[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Frances HODGSON BURNETT

Mała księżniczka

^   -4 09. 2001 17 09. 2QQ1

2 Q 12. ?001

Przełóż}       u  01   20()2 Ilustro^        U   Q3  ?0p2

2 i CZE. 2yy3 16 LUT. 2004

-    2 2 MAR. 2C04

 

 

Tytuł oryginału angielskiego A LITTLE PRINCESS

© Copyright for Polish edition

by Instytut Wydawniczy „Nasza Księgarnia'

Warszawa 1959

Posłowie IZABELLA KORSAK

41-806 Zabrze, ul. Wolności 450

FILIA nr 1 te!,; 271-48-11

ROZDZIAŁ I

Sara

Pewnego pochmurnego dnia zimowego, kiedy gęsta, żółta mgła zalegała, ulice Londynu tak szczelnie, iż zapalono latarnie, a szyby wystawowe sklepów jarzyły się oświetleniem gazowym, jakby to był już wieczór, mała, osobliwie wyglądająca dziewczynka jechała wolno ulicami miasta, siedząc w powozie przy boku swego ojca.

Podwinęła pod siebie nogi, przytulona do ojca, który obejmował ją ramieniem, i wielkimi, zamyślonymi oczami patrzała przez okno powozu na przechodzących ludzi.

Była jeszcze tak mała, że wyraz jej oczu pozostawał w mżące] sprzeczności z drobną twarzyczką. Tak dojrzały wyraz nie pasowałby do twarzy dziecka nawet dwunastoletniego, Sara Cre-we zaś miała zaledwie siedem lat. Ale Sara zawsze marzyła i myślała o rzeczach dziwnych i sama nie pamiętała już takiego okresu, w którym by nie myślała o dorosłych i o ich dorosłym świecie. Zdawało jej się, że żyje już od bardzo, bardzo dawna.

W tej chwili przypominała sobie podróż, którą odbyła właśnie z Bombaju wraz z ojcem, kapitanem Crewe. Myślała o wielkim statku, o snujących się po nim bezszelestnie laskarach*, o dzieciach bawiących się na rozgrzanym pokładzie i o kilku młodych żonach oficerów, które wciąż starały się wyciągać ją na słówka i śmiały się z tego, co mówiła.

*    Laskar — hinduski marynarz w służbie brytyjskiej.

-----------------   5    -----------------

 

Przede wszystkim myślała o tym, jakie to dziwne, źe najpierw była w Indiach, zalanych palącymi promieniami słońca, potem na oceanie, a teraz jedzie osobliwym wehikułem przez nieznane ulice miasta, gdzie w dzień ciemno jest jak w nocy. Wszystko to było tak trudne do pojęcia, że przysunęła się bliżej do ojca.

—   Tatusiu   —  odezwała się stłumionym głosikiem, zbliżonym do szeptu — tatusiu...

—   Co, kochanie?  —  spytał kapitan Crewe obejmując mocniej córkę i zaglądając jej w oczy. — O czym myślisz, Saro?

—   Czy to jest to miejsce? —  szepnęła Sara przysuwając się do niego jeszcze bliżej. — Tak, tatusiu?

—   Tak, Saro. Dotarliśmy wreszcie do celu — odparł, a chociaż  Sara miała tylko  siedem lat,  wyczuła,  że wielki  smutek ogarnął ojca, gdy to mówił.

Zdawało jej się, że dużo lat upłynęło już od chwili, kiedy zaczęła przygotowywać się w myśli do pobytu w „tym miejscu", jak je nazywała. Matki, która umarła przy jej urodzeniu, nigdy nie znała ani za nią nie tęskniła. Młody, przystojny, zamożny, uroczy ojciec był dla niej jedynym bliskim człowiekiem na świecie. Bawił się z nią zawsze i kochali się ogromnie. Że jest bogaty, Sara wiedziała tylko ze słów innych osób, które rozmawiały o tym, sądząc, że dziewczynka nie słucha, słyszała też, jak mówiły, że ona również będzie bogata, kiedy dorośnie. Mieszkała zawsze w pięknym domu, pełnym służby, która witała ją niskimi ukłonami, zwracała się do niej per „Missi sahib" i pozwalała dziewczynce robić, co jej się żywnie podobało. Miała moc kosztownych zabawek, oswojone zwierzęta i nianię-Hin-duskę, która ją ubóstwiała. Dziewczynka zrozumiała z czasem, że wszystko to mają ludzie bogaci, a zresztą nic ponadto o tych sprawach nie wiedziała.

