! Narodowy im- °sS ^Wnictwo

Dla

Sofii i Angeliki Michel

JANA FREY

W ŚLEPYM ZAUŁKU WOLNOŚCI

Dzieci ulicy

tłumaczył Mariusz Lubyk

Wrocław • Warszawa • Kraków Zakład Narodowy im. Ossolińskich Wydawnictwo

Tytuł oryginału

Sackgasse Freiheił: Sofias Geschichte;

aus dem Leben eines Strassenkindes

Historia oparta na faktach. Imiona, nazwiska i miejsca zdarzeń zmienione w oryginale przez redakcję.

W

Ъ№5

Projekt okładki Dariusz Rybicki

Opracowanie redakcyjne Anna Wasilewska

Opracowanie typograficzne Luiza Pindral, Katarzyna Ziembowska

Sackgasse Freiheit © 2000 by Loewe Verlag GmbH, Bindlach

© Copyright for the Polish translation and edition by Zakład Narodowy im. Ossolińskich - Wydawnictwo, Wrocław 2001

ISBN 83-04-04597-4

Skład i łamanie Zakład Narodowy im. Ossolińskich - Wydawnictwo

Druk i oprawa Opolgraf SA Opole, ul. Niedziałkowskiego 8-12

Od Wydawcy polskiego

Kiedy pod koniec lat siedemdziesiątych pojawiła się w Niemczech książka pt. My, dzieci z dworca ZOO, która wkrótce okazała się światowym bestsellerem, runął mur milczenia o narkomanii. Mimo upływu lat wstrząsająca opowieść Christiane F. nadal wzbudza duże zainteresowanie.

Powstała ponad dwadzieścia lat później powieść Jany Frey pt. W ślepym zaułku wolności nie jest jedynie jeszcze jedną relacją osoby uzależnionej od narkotyków, opowiadającej swe przeżycia. W przeciwieństwie do wcześniej wymienionej pozycji narkomania i prostytucja młodocianych, a także przemoc, są jedynie tłem dla głębokiej analizy psychiki dziecka niekochanego i zepchniętego na margines społeczeństwa, zmuszonego przez los do egzystencji na ulicach miasta. Oddając w ręce polskiego Czytelnika książkę Jany Frey, Wydawnictwo Ossolineum pragnie zwrócić uwagę i uczulić ludzi młodych, a także ich rodziców, na rosnący z dnia na dzień problem dzieci ulicy i skłonić do zastanowienia się, co zmusza młodzież do ucieczki z rodzinnego domu.

5

PROLOG

We wszystkich krajach Trzeciego Świata tysiące dzieci żyje na ulicy, prawie nieprzytomne z rozpaczy, głodu, samotności i braku nadziei na lepszą przyszłość.

Tysiące dzieci ułicy mieszka w dzielnicach nędzy Nowego Jorku i Los Angeles i innych amerykańskich metropolii. Jest ich wiele także na ulicach Moskwy, Sankt Petersburga i innych rosyjskich miast.

Jednakże problem dzieci ulicy istnieje również w Europie Zachodniej, np. w Niemczech można je spotkać m.in. w Berlinie i Hamburgu, we Frankfurcie i Lipsku i nie tylko tam.

Niektóre statystyki wykazują, podając pięciocyfrowe liczby, że coraz więcej dzieci mieszka na niemieckich ulicach, a tendencja ta stale rośnie...

Sofię poznałam w Monachium, w jednej z kawiarni nad Izarą. Do tego dnia niewiele o niej wiedziałam -jedynie to, że przez prawie dwa lata żyła w swoim rodzinnym mieście poza domem, z którego uciekła, kiedy miała 14 łat.

- Jestem... - powiedziała przeciągle, stając przede mną. Przyszła sama i usiadła naprzeciwko mnie, kręcąc się nerwowo na krześle. Zamówiłyśmy coś do picia i rozpoczęłyśmy rozmowę.

Twarz Sofii była blada, a ona sama poważna i zamyślona. - Naprawdę nie rozumiem, dlaczego właśnie o moim zasranym życiu chcesz pisać? - rzuciła.

Kiedy indziej powiedziała: - Właściwie to nienawidzę mówić o sobie, o tym całym gównie, jakim jest moja przeszłość. Mimo wszystko kontynuowałyśmy rozmowę przez całe popołudnie i jeszcze kolejne cztery.

7

W czasie naszych spotkań Sofia najchętniej biegała wzdłuż nabrzeża Izary, po łąkach i parkach albo po prostu po chodniku w centrum głośnego miasta. - Nie potrafię się odzwyczaić od tego biegania - wyjaśniła zażenowana. - Potrzebuję ruchu i dużo hałasu wokół siebie, abym mogła to wszystko jakoś znieść.

Biegałyśmy zatem to tu, to tam, a Sofia opowiadała mi o swoim życiu - o najwcześniejszych i tych późniejszych latach, o dniu dzisiejszym, jak również o swoich planach naprzyszłość.

