[ Pobierz całość w formacie PDF ]

AUTORSTWA ALAN'A DEAN'A FOSTERA

 

OBCY 8 PASAŻER NOSTROMO

 

Jimowi McQuade

Dobremu przyjacielowi i towarzyszowi

w badaniach granicy poznawalnego

1.

Siedmioro śniących.

Musisz zrozumieć, że nie zajmowali się snem zawodowo, nie. Zawodowcy to ludzie

dobrze opłacani, szanowani, to talenty bardzo poszukiwane. Jak większość z nas, tych

siedmioro śniło swe sny bez żadnego ukierunkowanego wysiłku, bez wewnętrznej dyscypliny.

Śnić tak, żeby sen twój można było zarejestrować, a później odtworzyć ku uciesze i rozrywce

innych, to o wiele ambitniejsze wyzwanie. Wymaga ono umiejętności regulowania

podświadomych impulsów twórczych i kontrolowanego stratyfikowania wyobraźni, co łącznie

bardzo trudno osiągnąć. Zawodowiec to artysta maksymalnie zorganizowany i spontaniczny

zarazem, to człowiek snujący subtelną nić rozmyślań, a nie facet toporny i prostolinijny jak ty

czy ja. Albo jak tych siedmioro śpiących.

Z nich wszystkich namiastkę owego specjalnego, acz ukrytego daru posiadała tylko

Ripley. Tylko ona miała wrodzony talent do tworzenia marzeń sennych i górowała nad resztą

załogi elastycznością wyobraźni. Ale brakowało jej prawdziwego natchnienia i tej wielkiej

dojrzałości myśli, która cechuje zawodowców.

Dawała sobie znakomicie radę z segregowaniem zapasów i rozmieszczaniem ładunku.

Wiedziała, że taka to a taka skrzynia musi stać w takim to a takim miejscu i potrafiła wykazać

to w odpowiednich wykazach opisujących zawartość magazynów Nostromo. Ale własnego

umysłu, zasobów własnych myśli, posegregować już nie umiała - tu jej talent organizacyjny

ulegał wypaczeniu. Nadzieje i obawy, spekulacje i nie dokończone twory imaginacji hasały na

chybił trafił po wszystkich komórkach jej mózgu.

Tak, Ripley brakowało opanowania, brakowało samokontroli. Rozbuchane, iście

rokokowe myśli kłębiły się w jej głowie niczym piwo w beczce i tylko czekały, aż ktoś wybije

szpunt. Trochę więcej pracy, trochę więcej wysiłku i sierżant Ripley mogłaby przejść na

zawodowstwo. A przynajmniej tak czasami myślała.

Teraz kapitan Dallas. Kapitan Dallas wyglądał na skończonego lenia, był tymczasem

człowiekiem najlepiej z nich wszystkich zorganizowanym. Nie brakło mu też wyobraźni, o

nie! Dowodem na to była brodą. Jego broda. Nikt nie kładł się do hibernatorów z brodą. Nikt

oprócz Dallasa. Kiedy go pytano, dlaczego idzie spać z brodą - a wielu ciekawskich go o to

pytało - odpowiadał, że broda jest częścią jego osobowości. I przenigdy nie rozstałby się ze

swoim niemodnym, kędzierzawym zarostem, tak jak nie pozwoliłby sobie odciąć ręki czy

nogi. Prawdziwy z niego pan i dowódca: dowódca holownika Nostromo, pan własnego ciała.

Dbał o całość i jednego, i drugiego, i podczas snu, i na jawie.

Jak widać, Dallas umiał sobą kierować, posiadł umiejętność samoregulacji i tę niezbędną

odrobinę wyobraźni. Ale wyobraźni zawodowiec-śniący musi mieć znacznie więcej niż

odrobinę. Tak, bo dla zawodowca odrobina wyobraźni to uszczerbek, którego nie da się

wyrównać nieproporcjonalnie wielką dawką samokontroli i opanowania. Dlatego, summa

summarum, trudno by w nim szukać materiału na zawodowca wyższej klasy niż sierżant

Ripley.

