[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Friderick Forsyth - Szepczący wiatr

Tłumaczył Piotr Art

2003

Jest rok 1876

 

W południowej Motanie toczą się krwawe walki między Indianami a białymi osadnikami prącymi na Zachód.

 

Szepczący Wiatr to najpiękniejsza kobieta, jaką zdarzyło się Benowi Craigowi kiedykolwiek widzieć. Tyle, że ona jest Czejenką a on Amerykaninem, zwiadowcą służącym w armii generała Custera. Wydaje się, że ich związek nie ma najmniejszych szans.

 

Jednak niektóre uczucia są na tyle silne, by przetrwać do końca życia, a nawet dłużej.

Legenda głosiła,

że z masakry żołnierzy

generała Custera nad rzeką Little Big Horn

25 czerwca 1876 roku nie uszedł z życiem żaden biały.

To nie do końca prawda. Przeżył j a jeden człowiek.

Był nim dwudziestoczteroletni zwiadowca Ben Craig.

Oto jego historia.

Lekką woń dymu z ogniska, niesioną wiatrem wiejącym nad prerią, pierwszy wychwycił zwiadowca. Pełnił rolę czujki wystawionej dwadzieścia metrów przed dziesięcioma kawalerzystami, którzy tworzyli straż przednią głównej kolumny wojsk poruszającej się wzdłuż zachodniego brzegu rzeki Rosebud.

Nie odwracając się, zwiadowca uniósł prawą dłoń i ściągnął cugle. Jadący za nim sierżant i dziewięciu żołnierzy poszło w jego ślad. Zwiadowca zeskoczył z konia, który spokojnie zaczął gryźć trawę, po czym pochylony ruszył truchtem w kierunku niewysokiego pagórka oddzielającego ich od brzegu rzeki. Tam padł na ziemię, doczołgał się do szczytu wzniesienia i leżąc w wysokiej trawie, uniósł nieco głowę.

Rozłożyli się obozem między wzniesieniem a rzeczką. Był to niewielki obóz, nie więcej niż pięć szałasów. Najwyraźniej jedna wielopokoleniowa rodzina. Sądząc po kształcie tipi, byli to Czejenowie Północni. Zwiadowca znał ich doskonale. Namioty Siuksów były wysokie i wąskie, natomiast tipi Czejenów szersze u podstawy, bardziej przysadziste. Sceny łowieckie zdobiły boki pięciu namiotów. To również był element charakterystyczny dla Czejenów.

Zwiadowca ocenił, że w całym obozie może być około dwudziestu pięciu osób, z czego mniej więcej dziesięciu mężczyzn. Ci jednak z pewnością byli akurat na polowaniu. W pobliżu namiotów pasło się tylko siedem wierzchowców. Ażeby przenieść taki obóz z kobietami i dziećmi, zwiniętymi namiotami i resztą dobytku na toboganach, Indianie potrzebowali blisko dwudziestu koni.

Zwiadowca usłyszał, że sierżant czołga się w jego kierunku. Dał mu znak, by przypadkiem nie uniósł głowy. Po chwili kątem oka dojrzał obok siebie granatowy rękaw munduru z trzema skrzydełkami - oznaką stopnia wojskowego.

- Jaka sytuacja? - dobiegł go chropawy szept.

Była dopiero dziewiąta rano, ale już panował okropny upał. Byli w drodze od trzech godzin. Generał Custer lubił zwijać obóz bardzo wcześnie. Mimo to zwiadowca poczuł od przyczajonego obok mężczyzny woń kiepskiej whisky. Była ostra i nieprzyjemna, silniejsza od aromatu dzikich śliw, wiśni i pnących dzikich róż, którym rzeczka zawdzięczała swoją nazwę.

- Pięć tipi. Czejenowie. W obozie są tylko kobiety i dzieci. Mężczyźni pojechali na łowy na drugi brzeg.