- Nie mam żadnych pamiątek z dzieciństwa -powiedziała smutno. - Żadnych fotografii, starego pamiętnika ani pluszowych zwierzątek - nic. Tylko wspomnienia, a te są straszne...

8

1

Nasz dom był otoczony murem z czerwonej cegły. Pomiędzy nim a budynkiem znajdował się niewielki ogród - uporządkowany i nudny. Ten wysoki mur chronił naszą rodzinę przed wzrokiem ciekawskich sąsiadów. Prawdę mówiąc, nie było u nas nic do oglądania czy podziwiania - najwyżej moja matka, wieszająca i zbierająca pranie, które należało do krajobrazu naszego ogrodu. Do zabawy nic w nim nie było. Matki nie widziałam już prawie dwa lata. Pięknej i stale rozdrażnionej, o bladej, nieufnej i posępnej twarzy, z której spoglądały na mnie niezwykle zielone oczy. Na nosie i policzkach miała niezliczoną ilość piegów, które każdego ranka bardzo starannie przy-pudrowywała przed lustrem. Nienawidziła tych swoich piegów, wyglądających pięknie, naprawdę ślicznie!

Moja matka w ogóle jest bardzo ładna - słyszałam to wiele razy - szczupła, krucha istota o jasnej, pociągłej twarzy i zielonych oczach. Ma kręcone, miękkie włosy - ciemny blond, a jej skóra jest nieskazitelnie gładka.

Moja matka urodziła się tak jak ja - w lecie. Kiedy przyszłam na świat, miała zaledwie szesnaście lat.

Do prawie trzeciego roku życia nic nie wiedziałam o swoim ojcu ani o okolicznościach moich narodzin.

Nic nie wiedziałam, ponieważ matka o tym ze mną nie rozmawiała.

Nasz ogród służył do wywieszania prania, a czynność ta była ulubionym zajęciem mojej matki. Czerwone rzeczy wisiały wyłącznie razem i to przypięte klamerkami w tym samym kolorze, co suszące się pranie. Niebieskie z niebieskimi, zielone z zielonymi, przypięte dobranymi kolorystycznie klamer-

9

kami. Tak samo było z żółtymi i białymi rzeczami wieszanymi na sznurze do bielizny. Do wszystkich innych odcieni, dla których nie było odpowiednich klamerek, matka stosowała brązowe, drewniane.

Praniem zajmowała się godzinami. Wyprane rzeczy porządnie strzepywała i dotykała ich w trakcie schnięcia. Kiedy zanosiło się na deszcz, zbierała całe wilgotne pranie i bez słowa skargi rozwieszała je ponownie w suszarni według posortowanych kolorów i klamerek.

Na końcu starannie je prasowała i układała z powrotem w szafie. Co tydzień zmieniała wszystkim pościel i - równie często - prała firanki. Czasami tak się angażowała w swoje pranie, że stawała przed pralką i w ciągu całego jej długiego programu nic innego nie robiła, tylko obserwowała buczącą i szumiącą maszynę. Zapominała o obiedzie i o pozostałych domowych zajęciach, a nawet o moim małym braciszku - Robinie.

Dopiero gdy wracałam ze szkoły, płoszyłam to jej dziwne odrętwienie. Robin najczęściej raczkował wtedy po podłodze i marudził, jakby nie zajmowała się nim już wieki, a na kuchennym stole wciąż jeszcze znajdowały się naczynia pozostawione tam po śniadaniu.

- Mamo, jestem w domu. Już południe... - przypominałam jej delikatnie. Zawsze wtedy drgnęła, odgarniała piękne, wypielęgnowane włosy z twarzy, obrzucała mnie wrogim spojrzeniem i zmuszona, z ogromnym trudem, wracała do szarej rzeczywistości dnia powszedniego.

Na zewnątrz byliśmy całkiem normalną rodziną, zupełnie przeciętną. Moja matka ma na imię Franziska. Potrafi pięknie grać na skrzypcach, ale nigdy nie muzykowała. Poza tym urodziła dwoje dzieci: mnie i mojego braciszka. Między mną a Robinem jest jedenaście lat różnicy. Kiedy matka była w ciąży, często powtarzała ludziom, że urodzi chłopca. W żadnym wypadku nie chciała jeszcze jednej dziewczynki!

-  Sofia jest strasznym bachorem - wyjaśniała każdemu, kto chciał, czy też nie chciał tego słuchać, ani razu nie zadając sobie nawet trudu, żeby ściszyć przy mnie głos. Nigdy nie oszczędzała mi przykrości.