Spójrzmy na Kane'a. Kane nie umiał sobą sterować tak jak Dallas, ani swymi myślami,

ani poczynaniami, i miał o wiele mniejszą wyobraźnię. Na pierwszego oficera nadawał się

znakomicie, ale na kapitana...? Nie, na kapitana się nie nadawał. Kapitan to skumulowana

energia, to umiejętność rozkazywania, a dobry Bóg nie obdarzył Kane'a ani jednym, ani

drugim. Jego sny były namiastką snów Dallasa. Przezroczyste, bezkształtne, były ich dalekim

echem tak, jak dalekim, stłumionym echem Dallasa był Kane. Ale nie znaczy to, że Kane nie

dawał się lubić, przeciwnie. Jednak żeby śnić zawodowo, trzeba mieć w sobie pewną

specyficzną energię, a Kane'owi starczało jej ledwie na codzienną wegetację.

Przypatrzmy się snom Parkera. Sny Parkera to sny może nie agresywne, ale zdecydowanie

mniej sielankowe niż sny Kane'a. Prawie wcale nie grzeszyły wyobraźnią. Były zbyt

specjalistyczne i rzadko kiedy dotyczyły ludzi. Trudno spodziewać się czegoś więcej po

głównym inżynierze Nostromo.

Bo Parker śnił sny jednoznaczne i czasami ohydne. Kiedy nie spał, plugawe myśli wijące

się niczym robactwo wypełzały czasami na wierzch, ale tylko wtedy, gdy inżynier wpadał w

gniew lub kiedy był poirytowany. Lecz spychał je szybko w głąb swojej duszy, gdzie niczym

w wielkiej kadzi fermentował wszelki brud i szlam pogardy. Nie, załoga tego nie widziała, o

nie. Parker zawsze pokazywał kolegom czyste, wydestylowane oblicze i nigdy nie pozwalał

im sprawdzić, co kipi, co bulgoce na dnie jego psychicznego kotła.

Lambert. Lambert nie śniła snów, które interesowałyby innych. Była już raczej

natchnieniem dla śniących. Podczas tego bardzo, ale to bardzo długiego snu jej niespokojne

myśli krążyły nieustannie wokół schematów międzyzespołowych i podzespołowych oraz

wokół charakterystyk nośności i obciążalności statku, które ulegały ciągłym korektom ze

względu na zużycie paliwa. Od czasu do czasu w jej sny wkraczała prawdziwa wyobraźnia,

ale nigdy tak, żeby poruszyć innych.

Parker i Brett często sobie wyobrażali, co by to było, gdyby systemy i zespoły, za które

odpowiadali, połączyć z zespołami i systemami leżącymi w gestii Lambert. Problem nośności

i obciążalności Nostromo oraz kwestię zestawień przestrzennych rozważali w sposób, który

doprowadziłby ją do istnej furii. Ale Lambert nie zdawała sobie sprawy, że Parkera i Bretta

brały takie pokusy. Bo ci dwaj nie zdradzali się z niczym, swoje myśli trzymali tylko dla

siebie, zakuwając je w solidne kajdany marzeń sennych i marzeń na jawie. Byłoby kiepsko,

gdyby Lambert się zdenerwowała. Jako nawigator Nostromo odpowiadała przede wszystkim

za ich bezpieczny powrót do domu, a w kosmosie nic tak nie łączy i nie ekscytuje ludzi jak

wizja upragnionego, prawdziwego Domu.