Sierżant Braddock nie spytał nawet, skąd zwiadowca może to wiedzieć. Po prostu przyjął do wiadomości, że wie. Chrząknął głośno, splunął śliną przesyconą tytoniem i wykrzywił usta w uśmiechu, odsłaniając pożółkłe zęby. Zwiadowca zsunął się tyłem ze wzniesienia i wstał.

- Zostawmy ich w spokoju. To nie ich szukamy

Jednak Braddock spędził już trzy lata na Wielkich Równinach w Siódmym Pułku Kawalerii, mając przeraźliwie mało rozrywki. Przybył tu, na Równiny, by zabijać Indian i nie miał zamiaru sobie tego odmawiać.

Rzeź trwała zaledwie pięć minut. Dziesięciu konnych przeskoczyło przez wzniesienie w jego środkowej części i ruszyło z kopyta, nacierając na obóz. Zwiadowca pozostał na koniu, patrząc na tę scenę z odrazą.

Jeden z żołnierzy, rekrut tak kiepsko jeździł na koniu, że podczas natarcia natychmiast spadł z jego grzbietu. Pozostali dokonali rzezi. Ponieważ białą broń zostawili w Fort Lincoln, strzelali z coltów i nowiutkich springfieldów model 1873.

Indiańskie kobiety, zajęte doglądaniem ognia i gotowaniem, usłyszawszy tętent końskich kopyt, zgarniały w popłochu bawiące się dzieci, by wraz z nimi uciec w stronę rzeczki. Było już jednak za późno. Zanim Indianie dobiegli do brzegu dopadli ich jeźdźcy, strzelając do wszystkiego co się poruszało. Kiedy było już po wszystkim a kobiety, dzieci i starcy leżeli martwi na ziemi, żołnierze zeskoczyli z koni i zaczęli plądrować namioty. Z ich wnętrza dobiegło jeszcze kilka strzałów.

Zwiadowca podjechał powolutku do obozowiska, by ocenić wyniki jatki. Gdy żołnierze podpalali tipi jasne było, że nikt nie uszedł z życiem. Pokręcił głową odmownie kiedy jeden z żołnierzy zaproponował, że podzieli się z nim łupami, po czym odjechał powoli wzdłuż płonących szałasów nad brzeg rzeki by napoić konia.

 

LEŻAŁA skulona w trzcinie. Z rany postrzałowej na udzie ciekła jej krew. Gdyby był nieco szybszy zdążyłby odwrócić głowę i obojętnie zawrócić w stronę płonących tipi. Jednak Braddock, który go obserwował zdołał zauważyć, że zwiadowca się czemuś przygląda i natychmiast podjechał.

- Coś znalazł? - spytał. - A, jeszcze jedna gnida wciąż żywa. Wyciągnął colta z kabury i wycelował. Leżąca w szuwarach dziewczyna podniosła głowę i patrzyła na nich rozszerzonymi z przerażenia oczami. Zwiadowca chwycił Irlandczyka za nadgarstek i wykręcił mu rękę tak, że lufa pistoletu sterczała do góry. Kostropata, zaczerwieniona od whisky twarz Braddocka pociemniała teraz z gniewu.

- Nie zabijaj jej. Może coś wiedzieć - rzekł zwiadowca. Tylko tak mógł go powstrzymać. Braddock zawahał się, podumał przez chwilę po czym skinął głową.

- Dobrze myślisz, żołnierzu. Zabierzemy ją do generała.

Wsadził colta z powrotem do kabury i odjechał w stronę swoich ludzi. Zwiadowca zeskoczył z konia i wszedł w szuwary, by zająć się dziewczyną. Na szczęście kula nie przebiła kości ani tętnic, a jedynie mięsień. Mężczyzna zamoczył swoją chusteczkę do nosa w wodzie, obmył dokładnie ranę i obwiązał ją, by powstrzymać krwawienie.