I   10

Kiedy pierwszy raz usłyszałam, że jestem strasznym dzieckiem, zrozpaczona zamknęłam się w swoim pokoju i ukryłam pod kołdrą we własnym łóżku. Miałam przeczucie, że muszę płakać, ale jednak tego nie zrobiłam. Nigdy nie płakałam, po prostu nie potrafię. Nie wiem, na czym to polega, ale czasami czuję, jak łzy napływają mi do oczu. Nigdy ich jednak nie uroniłam. Wcześniej, kiedy było mi smutno, czasami cicho kwiliłam, ale to działało na nerwy mojej matce.

- Przestań z tym popiskiwaniem, nie jesteś przecież świnką morską - mówiła zniecierpliwiona.

Robin urodził się pięć lat temu. Wyglądał jak malutki, niewinny aniołek. Matka nosiła niemowlaka godzinami po naszym domu, wciąż domagając się ciszy. Pilnowała snu dziecka, żeby się nie wystraszyło i nie stało uciążliwe.   .

- On jest taki milutki - szeptałam, chcąc pogłaskać małego

braciszka.

Potakiwała głową, ale wówczas sama brała śpiącego Robina na ręce i głaskała jego niemowlęcą twarzyczkę. Patrzyłam na nich. Robin od początku miał intensywnie zielone oczy, podobnie jak moja matka, a później okazało się, że także po niej odziedziczył wąski, lekko zadarty nos, jej miękkie, lśniące włosy i nawet jej złociste piegi. Był tak piękny, że nie mogłam się na niego napatrzeć.

- Nie stawaj mi na drodze, Sofio - powtarzała niecierpliwie moja matka i odsuwała mnie na bok. Od jej dłoni na moim gołym ramieniu czułam chłód, a z jej twarzy biły surowość i gniew.

- Chcę go tylko zobaczyć! - ledwie z siebie wydusiłam. Przemknąwszy się ukradkiem, ukrywałam się w łazience - jedynym pomieszczeniu w domu, którego drzwi można było zamknąć na klucz. Stawałam przed lustrem i przygnębiona, ze smutkiem przypatrywałam się własnemu odbiciu. Nic dziwnego, że matka woli Robina ode mnie, że go bardziej kocha. U mnie wszystko było nie takie, inne. Miałam tak ciemne włosy, że ludzie brali mnie za cudzoziemkę. Nie dość, że włosy były czarne, to jeszcze sztywne i w ciągłym nieładzie. Za każdym razem, gdy próbowałam się starannie uczesać, już po

11

chwili znowu były potargane i rozczochrane. Każdy pojedynczy włos był szczecinowaty jak w końskiej grzywie. Moje oczy wyglądają jak szare kałuże, a moja skóra jest jak jedno wielkie znamię, ciemniejsza od tej, jaką ma matka czy Robin.

- Wyglądasz jak mała Cyganka - potrząsając głową, mówiła czasami moja przybrana babcia, kiedy przyjeżdżała do nas w odwiedźmy z Kilonii. Nie brzmiało to szczególnie przyjaźnie.

Babcia z Kilonii jest matką mojego ojczyma Karla - właściciela małej firmy handlującej urządzeniami elektronicznymi. Od czasu jego ślubu z moją matką mieszkamy w domu na obrzeżach miasta.

Przedtem mieszkałyśmy w jednym z tych białych wieżowców w centrum. Niewiele pamiętam. Mam tylko kilka mglistych, pojedynczych wspomnień z tego okresu.

Wiem, że mieszkałyśmy wówczas na jednym z najwyższych pięter, zawrotnie wysoko. Poza matką i mną byli tam jeszcze moi dziadkowie. Babcia ze strony matki była dla mnie dokładnie tak samo surowa - a przy tym drażliwa i niecierpliwa -jak jej córka. Przypomina mi się, że kiedyś, gdy położyłam rękę na jej kolanie - odepchnęła mnie i złorzeczyła, że mogę wysmarować jej spódnicę swoimi małymi, brudnymi palcami.

Dziadek był dla mnie dobry. Miał na imię Waldemar i tak też go nazywałam, podczas gdy do jego żony zawsze zwracałam się „babciu". Sądzę, że Waldemar był jej drugim mężem, w zasadzie więc moim przyszywanym dziadkiem, tak jak Karl ojcem.

Waldemar często brał mnie za rękę i szedł ze mną na plac zabaw. Sadzał mnie na najwyższej zjeżdżalni lub też godzinami huśtał się ze mną na spaczonej, skrzypiącej, drewnianej huśtawce - tylko dlatego, że to bardzo lubiłam. Wieczorami śpiewał mi piosenki i troskliwie przykrywał mnie kołdrą.

Wtedy, w tym białym wieżowcu, miałam wielki problem. Byłam zakałą rodziny i siałam zgorszenie.

- Sofio, jeśli dzisiaj w nocy znowu nasikasz do łóżka, będą baty! - powtarzała Franziska każdego wieczoru, przeszywając mnie spojrzeniem, od którego robiło się zimno. Wówczas moja matka miała zaledwie dziewiętnaście lat.