W ciągu jej króciutkiego życia niepokoiła ją tylko jedna rzecz, a mianowicie owo „miejsce", do którego miano ją kiedyś zawieźć. Klimat Indii był bardzo szkodliwy dla dzieci, toteż odsyłano je stąd możliwie jak najwcześniej  —  przeważnie

do Anglii, do jakiejś szkoły. Widziała, jak odjeżdżały inne dzieci, słyszała, jak ich matki i ojcowie rozmawiają o otrzymywanych od nich listach. Wiedziała, że sama też będzie musiała w końcu tam pojechać, i chociaż opowiadania ojca o podróżach i 11 nowym kraju budziły niekiedy jej ciekawość, trapiła się jed-tnyślą, że on nie będzie mógł z nią tam zostać. Czy nie mógłbyś pojechać tam razem ze mną, tatusiu? — 'pytała, kiedy miała pięć lat. — Czy ty byś nie mógł też cho-ić do szkoły? Pomagałabym ci w lekcjach. -  Ależ nie będziesz tam zbyt długo,  Saro  —  odpowiadał (tale.  — Pojedziesz do ładnego domu, w którym będzie dużo I  icwczynek, będziesz się z nimi bawić, a ja ci będę przysyłał mnóstwo książek i ani się obejrzysz, jak wyrośniesz na mądrą >l'>rosłą pannę i wrócisz tutaj, żeby się opiekować swoim tatu-sicm.

O tym myślała z przyjemnością. Prowadzić ojcu dom, jeździć z nim konno i siedzieć u szczytu stołu podczas wydawanych przez niego obiadów proszonych, odbywać z nim długie rozmowy i czytać książki z jego biblioteki — tego pragnęłaby najbardziej w świecie; jeżeli więc dla osiągnięcia celu musi pojechać do Anglii, trzeba się z tym pogodzić. Nie przepadała za towarzystwem innych małych dziewczynek, ale spodziewała się, że mając dużo książek, jakoś sobie poradzi. Książki lubiła nade wszystko i lubiła układać różne bajki o pięknych rzeczach, które potem sama sobie opowiadała. Czasem też opowiadała je ojcu, któremu podobały się tak samo jak jej.

— Cóż, tatusiu — powiedziała cicho — skoro jesteśmy na miejscu, to musimy chyba z rezygnacją poddać się losowi.

Roześmiał się na ten staroświecki, górnolotny zwrot i ucałował ją. W gruncie rzeczy nie mógł się wcale zdobyć na' rezygnację, choć wiedział, że musi ukrywać to przed córką. Mała Sara była mu nieocenioną towarzyszką i zdawał sobie dobrze sprawę, jak się będzie czuł osamotniony, kiedy powróci do domu w Indiach, ze świadomością, że mała figurka w białej sukience nie wybiegnie już na jego spotkanie. Przytulił więc ją

mocno do siebie, kiedy powóz wjechał na wielki, posępny plac, przy którym stał dom będący celem ich podróży.

Był to wielki, posępny dom, zupełnie taki sam jak wszystkie sąsiednie domy, z tą tylko różnicą, że na drzwiach frontowych widniała mosiężna tablica z wygrawerowanym czarnym napisem:

MARIA MINCHIN EKSKLUZYWNA PENSJA DLA PANIENEK

—   Jesteśmy,  Saro  —  rzekł kapitan Crewe siląc się na jak najweselszy ton.

Wyniósł ją z powozu, po czym weszli na ganek i zadzwonili. Sara częstokroć myślała później, że dom ten właściwie niezmiernie przypomina pannę Minchin. Był bardzo dostojny i dobrze umeblowany, ale wszystko w nim było brzydkie i zdawało się, że nawet fotele są żylaste i kościste. W hallu wszystko ^ było twarde, wypolerowane na glans i nawet czerwony cyferblat wysokiego zegara stojącego w kącie miał minę surową i odpychającą. Podłogę salonu, do którego ich wprowadzono, pokrywał dywan z kwadratowym deseniem, krzesła i fotele były kanciaste, a na ciężkim marmurowym gzymsie kominka stał ciężki marmurowy zegar.