Kiedy skończył, spojrzał na dziewczynę. Ona też wbiła w niego wzrok. Gęstwina gładkich kruczoczarnych włosów spływających na ramiona, szeroko otwarte czarne oczy, zamglone bólem i strachem. W oczach białego człowieka nie każda Indianka była ładna, ale spośród wszystkich za najpiękniejsze uchodziły właśnie Czejenki. Dziewczyna w szuwarach, mniej więcej szesnastoletnia, miała cudowną, nieziemską urodę. Dwudziestoczteroletni zwiadowca, wychowany na lekturze Biblii, nie poznał jeszcze kobiety w rozumieniu Starego Testamentu. Teraz poczuł, że serce wali mu jak młotem i odwrócił wzrok. Zarzucił sobie dziewczynę na ramię i poniósł do zrujnowanego obozowiska.

- Wrzuć ją na grzbiet konia - krzyknął sierżant, po czym pociągnął potężny łyk whisky z blaszanej manierki.

Jednak zwiadowca pokręcił głową.

- Tobogan - powiedział. - Inaczej umrze.

Obok tlących się szczątków tipi leżało kilka toboganów. Wykonane były z długich, sprężystych żerdzi sosnowych, złączonych ukośnie rzemieniami by łatwo je było przytroczyć do końskiego grzbietu. Między rozwidlającymi się żerdziami rozpostarta była skóra bizona, na której zazwyczaj układano przewożony dobytek. Tobogan był też doskonałym środkiem transportu dla rannej osoby, znacznie wygodniejszym niż wozy białego człowieka.

Zwiadowca złapał jednego z dwóch indiańskich koni, które nie zdążyły uciec. Pozostałych pięć znajdowało się już dość daleko. Kiedy chwycił go za postronki, koń zaczął stawać dęba i wierzgać. Poczuł woń białego człowieka, a ta doprowadzała owe półdzikie zwierzęta do szału. Fenomen ten działał zresztą w obie strony - wierzchowców w oddziałach kawalerii amerykańskiej nie można było wręcz opanować, kiedy poczuły indiański pot.

Zwiadowca zaczął chuchać delikatnie w chrapy konia, aż ten się wreszcie uspokoił i oswoił z jego obecnością. Dziesięć minut później tobogan był już przytroczony do końskiego grzbietu, a ranna dziewczyna, owiniętą kocem, leżała na skórze bizona. Patrol zawrócił ścieżką w stronę głównej kolumny wojsk Siódmego Pułku Kawalerii generała Custera. Był 24 czerwca, Anno Domini 1876.

 

PRZYCZYNĄ owej letniej kampanii w południowej Montanie były wydarzenia, które miały swój początek kilka lat wcześniej. Kiedy w górach Black Hills w Dakocie Południowej odkryto złoto, zaroiło się tam od poszukiwaczy. Jednakże w tym czasie Black Hills były już przyznane Siuksom w wieczyste władanie. Rozwścieczeni sytuacją, którą uznali za zdradę, Indianie odpowiedzieli napadami na poszukiwaczy złota i kolumny wozów osadników.

Waszyngton zareagował na to zerwaniem traktatu podpisanego w Port Laramie i nakazem przymusowej deportacji Indian do kilku niewielkich rezerwatów, których powierzchnia stanowiła jedynie ułamek tego, co im wcześniej solennie obiecano. Rezerwaty rozmieszczone były na terenach Dakoty Północnej i Południowej.

Waszyngton wyodrębnił dodatkowo obszar nazwany Terytoriami Niescedowanymi. Były to odwieczne tereny łowieckie Siuksów, wciąż pełne bizonów i zwierzyny płowej. Terytoria te przylegały od wschodu do zachodnich krańców Dakoty Północnej i Południowej i ciągnęły się na osi północ-południe pasem o szerokości dwustu trzydziestu pięciu kilometrów. Ich północną granicę stanowiła rzeka Yellowstone płynąca przez Montanę i obie Dakoty, a południową rzeka North Platte w Wyoming. Tutaj początkowo pozwalano Indianom polować. Jednak pochód białego człowieka na zachód bynajmniej się nie zatrzymał.

W 1875 roku Siuksowie zaczęli uciekać z rezerwatów na tereny łowieckie. Pod koniec roku agenda federalna pod nazwą Biuro do Spraw Indian nakazała im powrót do rezerwatów najpóźniej w ter minie do l stycznia.