Oficjalnie Brett pełnił na statku funkcję inżyniera-technika. To bardzo eleganckie

określenie. Oznaczało, że Brett jest równie inteligentny i uczony jak Parker, ale stoi niżej w

hierarchii służbowej. Ci dwaj tworzyli dziwaczną parę. Dla postronnego, obserwatora zdawali

się być ludźmi o kompletnie różnym statusie i całkowicie różnych charakterach. A jednak

Brett i Parker przyjaźnili się z sobą i znakomicie współpracowali. Udawało się to przede

wszystkim dzięki Brettowi. Otóż inżynier-technik nigdy nie wkraczał w kompetencje

inżyniera-szefa i nigdy nie podważał jego koncepcji. Z wyglądu i z usposobienia inżynier-

technik był człowiekiem poważnym i flegmatycznym, podczas gdy inżynier-szef miał

charakter bardzo zmienny i lubił sobie kwieciście ponarzekać. Wysiadł jakiś obwód? Parker

potracił o tym gadać całymi godzinami, wygłaszać istne tyrady, w których przeklinał

wszystkie generacje wadliwej części do ziemskiego krzemu włącznie. A Brett? Brett

komentował to cierpliwym: "Racja."

"Racja." Dla Bretta to coś znacznie więcej niż opinia, to afirmacja własnego "ja." Bo

milczenie to według Bretta najszlachetniejsza forma porozumienia między ludźmi. W

gadatliwości kryje się szaleństwa.

I był jeszcze Ash, badacz i naukowiec. Ale wcale nie dlatego miał zabawne sny. Nie

śmieszne. Zabawne, zabawne na sposób bardzo specyficzny. Z całej załogi on właśnie miał

najbardziej profesjonalnie zorganizowane sny. I tylko jego sny stanowiły prawie idealne

odbicie rozbudzonej osobowości. Bo w snach Asha nie znalazłbyś ani ułudy, ani zafałszowań.

Nie dziwiłbyś się temu, gdybyś znał Asha, gdybyś dobrze go znał. Lecz tak naprawdę to

nikt z załogi Nostromo nic o nim nie wiedział. Za to Ash wiedział o sobie wszystko. Jak byś

go spytał, może by ci zdradził swoją tajemnicę i wyjaśnił, dlaczego nigdy nie chciał śnić

zawodowo. Ale nikogo z członków załogi najwyraźniej to nie interesowało, choć sny, sny

profesjonalne, fascynowały Asha niewątpliwie bardziej niż jego towarzyszy z Nostromo.

Aha, i był jeszcze kot, wielki żółty kocur o niepewnym rodowodzie. Wołali na niego

Jones. Jones to zwyczajny, najzwyklejszy kot domowy, w tym wypadku raczej okrętowy. Miał

silny, nieugięty charakter, przywykł do długich podróży i zdawał się rozumieć nieobliczalne

odruchy ludzi, którzy przemierzali kosmos. On też spał. Pogrążony w zimnym śnie, śnił sny

proste i niewyszukane, sny o przytulnych, ciemnych zakamarkach, o myszkach pląsających w

stanie nieważkości.

Choć trudno by go nazwać niewiniątkiem, z całej załogi śniącej na pokładzie Nostromo

tylko Jones był ze wszystkiego zadowolony.

Szkoda, że nikt z nich nie zajmował się snem zawodowo. Szkoda, gdyż w trakcie swej

pracy mieli okazję śnić znacznie więcej niż kilkunastu zawodowców razem wziętych. Bo

konieczność sprawiła, że sen stał się ich głównym zajęciem, sen i śnienie, i nic to, że

hibernacja proces snu wydatnie spowalniała. Spać, spać, spać i śnić - przed osiągnięciem celu

podróży załoga statku kosmicznego dalekiego zasięgu nie może robić nic więcej. To prawda,

amatorzy z nich, amatorami pozostać mieli do końca, życia, ale już od dawna ocierali się o

próg fachowości.

Siedmioro ich było. Siedmioro spokojnie śpiących ludzi. Siedmioro ludzi zmierzających

w otchłań koszmaru.

A Nostromo? Nostromo nie śnił, chociaż tak, dysponował swego rodzaju świadomością.

Nie śnił, bo tego nie potrzebował, tak jak nie potrzebował zbawiennych efektów hibernacji.