Sara usiadła na sztywnym mahoniowym krześle i rozejrzała się szybko wokoło.

—   Nie podoba mi się tutaj, tatusiu — powiedziała.  — Ale przypuszczam, że żołnierze, nawet ci najodważniejsi, też niechętnie idą w bój.

Kapitan Crewe wybuchnął śmiechem. Był młody, wesoły i wypowiedzi Sary bawiły go niezmiernie.

—   Och,   Saro!   —   zawołał.   —   Co  pocznę,  kiedy nie  będę miał nikogo, kto przemawiałby do mnie tak uroczyście? Chyba nikt w świecie nie jest tak poważny i uroczysty jak ty!

—   Ale dlaczego poważne słowa tak cię śmieszą? —  spytała Sara.

—   Bo tak je zabawnie wypowiadasz — odparł śmiejąc się jeszcze ser.lcczniej.

I nagl< chwycił ją w ramiona i ucałował bardzo mocno. Nie śmiał się już wcale i mogłoby się nawet zdawać, że w oczach jego błysnęły łzy.

W tej właśnie chwili do pokoju weszła panna Minchin. Była rzeczywi cie ogromnie podobna do swego domu — wysoka, posępna, dostojna i brzydka. Miała wielkie, zimne, rybie oczy i szeroki, imny, rybi uśmiech. Uśmiech ten stał się jeszcze bardziej szcioki, gdy ujrzała Sarę i kapitana Crewe, słyszała bowiem o młodym oficerze wiele rzeczy, z jej punktu widzenia bardzo dodatnich, od damy, która poleciła mu jej pensję. Słyszała między innymi, że jest to bogaty ojciec, który skłonny jest wydawać na swoją małą córeczkę dużo pieniędzy.

—   Wielki tó zaszczyt dla mnie, że będę mogła zaopiekować się tak  pięknym i obiecującym dzieckiem, panie kapitanie   — rzekła ujmując rękę Sary i głaszcząc ją. — Lady Meredith opowiadała mi o jej niezwykłych uzdolnieniach. Zdolne dziecko to wielki skarb w tego rodzaju zakładzie jak mój.

Sara stała spokojnie, nie odrywając oczu od twarzy panny Minchin. Myśli jej biegły, jak zwykle, dziwnym szlakiem.

„Dlaczego ona mówi, że jestem pięknym dzieckiem? — myślała. — Nie jestem wcale piękna. Córeczka pułkownika Gran-ge'a, Izabela, jest rzeczywiście piękna. Ma dołeczki, rumiane policzki i długie, złote włosy. Ja mam krótkie, czarne włosy i zielone oczy, a poza tym jestem chuda i wcale nie mam rumieńców. Jestem jedną z najbrzydszych dziewczynek, jakie kiedykolwiek widziałam. Ona zaczyna od kłamstwa". Sara myliła się jednak sądząc, że jest brzydka. Istotnie, nie przypominała w niczym Izabeli Grange, najpiękniejszej dziewczynki- w pułku, ale miała swoisty, oryginalny urok. Była smukła i wiotka, wysoka jak na swój wiek, o wyrazistej, pociągającej twarzyczce. Włosy miała gęste, kruczoczarne i lekko podwinięte na końcach, oczy szarozielone, to prawda, były to jednak ogromne, cudowne oczy o długich, czarnych rzęsach i chociaż jej samej nie podo-

10

bał się ich kolor, wiele osób uważało, że są piękne. Ale Sara była przekonana, że jest brzydka, i pochlebstwa panny Minchin wcale jej nie ucieszyły.

„Skłamałabym, gdybym powiedziała, że ona jest piękna — myślała — i wiedziałabym, że kłamię. Jestem chyba równie brzydka jak ona — tyle że na swój sposób. Po co więc ona to powiedziała?"

Kiedy poznała lepiej pannę Minchin, dowiedziała się, czemu przełożona tak powiedziała. Odkryła po prostu, że panna Minchin mówiła to samo każdemu ojcu i każdej matce, którzy oddawali dzieci do jej szkoły.