Siuksowie i ich sprzymierzeńcy wcale nie protestowali przeciwko temu ultimatum. Po prostu je zignorowali. Wczesną wiosną Biuro przekazało sprawę armii Stanów Zjednoczonych. Rozkaz brzmiał: znaleźć, otoczyć i odprowadzić pod eskortą do rezerwatów.

Jednak dowódcy armii nie wiedzieli dwóch rzeczy - ilu Indian rzeczywiście uciekło z rezerwatów ani też gdzie ich szukać. W pierwszej sprawie armię po prostu wprowadzono w błąd. Rezerwaty były bowiem zarządzane przez agentów federalnych, wyłącznie białych, z których wielu było oszustami.

Waszyngton wysyłał im kontyngenty bydła, kukurydzy, mąki, koców i pieniędzy z poleceniem rozprowadzenia wśród podopiecznych. Wielu oszukiwało Indian w nieludzki wprost sposób, powodując wśród nich choroby i głód, a tym samym zmuszając do ucieczki na tereny łowieckie.

Kiedy agenci deklarowali, że sto procent mieszkańców rezerwatu znajduje się rzeczywiście w jego granicach, otrzymywali sto procent przydziałów. Wiosną 1876 roku agenci wmówili przedstawicielom armii, że uciekło tylko kilku wojowników. Kłamali. Znikły ich tysiące. Wszyscy podążyli na zachód, by dostać się na tereny łowieckie Terytoriów Niescedowanych.

Żeby ich odszukać, należało wysłać oddziały armii do południowej Montany. Plan działań zakładał, że akcję poszukiwawczą prowadzić będą trzy zgrupowania złożone zarówno z żołnierzy piechoty jak i kawalerii.

Generał Alfred Terry miał pomaszerować z Fort Lincoln w Dakocie Północnej na zachód, w dół rzeki Yellowstone, stanowiącej północną granicę terenów łowieckich. Generał John Gibbon miał skierować się z Fort Shaw w Montanie na południe do Fort Ellis, a następnie skręcić na wschód wzdłuż Yellowstone i spotkać się z podążającymi z przeciwnego kierunku wojskami generała Terry'ego.

Generał George Crook otrzymał rozkaz wymarszu na północ, ze znajdującego się na południowym krańcu Wyoming Fort Fetterman, następnie przekroczenia rzeki Tongue i dotarcia doliną Big Horn do miejsca spotkania z obu pozostałymi zgrupowaniami. Uznano, że jedno z nich gdzieś natrafi na główne siły Siuksów. Wszystkie wyruszyły w marcu.

Na początku czerwca Gibbon i Terry spotkali się w miejscu, gdzie płynąca na północ Tongue łączy swoje wody z Yellowstone. Nie napotkali ani jednego pióropusza wojennego. Wiedzieli przynajmniej tyle, że Indianie z Wielkich Równin musieli być gdzieś na południe od nich. Ustalili, iż siły Terry'ego połączą się z siłami Gibbona i pomaszerują z powrotem na zachód trasą, którą przybyły te ostatnie.

20 czerwca oba zgrupowania dotarły do ujścia rzeki Rosebud do Yellowstone. Tu postanowiono, że jeśli Indianie znajdują się w górze tej drugiej rzeki, Siódmy Pułk Kawalerii, który towarzyszył Terry'emu od samego Fort Lincoln, oddzieli się i podąży w kierunku górnego biegu Rosebud. Ustalono, że nawet jeśli dowodzącemu nim generałowi Custerowi nie uda się trafić na Indian, to pewnie napotka siły generała Crooka.

Nikt jednak nie wiedział, że 17 czerwca Crook natknął się na wielkie zgrupowanie Siuksów i Czejenów, którzy sprawili jego oddziałom tęgie lanie. Zawrócił, więc na południe, beztrosko polując na dziką zwierzynę. Nie wysłał jeźdźców na północ, by odnaleźli i ostrzegli pozostałe dwa zgrupowania, w związku z tym ich dowódcy nie mieli pojęcia, że na posiłki z południa nie mogą liczyć i że są zdani jedynie na własne siły.