12

Byłam trzylatką i każdej nocy moczyłam się - obojętnie, czy mi grozili, bili po tyłku, czy zamykali w toalecie albo kazali godzinami siedzieć na plastykowym nocniku.

Zawsze budziłam się w środku nocy, a moje łóżko było mokre, zimne i nieprzyjemne. Niekiedy wkradałam się do sypialni dziadków i ukrywałam w łóżku Waldemara, ale to było zabronione, surowo zabronione. Matka i babcia postanowiły, że muszę zostawać w swoim mokrym łóżku aż do rana. Dopiero wtedy mogłam z niego wyjść, tylko po to, żeby dostać solidne lanie drewnianą łyżką kuchenną na goły tyłek.

Jednak pewnego letniego ranka, kiedy wśliznęłam się do kuchni, nikt się mną nie zajął. Tego dnia moja babcia rozchorowała się. Myślę, że dostała ataku apopleksji. Usiadła w kuchni i dziwnie wlepiała we mnie wzrok, niczym z zaświatów. Jej usta były nienaturalnie wykrzywione - wyglądały tak, jak gdyby przez nieuwagę ześlizgnęły się do podbródka, a ona sama syczała do mnie coś, czego nie rozumiałam.

Potem przyjechała karetka i zabrała babcię. Więcej jej nie zobaczyłam. Przypuszczam, że żyła jeszcze przez pewien czas w jakimś domu opieki, ale moja matka nigdy mnie tam nie zabrała. Za to zmieniła się - zmusiła Waldemara, żeby się od nas wyprowadził.

- Nie! Nie! Nie! - wrzeszczałam, kiedy Waldemar z zapakowaną walizką opuszczał nasze mieszkanie.

- Nie płacz, mój zajączku - powiedział Waldemar i pogłaskał moje mokre policzki. Wtedy jeszcze głośniej się rozpłakałam.

Później Waldemar odszedł i musiało upłynąć ponad osiem lat, zanim znowu go zobaczyłam.

Moja matka i ja znowu zostałyśmy same. Matka postarała się o pracę w pralni chemicznej, gdzie - siedząc przy kasie -wręczała wyczyszczoną odzież i kasowała pieniądze.

Mnie odprowadzała co rano do przedszkola, w którym panował wrzask. Wciąż jeszcze moczyłam się w łóżku, za co regularnie dostawałam lanie, ale poza tym moja matka wyciszyła się, uspokoiła i było nam razem dobrze - jak nigdy dotąd. Skończyłam pięć lat i już od dawna sama się rano ubierałam, myłam zęby, smarowałam sobie chleb na śniadanie i obserwo-

13

wałam swoją zniechęconą i niedostępną matkę, ale ostrożnie -tylko z pewnej odległości.

- Nie umiesz się śmiać, mamo? - zapytałam ją kiedyś. Myślę, że nigdy nie udzieliła mi odpowiedzi na to pytanie,

wciąż tylko prała.

Jak tylko kończyła swoją zmianę w pralni i przyprowadzała mnie z przedszkola, sortowała w domu, w pośpiechu i niespokojnie, naszą własną garderobę. Nieustannie prała. Napychała do automatu jedną rzecz po drugiej, nawet te, które nie wymagały jeszcze prania, i - w czasie, gdy pierwsza sterta brudów zaczęła się obracać w pieniącej wodzie - czekała niecierpliwie na moment, kiedy będzie mogła rozpocząć rozwieszanie wypranych ubrań.

Stawała przed szumiącą pralką tak, jakby miało to jeszcze trwać przez wiele lat, i wlepiała wzrok w luk na środku automatu, jak gdyby tam właśnie znajdowało się centrum wszechświata.

- Mamo, gdzie jest babcia? - zapytałam ostrożnie pewnego dnia.

- Umarła, przecież wiesz - mruczała pod nosem.

- A gdzie jest Waldemar? - zapytałam błagalnie.

- Gdzieś - padła krótka odpowiedź.

- Chcę go odwiedzić.

- Nie teraz, Sofio.

- Kiedy, mamo?

- Zobaczymy.

Ale nigdy razem nie odwiedziłyśmy Waldemara.

Kiedy matka nie szła do pracy, a także nie zajmowała się praniem naszych rzeczy, telefonowała. Chociaż nikt nigdy nas nie odwiedzał, wydawało się, że zna mnóstwo ludzi.

-  Poszłabym z wami chętnie, ale nie mogę, nie mam co zrobić z Sofią - wzdychała często do słuchawki aparatu, a jej głos brzmiał lodowato z wściekłości i gniewu. W takich sytuacjach kładłam uspokajająco ręce na piersi, czując, jak dziko wali mi serce. Pojęłam, jakim ciężarem byłam dla matki.

-  Masz piękne oczy, mamo - powiedziałam raz, żeby jej zrobić przyjemność.