Sara stała obok ojca i słuchała jego rozmowy z panną Minchin. Kapitan Crewe postanowił oddać córkę na tę pensję za radą lady Meredith, której dwie córki tu się kształcą, a kapitan Crewe ma wielki szacunek do rozumu i doświadczenia lady Meredith. Sara musi mieć oddzielny pokój i ma korzystać z większych nawet przywilejów niż inne pensjonarki posiadające oddzielne pokoje. Będzie miała własny apartament — sypialnię i salonik, ma trzymać kuca i powóz i mieć własną pokojówkę, która zastąpi nianię, co opiekowała się nią w Indiach.

—   O jej edukację jestem najzupełniej spokojny —  dodał ze śmiechem kapitan Crewe, poklepując rączkę Sary. — Trudność będzie polegała na tym, żeby nie uczyła się za prędko i za dużo. Wciąż tylko ślęczy nad książkami. Nie czyta ich, proszę pani, ale po prostu połyka jak mały wilczek. Wciąż domaga się nowych książek do połykania, i to książek dla dorosłych   — niemieckich i francuskich na równi z angielskimi — wszelkiego rodzaju,* historycznych, biograficznych, poezji...  Proszę odciągać ją od książek, jeżeli będzie czytała za dużo. Niech jeździ konno na swoim kucu albo niech pójdzie i kupi sobie jakąś nową lalkę. Powinna więcej bawić się lalkami.

—   Tatusiu — odezwała się Sara — gdybym Vo kilka dni kupowała sobie nową lalkę, tobym ich miała w końcu za dużo i nie mogłabym ich lubić. Lalki powinny być bliskimi przyjaciółkami. Emilka będzie moją najbliższą przyjaciółką.

ii

Kapitan Crewe spojrzał na pannę Minchin, panna Minchin spojrzała na kapitana Crewe.

—   Kto to jest Emilka? — zapytała.

—   Powiedz sama, Saro  —  rzekł z uśmiechem kapitan Crewe.

Szarozielone oczy Sary przybrały wyraz powagi i wzruszenia.

—   To lalka, której  jeszcze nie mam  —   odpowiedziała.   — Lalka, którą tatuś ma mi kupić. Pójdziemy razem jej poszukać. Nazwałam ją Emilką. Będzie moją przyjaciółką, kiedy tatuś wyjedzie. Będę z nią mogła o nim rozmawiać.

Rybi uśmiech panny Minchin stał się wręcz przymilny.

—   Cóż za oryginalne dziecko! — zawołała. — Co za urocza istotka!

—   Tak — rzekł kapitan Crewe przyciągając Sarę do siebie. — To moja najdroższa istota. Niechże jej pani dobrze strzeże.

Sara przez kilka dni jeszcze mieszkała z ojcem w hotelu — pozostała z nim bowiem do chwili jego odjazdu do Indii. Odwiedzili wspólnie mnóstwo wielkich sklepów i kupili mnóstwo rzeczy. Jeśli chodzi o ścisłość, kupili znacznie więcej rzeczy, niż Sarze było potrzeba, ale kapitan Crewe był człowiekiem młodym, bogatym i niezbyt doświadczonym, a chciał, żeby jego córeczka miała wszystko, co jej się podobało i co jemu się podobało, razem więc nagromadzili garderobę niepomiernie zbyt-kowną dla siedmioletniej dziewczynki. Były tam aksamitne suknie obramowane kosztownymi futrami, suknie koronkowe i ręcznie haftowane, kapelusze z wielkimi strusimi piórami, gronostajowe okrycia i mufki, pudła małych rękawiczek, co się zaś tyczy chusteczek do nosa i jedwabnych pończoch, nabyto ich taką ilość, że uprzejme sprzedawczynie za kontuarami szeptały między sobą, iż ta dziwna mała dziewczynka musi być chyba jakąś zamorską księżniczką — może nawet córką indyjskiego radży.

Znaleźli też w końcu Emilkę, zanim jednak wreszcie ją odkryli, zwiedzili wiele sklepów z zabawkami i obejrzeli nieprzebraną liczbę lalek.