Gdyby śnił, jego marzenia senne byłyby zapewne krótkie i ulotne, gdyż Nostromo nigdy nie

spał. Nostromo pracował, pracował i utrzymywał ludzi przy życiu, dbając o to, żeby istoty,

nad którymi przyszło mu sprawować opiekę, zawsze w swym śnie wyprzedzały o krok

wszechobecną śmierć. Bo trop w trop za lodowatym snem szła śmierć, bo śmierć płynęła za

nim jak olbrzymi szary rekin za okrętem na morzu.

Dowody potwierdzające nieustanną, mechaniczną czujność Nostromo widoczne były

wszędzie, w każdym sektorze uśpionego statku. Cichutki szum, delikatne szmery, przyćmione

światełka, - to oznaki, że instrumenty i urządzenia Nostromo bez spoczynku trzymały straż.

Macki czujników wnikały w samą tkankę kadłuba, w każde spojenie, w najmniejszy, w

najmniej ważny obwód elektroniczny. Sięgały również na zewnątrz, badając tętno kosmosu.

Te właśnie zewnętrzne czujniki. wychwyciły jakąś elektromagnetyczną anomalię.

Część mózgu Nostromo specjalizowała się w analizowaniu i rozszyfrowywaniu wszelkich

odchyleń od normy. Owa część i tę anomalię dokładnie przeżuła, stwierdziła, że rodzaj

impulsu raczej jej nie w smak, przestudiowała wyniki obliczeń i podjęła decyzję. Uśpiona

aparatura została obudzona, drzemiącymi dotychczas obwodami znów popłynął kontrolowany

strumień elektronów. Jak gdyby dla uczczenia tej doniosłej chwili na pokładach rozbłysły

feerie jaskrawych świateł. Elektroniczny mózg Nostromo tchnął w statek nowe życie.

Rozległo się charakterystyczne popiskiwanie elektronicznych sygnałów, chociaż jak na

razie słyszeć je mogły i rozpoznawać tylko i wyłącznie uszy sztuczne. Był to dźwięk od

dawna na statku nie słyszany i oznaczał, że zdarzyło się coś, co nieczęsto się zdarza.

Delikatny trzask przełączników, rozbłyski budzących się do życia ekranów, światła, szum

rozprawiających z sobą urządzeń - to wszystko nie ominęło również pewnej sali wyłożonej

białym metalem, sali niezwykłej. W sali tej znajdowało się siedem kokonów z śnieżnobiałej

stali i plastyku.

Tu do symfonii dźwięków dołączył dźwięk nowy. W komorze hibernacyjnej rozległ się

odgłos jakby gwałtownego wydechu i salę wypełniła świeżo spreparowana, zdatna do

oddychania atmosfera. Ludzie nader chętnie powierzali swój los małym, kruchym bóstwom w

rodzaju Nostromo ufając, że kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, bóstwa owe ich wyręczą i

tchną w ciała nowe życie.

Dlatego teraz czujniki na wpół rozbudzonego już Nostromo przeanalizowały skład

dostarczonego przed chwilą powietrza i orzekły, że człowiek, ta drobna, słabowita istota,

może nim z powodzeniem oddychać. Zapłonęło jeszcze więcej lamp, zamknęło się jeszcze

więcej obwodów. Nie było fanfar, nie było werbli. Skorupy siedmiu poczwarek pękły, z

siedmiu kokonów zaczęli wynurzać się ludzie, niczym gąsienice pełznące do światła.

Odarci z marzeń sennych, członkowie załogi Nostromo wyglądali nawet mniej

imponująco niż podczas hibernacji. Po pierwsze dlatego, że wszyscy ociekali ochronnym

kriohydratem, który przez długi czas wypełniał i otaczał ich ciała. Choć antyseptyczny,

wzmacniający, śluz to zawsze śluz i człowiekowi wybitnie w nim nie do twarzy.

Po drugie, wszyscy byli nadzy, a kriohydrat nie daje tak wyszczuplającego efektu jak

sztuczna skóra zwana ubraniem.

- Chryste... - mruknęła Lambert, dotykając ze wstrętem swych ramion i boków. - Jak tu

zimno!

Wyszła z, trumny chroniącej życie miast śmierci i poszperała w skrytce na rzeczy.