- Bzdura - parsknęła, a jej głos brzmiał przez moment złowieszczo.

14

Drgnęłam i zamilkłam. Dopiero dużo, dużo później odkryłam, dlaczego moja matka była wtedy taka rozgniewana, akurat gdy powiedziałam o jej wielkich, cudownych oczach.

Kiedyś odkryłam, że istnieje coś, co mają inne dzieci, a ja nie - ojciec. Wszędzie spotykałam ojców: na placu zabaw, w przedszkolu i na ulicy.

-  Mamo, dlaczego właściwie nie mam taty? - wypaliłam któregoś wieczoru, kiedy leżałam w łóżku, przygotowana już do snu.

Matka uniosła raptownie głowę, a ja aż drgnęłam, gdy napotkałam jej wzrok. Byłam przekonana, że strasznie się na mnie rozzłości, chociaż nie wiedziałam, co niestosownego było w moim pytaniu.

Dziwnym trafem tym razem się nie rozgniewała. Milcząc, przez krótką chwilę patrzyła jedynie przed siebie dzikim, pełnym wściekłości wzrokiem.

- Ty faktycznie nie masz ojca - to było wszystko, co powiedziała. Jej głos zabrzmiał przy tym wyjątkowo.

- Ale dzieci w przedszkolu mówiły, że każdy ma tatę - uparcie trwałam przy swoim.

- U nas jednak nie ma taty - powtórzyła moja matka i niespodziewanie ruszyła w kierunku drzwi. - Teraz śpij, Sofio i pomyśl o tym, co się stanie, jeśli znowu nasikasz do łóżka!

- Ale jeślibym miała tatę, to on by mnie kochał? - zawołałam za nią niepewnie.

- Na pewno - odpowiedziała. - Ale teraz nie chcę nic więcej na ten temat słyszeć.

- Kochałby mnie tak, jak Waldemar albo jak ty? - krzyczałam wystraszona, ale matka już mi nie odpowiedziała. Skuliłam się w kłębek pod kołdrą i płakałam, aż cała poduszka zrobiła się wilgotna od łez.

Od tej chwili zaczęłam tęsknić za moim nieznanym, obcym ojcem.

A wtedy pewnego dnia zjawił się Karl - zabawny, wysoki, krótko ostrzyżony, błękitnooki blondyn. Podarował mi mały magnetofon i trzy kasety z bajkami, a w zamian za to zabrał wieczorem moją mamę do kina.

15

- Przeprowadzamy się, Sofio - wyjaśniła mi wkrótce. - Karl będzie teraz twoim tatą.

Przyglądałyśmy się sobie dokładnie. Już samo to było czymś niezwykłym: matka patrzyła na mnie dłużej i bardziej przyjaźnie niż dotychczas. A przynajmniej bez wrogości.

- On będzie moim tatą? - wyszeptałam z wrażenia. Mama skinęła głową, a ja poczułam, jak uczucie radości

przepełniło mnie od stóp do głów.

A później wyprowadziłyśmy się do tego domu z czerwonej cegły, stojącego na obrzeżach miasta.

Jednakże nic nie zmieniło się na lepsze, przynajmniej nie dla mnie. Karl rzadko bywał w domu, a kiedy już przychodził, chciał przebywać sam na sam z moją matką. Choć dostałam piękny pokój na poddaszu, to poza mną prawie nikt do niego nie wchodził.

Wkrótce poszłam do szkoły. Mimo że moja matka nie pracowała już w pralni, wysłała mnie od pierwszego dnia roku szkolnego do świetlicy dla dzieci.

- Nie chcę tam być - prosiłam w domu nieśmiało.

- Przestań piszczeć, wiesz, że tego nie znoszę - powiedziała oschle matka, która wówczas bardzo często chorowała.

-  Dlaczego znowu jesteś w łóżku? - zapytałam ją kiedyś bardzo zmartwiona.

■   - To nie powinno cię obchodzić - odpłaciła mi za moją troskę, wypraszając mnie z pokoju.

W dniu moich ósmych urodzin matka znowu zachorowała 11 trafiła, co się często powtarzało w ostatnim czasie, na kilka dni do szpitala.

Leżałam w swoim łóżku smutna i patrzyłam przez ukośne okno w dachu na świecące słońce. W jego jasnych i ciepłych promieniach, sięgających aż do mojego szarego tapczanu, tańczyły, migotając, niezliczone ilości drobniutkich pyłków kurzu. Wyglądało to przepięknie, choć był to tylko błyszczący kurz. któraan«°o   7      ЬПІ SJyszałam 8*08У ojczyma i jego matki,

kaldvm r           Г682^ W Ш1оп11- Babcia Pędzała za

każdym razem, gdy moja matka leżała w szpitalu. Wydawało mi się, ze właśnie o niej rozmawiają. Słyszałam, jak parę razy

16

babcia wymawiała jej imię. Na palcach podkradłam się do

drzwi.