12

—   Nie chciałabym, żeby wyglądała jak lalka — mówiła Sara. — Chciałabym wierzyć, że ona naprawdę słucha mnie, kiedy do niej mówię. Cały kłopot z lalkami, tatusiu — tu Sara przechyliła na bok głowę i ściągnęła brwi —  cały kłopot z lalkami, że one zawsze tak wyglądają, jakby nic nie słyszały.

Oglądali więc lalki duże i lalki małe, czarnookie i niebieskookie, lalki z ciemnymi lokami i z blond warkoczami, lalki ubrane i lalki nie ubrane.

—   Bo wiesz, tatusiu — powiedziała Sara, kiedy oglądali taką nie ubraną lalkę  —  jeżeli nie będzie miała sukienek, kiedy ją znajdę, to będziemy mogli zabrać ją do krawcowej i zamówić jej suknie na miarę. Będą wtedy lepiej leżały.

Po długiej serii niepowodzeń postanowili ruszyć piechotą i oglądać wystawy, powóz zaś miał jechać za nimi. Obejrzeli, nie wchodząc, wystawy dwóch albo trzech sklepów, gdy naraz, kiedy zbliżali się do wcale niedużego sklepu, Sara drgnęła i chwyciła ojca za ramię.

—   Spójrz, tatusiu! — zawołała. — Jest Emilka!

Twarz jej oblał rumieniec, szarozielone oczy zabłysły, jak gdyby dostrzegła bliską i bardzo kochaną osobę.

—   Ona czeka na nas!  — powiedziała.  —  Chodźmy do niej prędzej.

—   Mój Boże!  —  zawołał kapitan Crewe.  —  Czuję się tak, jak gdybyśmy powinni poszukać kogoś, kto by nas jej przedstawił.

—   Ty przedstawisz mnie, a ja przedstawię ciebie -r odparła Sara.   —   Ale poznałam ją natychmiast,  kiedy ją zobaczyłam, więc może ona mnie też poznała.

Było to bardzo prawdopodobne. Oczy Emiłki niewątpliwie patrzały bardzo rozumnie, kiedy Sara wzięła ją na ręce. Była to duża lalka, ale nie tak duża, by nie można było nosić jej bez wysiłku, miała wijące się w sposób naturalny, złot©brązowe włosy, spadające na ramiona, i głębokie, jasne szaroniebieskie oczy o gęstych, miękkich rzęsach, przy czym były to prawdziwe rzęsy, nie zaś jakieś tam namalowane kreseczki.

ii

—   Oczywiście, tatusiu  — mówiła Sara sadzając ją sobie na kolana i wpatrując się w nią z zachwytem  —  to z pewnością jest Emilka.

Emilkę więc kupiono, a następnie zawieziono do sklepu konfekcji dziecięcej i tam zamówiono dla niej wyprawę równie wspaniałą jak wyprawa Sary. Sprawiono jej także suknie koronkowe, aksamitne i muślinowe', kapelusze, palta, piękną bieliznę przybraną koronkami, rękawiczki, chusteczki do nosa i futra.

—   Chciałabym,  żeby zawsze wyglądała  jak  dziecko  dobrej matki — powiedziała Sara.  — Jestem przecież jej matką, chociaż chcę, żeby została także moją przyjaciółką.

Kapitana Crewe bawiłyby ogromnie te sprawunki, gdyby nie smutek nękający mu ciągle serce. Wszystko to bowiem oznaczało, że wkrótce już musi rozstać się ze swoją najdroższą małą przyjaciółką. Wśród nocy wstał z łóżka i stanął nad posłaniem Sary, która spała z Emilką w objęciach. Czarne jej włosy, rozrzucone po poduszce, zmieszały się ze złotobrązowymi lokami Emilki; obydwie miały koszulki nocne przybrane koronką, obydwie miały długie rzęsy, rzucające cień na policzki. Emilka tak bardzo przypominała żywe dziecko, że kapitan Crewe poczuł zadowolenie z jej obecności. Westchnął głęboko i szarpnął wąsa z miną zupełnie chłopięcą.

„Hej, moja mała! — powiedział w duchu. — Nie wiesz na pewno, jak bardzo twój tatuś będzie za tobą tęsknił".