Znalazła ręcznik i zaczęła wycierać nogi, śliskie od przezroczystego syropu.

- Szlag by to... - burczała. - Dlaczego Mamuśka nie może ogrzać statku, zanim nas

obudzi? - Teraz wycierała stopy, próbując sobie przypomnieć, gdzie zostawiła ubranie.

- Dobrze wiesz dlaczego. - Parker był zbyt zajęty swoim lepkim, umęczonym ciałem,

żeby gapić się na nagą Lambert. - Polityka ekonomiczna naszego Towarzystwa, ot co.

Oszczędność energii, innymi słowy zwykłe, cholera, sknerstwo. Po co marnować prąd na

ogrzewanie komory hibernacyjnej, jeśli można zaczekać do ostatniej chwili? No a poza tym,

jak się stąd wyłazi, zawsze człowiekowi zimno. Sama wiesz, do ilu stopni spada wewnętrzna

temperatura podczas snu.

- Taa, wiem. Ale i tak zimno tu jak w grobie... - Nie chciała mu przyznać racji, chociaż

Parker znał się na rzeczy; nigdy jej specjalnie nie zależało na głównym inżynierze Nostromo.

Do jasnej cholery, Mamuśku! pomyślała widząc, jak na jej przedramieniu robi się gęsia

skórka. Daj czadu! Do diabła, ogrzej nas w końcu!

Dallas osuszał ciało z resztek śluzowatego kriohydratu. Starał się nie patrzeć na coś,

czego pozostali członkowie załogi nie mogli widzieć. Dzięki inteligencji Nostromo zauważył

to już wcześniej, zanim wstał z hibernatora.

- Robota nas szybko rozgrzeje - rzucił.

- Lambert mruknęła coś pod nosem.

- Wszyscy na stanowiska - rozkazał Dallas. - Pamiętacie chyba, za co bierzecie forsę. Nie

płacą wam za spanie i przesypianie własnych kłopotów.

Nikt -się nie uśmiechnął, nikomu nie chciało się na tę uwagę odpowiadać.

Parker zerknął na Bretta, który wciąż jeszcze siedział w hibernatorze.

- Sie masz - powiedział. - Żyjesz?

- Ano.

- Szczęściarze z nas - rzuciła Ripley. Przeciągnęła się, a zrobiła to estetyczniej niż

pozostali. - To miło, że pierwszy krasomówca Nostromo jest gadatliwy jak zwykle.

Brett tylko się uśmiechnął, nie powiedział ani słowa. Był tak rozmowny jak maszyny,

które obsługiwał, to jest nie odzywał się prawie wcale. Jego milczkowatość była dyżurnym

dowcipem wśród załogi, ale nie, nie naśmiewali się z niego - śmiali się razem z nim.

Dallas zgiął ręce w łokciach, uniósł je na wysokość mostka, równolegle do podłogi, i

zaczął wykonywać skręty tułowia; długo nie używane muskuły zdawały się z lekka

poskrzypywać. Jego myśli koncentrowały się wyłącznie na jednym: na pomarańczowożółtym

migającym światełku, które zauważył z hibernatora. Takie cyklopowate, iście diabelskie

światełka były wymowniejsze niż słowa i znaczyły, że nie dotarli jeszcze do kresu podróży, że

Nostromo obudził ich z jakiegoś innego powodu. I Dallas już łamał sobie głowę z jakiego.

Ash usiadł i rozejrzał się wokoło. Twarz miał bez wyrazu i można było sądzić, że wciąż

jeszcze śpi.

- Jestem trup... - mruknął i popatrzył na Kane'a.

Pierwszy oficer wciąż zmagał się ze snem i akurat ziewał. Według naukowej opinii Asha

tak naprawdę to Kane przepadał za hibernacją - niewykluczone, że cierpiał na senność

napadową - i gdyby mu tylko pozwolili, chętnie spędziłby w zimnym kokonie całe życie.