_ ... piąty raz Franziska jest w ciąży - krzyczała zdenerwowana babcia.

- Lekarze w szpitalu też nie wiedzą, dlaczego za każdym razem dochodzi do poronienia - odpowiedział mój ojczym, a w jego głosie słychać było rozdrażnienie.

- To dla mnie bolesne - kontynuowała ze smutkiem babcia. -W sytuacji, gdy tak bardzo pragnęłabym mieć własne wnuki.

Byłam przerażona i nie rozumiałam ani jednego słowa z tego, co mówili. Moja matka była pięć razy w ciąży? Dlaczego nikt mi nic nie powiedział, dlaczego nic nie zauważyłam, absolutnie nic? Jeśli jest się w ciąży, to ma się przecież zaokrąglony, duży brzuch. Dużo dzieci w mojej klasie ma młodsze rodzeństwo, sama też widziałam wiele kobiet w ciąży. Co to wszystko znaczy, że moja matka straciła dzieci? Jak to się mogło stać? Nie było tego widać? Су te dzieci spadają ot tak, po prostu, gdziekolwiek na ziemię i tak leżą?

- Czy to z powodu tej strasznej historii z Sofią? - zapytała w tym momencie zamyślona babcia.

- Lekarze mówią, że nie - odpowiedział krótko Karl. Oparłam się speszona o drzwi, zrobiło mi się zimno, aż się

zatrzęsłam. Jaka to straszna historia jest ze mną związana? W czym zawiniłam? W jaki sposób mogłam przyczynić się dó tego, że moja matka nie może mieć więcej dzieci?

- Biedna Franziska! - zawołała babcia. - Byłoby rzeczywiście lepiej dla wszystkich, gdyby poroniła Sofię, a nie następne dzieci, które mogłaby mieć z tobą, Karl.

- Franziska też to mówi - odpowiedział Karl i zawołał mnie. Musiałam zejść na śniadanie.

To były moje ósme urodziny i wypadły w niedzielę, dlatego nie musiałam iść do szkoły. Nie przypominam sobie, czy dostałam jakiś prezent, ale wiem, że nikomu nie pozwolono mnie w tym dniu odwiedzić, nawet Ani, mieszkającej w sąsiednim budtfjnJś" Karl і ЬаШ іщ hałasów..: r

dącej chyba moją jedyną przyjaciółką, po prostu słyszeć w domu żadnych

- Mogłabym na chwilkę pójść do Ani? - prosiłam.

Na to Karl także się nie zgodził - nie mógł znieść, że rodzice Ani pochodzą z Polski. Karl nie lubił obcokrajowców. Z tego samego powodu nie podobały mu się moje czarne włosy, co wystarczająco wiele razy dał mi odczuć.

Kiedy moja matka wreszcie wróciła ze szpitala i blada jak widmo, niespokojna krzątała się po domu, nie mogłam tego wytrzymać.

- Mamo, straciłaś dzieci? - zwróciłam się do niej po cichu, kiedy nareszcie zostałyśmy same.

Matka przez krótką chwilę uważnie mi się przyglądała. -Co... jak... skąd ci to przyszło do głowy...? - pytała bez emocji w głosie.

Skuliłam ramiona. - Babcia mówiła i...

- ... podsłuchiwałaś rozmowę dorosłych?! - wywnioskowała moja mama.

Zaprzeczyłam szybko. - Nie, ale ona mówiła, że jestem „straszną rzeczą" - wyrzuciłam prędko, chcąc uniknąć ewentualnych matczynych klapsów pełnych złości.

Dostałam lanie. Nie otrzymałam natomiast odpowiedzi -zamiast niej cały tydzień aresztu w pokoju, od Karla, który, gdy wrócił wieczorem, zbeształ mnie.

W tym czasie sądziłam jeszcze, że moje życie jest całkiem normalne. W szkole byłam grzeczna, co podobało się mojej pierwszej wychowawczyni. Otrzymywałam dobre oceny na świadectwach. Inne dzieci bawiły się ze mną, chociaż nieszczególnie często, ale nie gniewało mnie to.

Miałam tylko jedną przyjaciółkę - Anię. U niej, w domu obok, wszystko wyglądało inaczej niż u nas: Ania nigdy nie dostała lania, a jej mama często się z nią bawiła. Przed Bożym Narodzeniem piekła z córką ciasta i śpiewały razem polskie kolędy. W lecie Ania chodziła z rodzicami na basen albo wspólnie organizowali wycieczki do muzeum, zamków, pałaców, albo do pobliskiego lasu. Wprawdzie zazdrościłam jej, ale myślałam, że tak musi być. Nieraz przemknęło mi przez myśl, że przecież rodzice Ani pochodzą z Polski, a tam może inaczej traktuje się swoje dzieci niż u nas - w Niemczech.