Nazajutrz zawiózł córeczkę do panny Minchin i zostawił ją tam. Miał odpłynąć następnego ranka. Wyjaśnił pannie Minchin, że jego pełnomocnicy, panowie Barrow i Skipworth, reprezentujący jego interesy w Anglii, w razie potrzeby udzielą jej zawsze porady, będą też opłacali rachunki za utrzymanie Sary. Będzie pisywał do Sary dwa razy na tydzień i prosi, żeby nie odmawiano jej niczego, na co wyrazi ochotę.

—   Jest rozsądną dziewczynką i nigdy nie żąda nic takiego, czego nie można byłoby jej dać — dodał.

Następnie udał się wraz z Sarą do jej saloniku i tam się pożegnali. Sara usiadła mu na kolanach, ujęła go drobnymi rączkami za wyłogi i długo patrzała mu w oczy.

—   Uczysz się mnie na pamięć, Saro? — zapytał głaszcząc ją po głowie.

—   Nie  —  odpowiedziała.   —  Umiem cię już dawno na pamięć. Jesteś w moim sercu.

Uścisnęli się i ucałowali, jak gdyby nigdy nie mieli się od siebie oderwać.

Kiedy powóz odjechał sprzed ganku, Sara siedziała na podłodze saloniku oparłszy podbródek na rękach i odprowadzała go oczami, aż zniknął za zakrętem. Emilka siedziała przy niej i również patrzała przez okno. Kiedy panna Minchin przysłała swoją siostrę, pannę Amelię, żeby dowiedzieć się, co dziewczynka robi, okazało się, że drzwi są zamknięte na klucz.

—   Zamknęłam je — oświadczył spoza drzwi grzeczny, stłumiony głosik.— Chciałabym być sama, jeżeli można.

Panna Amelia była gruba, przysadzista i okropnie się bała swojej siostry. Miała od niej znacznie łagodniejszy charakter, ale zawsze bez szemrania spełniała jej rozkazy. Zeszła na dół z miną wręcz przerażoną.

—   Nie widziałam jeszcze nigdy takiej  dziwnej  dziewczynki

—   zwróciła się do siostry.   —Zamknęła się w pokoju i siedzi tam cichutko jak myszka.

—   W każdym razie to lepiej, niż gdyby miała wrzeszczeć i kopać, jak to robią niektóre —  stwierdziła panna Minchin.  — Spodziewałam się, że takie rozpieszczone dziecko narobi wrzasku na cały dom. Bo przecież zawsze dotychczas robiła, co jej się podobało.

—   Wypakowałam jej kufry — rzekła panna Amelia.  — Nic podobnego w życiu nie widziałam — sobole, gronostaje, bielizna przybrana prawdziwą koronką. Co o tym sądzisz?

—   Sądzę, że to szczyt głupoty ubierać tak małą dziewczynkę

—   odparła  ostro  panna  Minchin   —   ale  wszystko  to  będzie

wyglądało bardzo korzystnie w pierwszej parze w niedzielę, kiedy będziemy prowadziły dziewczynki do kościoła. Dostała wyprawę jak mała księżniczka.

A na górze w zamkniętym pokoju Sara i Emilka siedziały na podłodze i patrzały na róg, za którym zniknął powóz, gdy tymczasem kapitan Crewe oglądał się za siebie i machał na pożegnanie ręką, jak gdyby nigdy nie miał przestać.

16

ROZDZIAŁ II

Lekcja francuskiego

Kiedy Sara weszła nazajutrz do klasy, wszystkie oczy spojrzały na nią z nie ukrywaną ciekawością. Wszystkie bowiem pensjonarki — poczynając od Lawinii Herbert, która miała blisko trzynaście lat i uważała się już za całkiem dorosłą, a kończąc na Lotce Legh, która miała dopiero lat cztery i była najmłodszym dzieckiem w szkole — zdążyły już wiele o niej usłyszeć. Wiedziały, że jest to pokazowa wychowanka panny Min-chin i jej obecność przynosi zaszczyt pensji. Niektóre widziały już nawet przelotnie jej francuską pokojówkę, Mariettę, która przyjechała poprzedniego wieczora. Lawinia przechodziła obok pokoju Sary, kiedy drzwi nie były zamknięte, i widziała, jak Marietta otwierała pudło przysłane późno ze sklepu.