Nieświadom podejrzeń badacza, Parker zerknął na Asha i powiedział grzecznie:

- I wyglądasz jak trup, Ash.

Wiedział, że sam nie wygląda lepiej, gdyż hibernacja zmiękczała skórę i osłabiała

mięśnie. Spojrzał na lodowatą trumnę Kane'a.

Pierwszy oficer w końcu usiadł.

- Jak to dobrze znów być pośród żywych... - powiedział i zmrużył oczy.

- Naprawdę? Budzisz się tak długo, że trudno w to uwierzyć.

Kane był urażony.

- To potwarz, Parker, cholerna potwarz! Po prostu wolniej się ruszam i tyle.

- No pewnie, no pewnie... - Główny inżynier nie kontynuował tematu i obrócił się w

stronę kapitana, którego pochłaniało coś, czego Parker ze swojego miejsca nie widział. - Nim

zacumujemy, może byśmy tak pogadali o premii, co? - zaproponował.

- Racja. - Po raz pierwszy od chwili przebudzenia Brett okazał słabe oznaki

zainteresowania otoczeniem. Parker zaczął nakładać buty i mówił dalej:

- Uważamy z Brettem, że należy się nam pełna dola. Sto procent premii za udaną misję

plus pensja i odsetki od udziałów, co nie, Brett?

Przynajmniej inżynierów szlag mi podczas snu nie trafił, pomyślał ociężale Dallas.

Ledwie kilka minut temu odzyskali przytomności, a już narzekają.

- Dostaniecie tyle, na ile opiewa kontrakt. Ani mniej, ani więcej. Jak pozostali.

- Pozostali dostają więcej niż my - powiedział cicho Brett.

Jak na Bretta, to było istne przemówienie. Ale na kapitanie elokwencja inżyniera-technika

nie wywarła żadnego wrażenia. Dallas nie miał czasu ani na drobiazgi, ani na rozmowy pół

żartem, pół serio. Jego całą uwagę przykuwało owo mrugające światełko. Pochłaniało go do

tego stopnia, że nie mógł myśleć o niczym innym.

- Bo na to zasługują - odparł. - Idźcie na skargę do zarządu Towarzystwa, wolna droga. A

teraz na stanowiska.

- Na skargę do zarządu Towarzystwa, do Towarzystwa... - mruczał nieszczęśliwie Parker,

patrząc jak Brett wychyla się z hibernatora, żeby osuszyć nogi. - To tak, jakby iść na skargę do

samego Pana Boga.

- Racja - zgodził się z nim Brett, majstrując przy lampce we wnętrzu hibernatora; dawała

słabe światło. Brett należał do tego rodzaju ludzi, którzy mogą przekuśtykać dziesięć

kilometrów ze złamaną nogą, ale którzy nie potrafią przejść obojętnie obok zepsutej spłuczki

od sedesu.

Dallas ruszył do sali informatycznej.

- Dowcipnisie, niech któreś z was sięgnie do trumny po ten koci zewłok - rzucił przez

ramię.

To Ripley wydobyła z hibernatora żółtawe, bezwładne ciałko Jonesa.

- Nie musisz go tak nazywać, kapitanie. - Przybrała urażony wyraz twarzy i czule

pogłaskała ociekającego kriohydratem kocura. - Jones to nie jakaś tam maszyna, to członek

załogi jak każdy z nas.

- Fakt, i bardziej karny niż inni - odrzekł Dallas patrząc, jak Parker i Brett, już ubrani, idą

w kierunku siłowni. - Kiedy wyłażę z hibernatora, Jones nie zawraca mi przynajmniej głowy

narzekaniem na pensję i premię.

Ripley zawinęła kota w gruby suchy ręcznik i odeszła. Jones czyścił z godnością swoje

futerko i pomrukiwał niezdecydowanie. Nie pierwszy raz spał w hibernatorze i chwilowa

tolerował fakt, że go niesiono, co zwykle poczytywał za hańbę.

Dallas skończył osuszanie się i wcisnął guzik u podstawy swej trumny. Zaszemrały

niemal beztarciowe łożyska i spod spodu wysunęły się szuflada z ubraniem i osobistymi

drobiazgami kapitana.