18

-  Leniwa hołota obcokrajowców - mówił często Karl ze wstrętem. - Skąd tacy mają pieniądze, że mogą pozwolić sobie na takie wspaniałe życie. To jest dla mnie zagadka. Polaken, wszyscy gangsterzy i prostaki...

Nie wiem dokładnie, jak to się stało, ale pewnego dnia Karl i moja matka zabronili mi utrzymywania znajomości z Anią

i jej rodziną.

Tego popołudnia skryłam się zrozpaczona w swoim pokoju.

- Nienawidzę ich, nienawidzę, nienawidzę... - szeptałam pod kołdrą. Przywiązałam się do Ani i jej rodziców, do wesołego, pogodnego ojca, cieszącego się z moich wizyt i zapraszającego mnie nawet na ich wycieczki.

-  Sprawisz nam radość, jeśli z nami pojedziesz, Sofio -powtarzał często i mrugał do mnie porozumiewawczo. A mama Ani, która nie umiała jeszcze dość dobrze mówić po niemiecku, przytulała mnie łagodnie do siebie i uśmiechała się.

- Jeśli jeszcze raz przyłapię cię w ogrodzie u tych Polaken, zamknę cię w piwnicy - oświadczył wieczorem Karl, patrząc na mnie groźnie.

Tydzień później znów mnie przyłapał. Spełnił swoją obietnicę. Zamknął mnie na całą sobotę w piwnicy, podczas gdy on sam wraz z moją matką spędzali wspólnie dzień w pokoju gościnnym, dokładnie nade mną.

Wtedy zrozumiałam, że moje życie było inne. Znienawidziłam je.

Siedem stopni prowadziło do piwnicy. Siedem stopni, a potem drewniane drzwi i dalej polakierowane na zielony kolor -drzwi żelazne. Za nimi znajdowało się piwniczne pomieszczenie, w którym coraz częściej musiałam przebywać.

Były tam trzy małe, kwadratowe okienka, ale tak wysoko, że końcem nosa sięgałam zaledwie do dolnej krawędzi kraty, kiedy stawałam przed nią wyprostowana.

Skończyłam dziesięć lat i wciąż musiałam schodzić do piwnicy, ilekroć tylko przyłapali mnie wczesnym rankiem, wkładającą w tajemnicy do suszarki - tak cicho, jak to tylko było możliwe - moje mokre prześcieradło. Nie umiałam sobie z tym poradzić. Dalej zdarzało się, że w nocy, we śnie, moczyłam się.

I  19

Wprawdzie nie częściej niż jeden, może dwa razy w miesiącu, ale i tak w te dni, które następowały po feralnych nocach, byłam za karę wysyłana do piwnicy.

Kiedy po raz pierwszy napisałam klasówkę z rachunków na jedynkę, też tam trafiłam.

A przy tym nigdy naprawdę mnie tam nie zamykali. -Odmaszerować! Raz, raz! - Karl tylko rzucał komendę, a ja schodziłam tam, na tak długo, aż mnie znowu nie zawołali.

Kiedy matka kolejny raz poroniła, nie musiałam wprawdzie schodzić do piwnicy, ale miałam siedzieć w swoim pokoju i nie pokazywać się.

Spostrzegłam, że za każdym razem, kiedy matka zachodziła w ciążę, dostawała silnych bólów brzucha i wymiotowała. Co chwilę łapały ją tak silne skurcze, że mdlała. Raz zasłabła przy obiedzie, kiedy indziej wcześnie rano, gdy wstała z łóżka. Za każdym razem karetka zabierała ją do szpitala i po tygodniu - blada, wycieńczona i dziwnym trafem zawsze bardzo na mnie zła - wracała do domu.

- Mamo, nie umiem nic na to poradzić - powiedziałam zrozpaczona.

Patrzyła na mnie obojętnie i w milczeniu.

- Mamo, przecież masz mnie - pocieszałam ją, opierając się ostrożnie na jej ramieniu. Odwróciła się raptownie i jednym ruchem odepchnęła mnie od siebie. - Tak, ciebie - ciebie -ciebie! - krzyczała głośno, że aż poczułam przejmujący ból przenikający całe ciało. Ściskała mnie przy tym za ramiona. -Ale może ja ciebie w ogóle nie chciałam - ty... ty... ty potworze!

Stałam zupełnie spokojnie - chociaż coś we mnie krzyczało, żeby uciekać z domu. Było to wyraźne, dziwne, całkiem osobliwe uczucie. Biegłam, czując szumiący wokół mojej głowy wiatr, krzyczałam i szlochałam w czasie tej ucieczki, a jednocześnie stałam zdrętwiała, wyprostowana i zimna jak lód w pokoju gościnnym, przed swoją matką. Strasznie bolały mnie ramiona, które wreszcie oswobodziłam z jej silnego uścisku.