 

CZWARTEGO dnia forsownego marszu doliną rzeki Rosebud jeden z oddziałów zwiadowczych powrócił z wieściami o zwycięstwie nad małą wioską Czejenów i o wzięciu jeńca.

Generał George Armstrong Custer, jadący dumnie na czele kolumny kawalerii, nie miał czasu na drobnostki. Ujrzawszy sierżanta Braddocka, skinął tylko głową i polecił mu złożyć raport dowódcy własnego szwadronu. Wszelkie informacje, które ewentualnie byliby w stanie wyciągnąć od indiańskiej squaw, musiały poczekać, aż rozbiją obóz na noc.

Młoda Czejenka do końca dnia pozostała na toboganie. Zwiadowca zaprowadził jej srokatego konika na koniec kolumny i przywiązał postronki do wozu z zaopatrzeniem. Ponieważ nie było potrzeby rozpoznawania terenu, usadowił się w pobliżu. Przez krótki okres służby w Siódmym Pułku zdążył się już przekonać, jak bardzo mu to wszystko obrzydło. Nie podobał mu się ani jego sierżant, ani dowódca szwadronu, a generała Custera uważał za nadętego durnia. Swoje wrażenia zachowywał jednak dla siebie. Nazywał się Ben Craig.

Jego ojciec, John Knox Craig, był imigrantem ze Szkocji, gdzie wyrzucił go z niewielkiego spłachetka ziemi chciwy dziedzic. Przyjechał do Stanów Zjednoczonych na początku lat czterdziestych dziewiętnastego wieku. Poślubił tu młodą Szkotkę. Kiedy zorientował się, że niewiele zdziała w mieście, ruszył na zachód w kierunku pogranicza. W 1850 roku dotarł do Montany, gdzie spróbował szczęścia przy poszukiwaniu złota w okolicach gór Pryor.

W owych czasach był tutaj jednym z pierwszych osadników. Życie było ciężkie. Ostre zimy spędzali w drewnianej chacie nad strumieniem na skraju lasu. Beztroskie były tylko miesiące letnie, kiedy to w puszczy aż się roiło od zwierzyny łownej, w rzekach od pstrągów, a prerię porastały barwne dywany dzikich kwiatów i ziół. W 1852 roku Jennie Craig urodziła swego pierwszego i jedynego syna.

Ben Craig był zaledwie dziesięciolatkiem, prawdziwym dzieckiem puszczy i pogranicza, kiedy jego rodzice ponieśli śmierć z rąk Indian z plemienia Kruków. Dwa dni później traper o nazwisku Donaldson znalazł głodnego i zrozpaczonego chłopca w zgliszczach jego rodzinnej chaty. We dwóch pochowali Johna i Jennie Craigów. Nigdy nie wyszło na jaw, czy ojcu Bena udało się gdzieś schować sakiewkę złotego proszku, bo gdyby nawet wojownicy Kruków ją znaleźli, z pewnością zawartość rozsypaliby sądząc, że to piasek.

Donaldson był starym traperem polującym na wilki, bobry, niedźwiedzie i lisy. Raz w roku zawoził zgromadzone skóry do najbliższej faktorii. Współczując osieroconemu chłopcu, stary samotnik postanowił zaopiekować się Benem i wychowywał go jak własnego syna.

Pod opieką matki Ben miał dostęp tylko do jednej książki - Biblii. Czytała mu z niej długie fragmenty. Ojciec pokazał mu zaś, jak przesiewać piasek w poszukiwaniu złota, ale dopiero dzięki Donaldsonowi Ben poznał dziką przyrodę, nauczył się rozróżniać ptaki po wydawanych przez nie odgłosach, tropić zwierzęta po śladach, jeździć konno i strzelać.