Ubierając się, Ash podszedł bliżej, stanął o krok od Dallasa i zapiąwszy świeżą koszulę,

szepnął:

- Matka chce z tobą gadać kapitanie. - Skinął głową w stronę żółtawego światła

migoczącego na podwieszonej konsolecie tuż obok.

- Wiem, zauważyłem natychmiast po przebudzeniu. Dallas nakładał czystą koszulę. -

Żółte. Stan podwyższonej gotowości, na szczęście nie alarm. Nie mów innym. Jak to coś

poważnego, sami niedługo się dowiedzą. - Narzucił na siebie wymiętą kurtkę, nie zapiął

guzików.

- Nie, to nie może być nic groźnego - pocieszał się Ash, wskazując ruchem głowy

monotonnie mrugające światło. - Żółte, nie czerwone.

- Na razie żółte. - Dallas nie należał do optymistów. - Wolałbym obudzić się przy

zielonym, przy ciepłym, wiosenno-zielonym światełku. - Wyruszył ramionami. - Może to

tylko nasz kucharz, co? - zażartował dostosowując się do nastroju Asha. - Chce nam dać jeść i

mruga. Żarcie, stary, istne błogosławieństwo!

Spróbował się uśmiechnąć, ale uśmiech zgasł mu na ustach tak szybko, jak się pojawił.

Nostromo nie był człowiekiem, nie robił załodze kawałów i nie obudziłby ich ot tak sobie, bez

uzasadnionego powodu. A usterki w elektronicznie sterowanej kuchni powodu takiego na

pewno nie stanowiły.

A zresztą, co tam! dumał kapitan. Po kilku miesiącach snu nie mam prawa narzekać, że

będę musiał trochę popracować...

Główna sala informatyczna Nostromo różniła się nieco od innych pomieszczeń na statku.

Wielobarwny kalejdoskop palących się tu świateł, światełek, ekranów i wskaźników sprawił,

że wyglądała tak, jakby nawiedził ją gąszcz pijanych choinek bożonarodzeniowych.

Sadowiąc się w prostym ale miękkim fotelu, Dallas zastanawiał się, jakie podjąć

działania. Ash usiadł przy konsolecie głównego banku danych i manipulował pokrętłami z

taką szybkością i pewnością siebie, jakby wyszedł z hibernatora dziesięć dni, a nie dziesięć

minut temu. Fakt, nikt nie radził sobie z komputerami tak jak Ash...

Dallas zazdrościł mu tej umiejętności. Wciąż zamroczony snem, wystukał na terminalu

prośbę o dane. Na ekranie śmignęła ulotna mozaika zakłóceń, z której szybko uformowały się

pierwsze rozpoznawalne słowa. Dallas sprawdził, czy wydał poprawną komendę. Nie, nie

zrobił żadnego błędu.

STAN FUNKCJI KONTROLNEJ DLA INFORMACJI I MENU.

Statek też uznał, że polecenie jest do przyjęcia i Matka dała natychmiastową odpowiedź.

STAN REJESTRU ADRESOWEGO. Pod tym lapidarnym nagłówkiem komputer wyświetlił

długą listę komend menu.

Dallas przyjrzał się jej, znalazł tę, której szukał i wcisnął odpowiednie klawisze: STAN

PODWYŻSZONEJ GOTOWOŚCI.

FUNKCJA KONTROLNA GOTOWA DO ODPOWIEDZI, padło z ekranu. Komputerów

nie programowano na konkursy krasomówcze i Matka nie należała do wyjątków.

Z czego Dallas był w sumie zadowolony. Nie miał nastroju do pogaduszek. Wystukał

krótkie: CO SIĘ DZIEJE, MAMUŚKU? i czekał...

Nie można powiedzieć, że mostek kapitański Nostromo był pomieszczeniem

przestronnym. Może raczej mniej klaustrofobicznym niż inne miejsca na statku, ale różnica

...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]