- Idź do swego pokoju, Sofio! - wyłkała nagle i odwróciła się. - Jest mi przykro, że ja... sądziłam... nie chciałam tego

|  20

powiedzieć... nie umiem inaczej, Sofio. Idź na górę, potrzebuję

spokoju...

- To wszystko jest już poza mną - powiedziałam z anielskim niemal spokojem. Uciekłam stamtąd przecież. Czułam się odrobinę upiornie, ale w sumie całkiem nieźle - tak lekko i beztrosko.

- Po prostu nie potrafię znieść tego, że muszę cię oglądać, Sofio - wychodząc, moja matka mruczała to pod nosem.

Śmiałam się za jej plecami i powoli, krok za krokiem, opuściłam dom.

Tej nocy po raz pierwszy nie wróciłam do domu. Najpierw włóczyłam się po naszej ulicy, czując się w dalszym ciągu tak lekko, pogodnie i nierealnie. Miałam uczucie, jakbym była niewidzialna i przez moment zastanawiałam się, czy to wszystko przypadkiem mi się nie śni, a w rzeczywistości śpię w swoim łóżku na poddaszu.

Uszczypnęłam się w lewą rękę. Zabolało. Ramiona też mnie bolały. Kiedy delikatnie odchyliłam rękaw pulowera, na skórze widać było ciemnoczerwone plamki. Skąd się wzięły? Nie

wiedziałam.

Potem coraz bardziej oddalałam się od naszego domu, od naszej ulicy. Biegłam, biegłam i biegłam. Niebo nade mną było już szare. Chociaż zamierzałam pójść do parku miejskiego, który znałam z wycieczek z rodziną Anny, nie trafiłam tam. Wałęsałam się bez celu po obcej dzielnicy i nieznanych ulicach. Niebo nade mną poszarzało jeszcze bardziej. Robiło się coraz ciemniej, zapadał zmierzch.

Co powiedziała jeszcze moja matka? A, że jestem potworem... Dalej błądziłam, aż zrobiło się ciemno i chłodno. Kiedy w końcu zapanowała ciemność, zatrzymałam się. Potwór. Płakała i mówiła, że jestem potworem. Ściskała moje ramiona, tak mocno, że jeszcze teraz mnie bolą.

Piekły mnie oczy, a nogi miałam ciężkie jak z ołowiu, nagle poczułam się ogromnie zmęczona. Pokręciłam się i postanowiłam, że dokładnie tą samą drogą, którą przyszłam, wrócę z powrotem. Zataczając się, parłam do przodu. Szłam i szłam, a ulice następowały po sobie. Mijałam budowy, ciemne sklepy, zaryglo-

21

wane kioski, stacje benzynowe, kościoły i automaty z papierosami. Śpiąca i wyczerpana ledwie powłóczyłam nogami.

- Chcę do domu, do domu, do domu... -jęczałam. Ramiona miałam zdrętwiałe, a i nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Nagle przestały pasować do siebie, plącząc się, wzajemnie sobie przeszkadzając.

Cała strasznie przemarzłam, głośno szczękałam zębami. A przecież trwało jeszcze lato, przed trzema miesiącami skończyłam dziesięć lat.

Nagle wokół mnie zrobiło się ciepło. Drżąc, zatrzymałam się. Skąd pochodził ten cudowny, pocieszający letni powiew? Rozglądałam się nerwowo. Na ulicy było cicho, pusto i szaro. Stałam obok wyglądającego niezbyt przytulnie, zamykanego na noc supermarketu.

Ciepły wiaterek nadal lekko dmuchał i wreszcie zorientowałam się, skąd dochodził. Na szczytowej ścianie supermarketu znajdował się mały, okratowany komin wentylacyjny. To z niego pochodził ten ciepły, przyjemny podmuch. Odurzona ciepłem, zatrzymałam się. Nogi ugięły się pode mną i trzęsąc się cała, upadłam na zakratowaną podłogę.

Po chwili zasnęłam.

Spałam dopóty, dopóki mnie ktoś nie obudził, potrząsając mną delikatnie. Przede mną stał nieznajomy mężczyzna z miotłą w ręku.

- No, co ty tutaj robisz? - pytał zatroskany, uśmiechając się do mnie. Patrzył mi prosto w oczy. Rzeczywiście na mnie patrzył... W domu nikt tak uważnie, przychylnie i z zainteresowaniem na mnie nie spoglądał. Nie całkiem jeszcze rozbudzona, podniosłam się. Trwało krótką chwilę, zanim się zorientowałam i przypomniałam sobie wydarzenia wczorajszego wieczoru. Niebo nade mną było jasne i przyjazne. Ciemność nocy zniknęła.

- Czyżbyś zwiała z domu? - zapytał mężczyzna, opierając miotłę o ścianę.

Skinęłam głową.

- Jak się nazywasz? - pytał.

- Sofia - wyszeptałam.

...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]