Dzięki niemu też poznał Czejenów, którzy jak stary Donaldson zajmowali się traperstwem i którym jego opiekun sprzedawał towary otrzymane w miasteczku za skóry. Ben poznał nie tylko ich zwyczaje, lecz również język.

Dwa lata przed letnią kampanią 1876 roku Donaldson chybił, strzelając do niedźwiedzia i stracił życie w pazurach bestii. Ben pochował przybranego ojca w pobliżu ich leśnej chaty, zabrał co mu było potrzebne i spalił resztę.

Stary Donaldson zawsze mawiał: “Kiedy już odejdę, chłopcze, bierz, co ci się nada. To wszystko będzie twoje”. Dlatego Ben wziął nóż myśliwski w pochwie ozdobionej na sposób Czejenów, strzelbę Sharpsa, model z 1852 roku, dwa konie, siodła, derki i trochę suszonego mięsa na drogę. Po dotarciu na równinę ruszył na północ do Fort Ellis.

Zajmował się tam myślistwem, traperstwem i ujeżdżeniem koni. W kwietniu 1876 roku w pobliżu przejeżdżały oddziały generała Gibbona. Generał poszukiwał zwiadowców znających dobrze tereny na południe od Yellowstone. Żołd, który zaproponował Benowi, był niezły więc młody Craig zaciągnął się.

Był świadkiem spotkania z oddziałami generała Terry'ego. Podążał wraz z połączonymi siłami obu dowódców aż do ujścia rzeki Rosebud. Tam Siódmy Pułk Kawalerii otrzymał rozkaz ruszenia na południe wzdłuż biegu Rosebud. Potrzebny był ktoś, kto znał język Czejenów.

Custer miał dwóch zwiadowców mówiących narzeczem Siuksów. Jednym z nich był jedyny czarnoskóry żołnierz Siódmego Pułku, Izajasz Dorman, który kiedyś żył wśród Siuksów, drugim zaś główny zwiadowca Mitch Bouyer, pół krwi Siuks, pół Francuz. Jednak choć Czejenów zawsze uważano za spokrewnionych z Siuksami, narzecza obu plemion różniły się znacznie. Craig zgłosił się i został przydzielony przez generała Gibbona do Siódmego Pułku.

Gibbon zaproponował generałowi Custerowi trzy dodatkowe szwadrony kawalerii pod dowództwem majora Brisbina, lecz oferta spotkała się z odmową. Terry zaoferował mu sześciolufowe karabiny maszynowe Gatlinga, lecz Custer również ich nie przyjął. Kiedy Siódmy Pułk wyruszał w górę rzeki Rosebud, składał się z dwunastu szwadronów kawalerii, sześciu białych zwiadowców i ponad trzydziestu indiańskich, oraz trzech cywilów - łącznie sześciuset siedemdziesięciu pięciu ludzi. Byli wśród nich też weterynarze, kowale i poganiacze mułów. Wojskom towarzyszyła barwna kolumna wozów.

Custer pozostawił swoją orkiestrę wojskową Terry'emu, co oznaczało, że ostatecznemu natarciu nie będą towarzyszyć dźwięki jego ulubionego marsza “Garryowen”. Kiedy jednak posuwali się wzdłuż brzegu rzeki, przy akompaniamencie obijających się o siebie garnków, kotłów i warząchwi, które zwisały z burt kuchni polowych, Craig zastanawiał się, jakich to Indian Custer ma zamiar niespodziewanie zaskoczyć. Hałas i kurz wzniecany przez trzy tysiące kopyt słychać było i widać z odległości dobrych kilku kilometrów.

Przez cały dzień kolumna posuwała się na południe wzdłuż biegu Rosebud, ale nigdzie nie było widać ani śladu Indian. Mimo to kilka razy, kiedy powiał wiatr zachodni, konie stawały się niespokojne a Craig dałby sobie rękę uciąć, że wyczuły jakiś zapach. O elemencie zaskoczenia nie mogło być mowy.

Ledwie minęła czwarta po południu, kiedy generał Custer kazał zatrzymać kolumnę i rozbić obozowisko. Szybko ustawiono namioty dla oficerów. Custer i jego najbliżsi kompani spali w namiocie sanitarnym, największym i najwygodniejszym. Ustawiono składane siedzenia i stoły, zaprowadzono konie do strumienia, przygotowano jedzenie i rozpalono ogniska.

 

MŁODA Czejenka leżała cicho na toboganie, wpatrzona nieruchomo w mroczniejące niebo. Była gotowa na śmierć. Craig napełnił manierkę wodą ze strumienia i podał jej. Spojrzała na niego wielkimi, ciemnymi oczami.

- Pij - powiedział w narzeczu Czejenów. Nawet się nie poruszyła. Polał jej usta strużką wody. Dziewczyna rozchyliła wargi. Przełknęła. Craig postawił naczynie obok niej.

O zmroku do obozu przybył posłaniec, szukając Bena. Kiedy go odnalazł, odjechał z powrotem by złożyć raport. Dziesięć minut później nadjechał kapitan Acton. Towarzyszył mu sierżant Braddock, jakiś kapral i dwóch szeregowych. Wszyscy zeskoczyli z koni i zgromadzili się wokół toboganu.

Acton był zawodowym oficerem, który wstąpił do armii dziesięć lat wcześniej, zaraz po zakończeniu wojny secesyjnej. Pochodził z zamożnej rodziny ze Wschodu. Był szczupły, miał ostre rysy twarzy i wyrażające okrucieństwo usta.

- A więc sierżancie to jest pana jeniec - powiedział Acton. - Sprawdźmy też, co on wie. Czy to ty mówisz w narzeczu tych dzikusów? - zwrócił się do Craiga. Zwiadowca kiwnął potakująco głową.

- Chcę wiedzieć, jak się nazywa, kim byli jej współplemieńcy i gdzie się znajdują główne siły Siuksów. Wyciągnij to z niej. Szybko!

Craig pochylił się nad dziewczyną. Zaczął mówić w narzeczu Czejenów używając zarówno słów jak i licznych gestów, język Indian z Wielkich Równin ma bowiem tak ubogie słownictwo, że aby zostać dobrze zrozumianym trzeba się nieźle namachać rękami.

- Powiedz mi, jak masz na imię. Nie stanie ci się nic złego.

- Mam na imię Wiatr, Który Szepcze Cicho - odpowiedziała. Żołnierze stali i przysłuchiwali się ich rozmowie. Nie znali ani słowa w tym języku ale domyślali się co oznaczają kiwnięcia głowy dziewczyny. W końcu Craig wyprostował się.

- Kapitanie, dziewczyna mówi, że nazywa się Szepczący Wiatr. Pochodzi z Czejenów Północnych, z rodu Wysokiego Łosia. To ich wioskę sierżant spalił dzisiaj rano. Mężczyźni akurat polowali na jelenie i antylopy na zachód od Rosebud.

- A gdzie jest główne zgrupowanie Siuksów?

- Mówi, że nie widziała Siuksów. Dotarta tu z rodziną z południa, znad rzeki Tongue. Wysoki Łoś woli polować bez towarzystwa.

Kapitan Acton spojrzał na obandażowane udo dziewczyny, pochylił się i ścisnął je mocno w miejscu rany. Dziewczyna wstrzymała oddech, ścisnęła zęby ale nie wydała z siebie nawet jęku.

- Potrzeba jej trochę zachęty - powiedział Acton. Sierżant wykrzywił usta w sadystycznym uśmieszku. Craig chwycił kapitana za nadgarstek i odciągnął jego rękę od uda Czejenki.

- To nic nie da, panie kapitanie - rzekł. - Powiedziała wszystko, co wie. Skoro Siuksów nie ma na północy skąd przyszliśmy, ani na południu, ani na wschodzie, muszą być gdzieś na zachodzie. Może pan to powtórzyć generałowi.

Kapitan Acton wyszarpnął rękę z uścisku Craiga, jak gdyby ten był trędowaty. Wyprostował plecy, wyciągnął z kieszonki zegarek w srebrnej kopercie i spojrzał na tarczę.

- Za chwilę będzie kolacja w namiocie generała - powiedział.

- Muszę jechać. Sierżancie, kiedy zapadnie noc proszę ją zabrać na prerię i wykończyć.

- Czy przedtem możemy się z nią trochę zabawić, panie kapitanie? - spytał sierżant Braddock. Pozostali mężczyźni zarechotali z aprobatą. Kapitan Acton wskoczył na konia.

- Szczerze mówiąc nie obchodzi mnie co z nią zrobicie sierżancie - odparł, po czym spiął konia ostrogami i popędził w stronę namiotu generała Custera, a pozostali podążyli za nim. Braddock pochylił się do Craiga z obleśnym uśmiechem.

- Pilnuj jej chłopcze. Wkrótce wrócimy.

Craig poszedł do najbliższej kuchni polowej, wziął talerz solonej wieprzowiny, usiadł i zajął się jedzeniem. Przypomniała mu się matka czytająca mu Biblię przy świetle świecy. Przypomniał się ojciec cierpliwie przesiewający kamyki w poszukiwaniu cennego, żółtego kruszcu w strumieniach płynących ze zboczy gór Pryor. Przypomniał mu się Donaldson, który tylko raz złoił go pasem, kiedy zachował się okrutnie wobec schwytanego zwierzęcia.

Tuż przed ósmą, kiedy obóz otuliła noc, Craig wstał i poszedł do toboganu. Nie odezwał się do dziewczyny Zdjął tylko żerdzie z końskiego grzbietu i położył je na ziemi. Wziął Czejenkę na ręce i bez wysiłku wsadził na konia. Wetknął jej w dłonie postronki i pokazał palcem bezkres prerii.

- Jedź!

Przyglądała mu się przez parę sekund. Craig klepnął konia po zadzie i już po chwili silne, wytrzymałe, niepodkute zwierzę, które potrafiło samo poruszać się po prerii, idąc za zapachem swoich, zniknęło mu sprzed oczu.

 

PRZYSZLI po niego o dziewiątej. Dwóch żołnierzy trzymało go mocno, a sierżant Braddock zadawał mu ciosy. Kiedy stracił przytomność powlekli go przez obóz do generała Custera, który siedział przy stole przed swoim namiotem w otoczeniu oficerów w świetle kilku kaganków.

George Armstrong Custer zawsze stanowił dla innych zagadkę. Jego osobowość łączyła w sobie dwie sprzeczne strony - dobrą i złą, jasną i ciemną.

Czasami był radosny i roześmiany, uwielbiał chłopięce psoty i wesołą kompanię. Miał niewyczerpaną energię i niesłychaną wytrzymałość. Wciąż zajmował się czymś nowym, na przykład chwytał zwierzęta na równinach, po czym wysyłał je do ogrodów zoologicznych na wschodzie kraju albo też uczył się sztuki ich wypychania. Pomimo lat rozłąki, był absolutnie wierny swojej żonie Elizabeth, którą bezgranicznie uwielbiał.

Czternaście lat wcześniej, podczas wojny secesyjnej, wykazał się tak niezwykłą odwagą, że szybko awansował do stopnia generała majora, choć później zgodził się, by w niższym stopniu podpułkownika pozostać w okrojonej, powojennej armii. W oczach cywilów był bohaterem, natomiast podwładni nie darzyli go ani sympatią, ani zaufaniem, oczywiście poza ludźmi z jego najbliższego otoczenia.

Działo się tak, ponieważ Custer potrafił być pamiętliwy i okrutny wobec tych, którzy mu się narazili. Choć sam nigdy nie odniósł żadnych ran, stracił w czasie wojny więcej żołnierzy, rannych lub zabitych niż jakikolwiek inny dowódca kawalerii. Szafował życiem swoich podkomendnych w stopniu graniczącym z szaleństwem. A żołnierze nie przepadają za dowódcami, którzy wysyłają ich beztrosko na śmierć.

Custer cechował się też niesłychaną próżno...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]