—   Pełno tam było haleczek z koronkowymi falbankami — szeptała do swojej przyjaciółki Jessie, pochylona na pozór nad podręcznikiem do geografii. — Widziałam, jak je wykładała. A panna Minchin powiedziała do panny Amelii, że suknie tej nowej są takie wspaniałe, że dla dziecka to aż śmieszne. Sama słyszałam. Moja mama mówi, że dzieci powinno się ubierać skromnie. Ta nowa teraz ma też na sobie taką halkę. Widziałam, kiedy siadała.

—   I jedwabne pończochy! — szepnęła Jessie również pochylona nad geografią.  — A jakie małe nóżki! Nigdy nie widziałam takich małych nóżek.

—   Phi   —   prychnęła  zawistnie   Lawinia   —   po  prostu  ma dobrze zrobione pantofle. Mama mówi, że jak się ma zręcznego  szewca, to największe stopy wyglądają jak małe.  I moim zdaniem   jest   całkiem   nieładna.    Ma   taki   dziwaczny   kolor oczu!

—   Nie jest ładna jak inni ładni ludzie — powiedziała Jessie zerkając spod oka na Sarę  —  ale ma się ochotę wciąż na nią patrzeć. Ma okropnie długie rzęsy, a oczy prawie zupełnie zielone.

Sara siedziała spokojnie na swoim miejscu, czekając, aż jej powiedzą, co ma robić. Posadzono ją w pobliżu stolika panny Minchin. Nie czuła się wcale onieśmielona spojrzeniami tylu par oczu. Interesowało ją tu wszystko i spokojnie odwzajemniała spojrzenia dziewczynek, które na nią patrzały. Ciekawa była, o czym one myślą, czy lubią pannę Minchin, czy chętnie się uczą i czy któraś z nich ma takiego tatusia jak ona. Tego ranka odbyła z Emilką długą rozmowę o tatusiu.

—   Jest teraz na morzu, Emilko — mówiła.  — Musimy żyć w wielkiej przyjaźni i opowiadać sobie o wszystkim. Spójrz na mnie, Emilko. Masz najładniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałam, ale chciałabym, żebyś umiała mówić.

Sara miała wyobraźnię żywą i pomysłową i czuła, że będzie to dla niej wielką pociechą, jeżeli zdoła chociażby wyobrażać sobie, że Emilka jest istotą żywą, która naprawdę słyszy i rozumie. Kiedy Marietta ubrała ją w granatowy mundurek szkolny i przewiązała jej włosy granatową wstążką, dziewczynka podeszła do Emilki siedzącej na własnym foteliku i włożyła jej do rąk książkę.

—   Poczytaj sobie przez ten czas, kiedy ja będę na dole  — powiedziała, a widząc zdziwione spojrzenie Marietty, zwróciła się do niej z poważną minką: — Podejrzewam, że lalki potrafią robić rozmaite rzeczy, tylko nie chcą, żebyśmy o tym wiedzieli. Może Emilka rzeczywiście potrafi czytać, rozmawiać i chodzić, ale robi to tylko wtedy, kiedy ludzi nie ma w pokoju. To jest jej   tajemnica.   Bo   gdyby   się   ludzie   dowiedzieli,   że   lalki   to

18

wszystko potrafią, toby je zmusili do pracy. Więc może umówiły się, że zachowają to w tajemnicy. Dopóki się jest w pokoju, Emilka siedzi nieruchomo, ale jeżeli wszyscy wyjdą, to może poczyta sobie albo wstanie i wyjrzy przez okno. Ale jak u-słyszy, że ktoś z nas nadchodzi, pobiegnie prędko z powrotem, usiądzie na fotelu i będzie udawała, że siedziała tak przez cały

czas.

„Comme elle est dróle!"* — pomyślała Marietta, a kiedy zeszła na dół, opowiedziała o tej rozmowie starszej pokojówce. Ale czuła już sympatię do tej dziwnej małej dziewczynki z taką inteligentną, drobną twarzyczką i takimi pięknymi manierami. Miała dotychczas do czynienia z dziećmi, które nie były wcale tak grzeczne. Sara była osóbką bardzo miłą i tak wdzięcznie mówiła: „Bardzo proszę, Marietto" i „Dziękuję, Marietto", że pokojówka była wprost oczarowana. Marietta mówiła starszej pokojówce, że dziewczynka dziękuje jej, jakby dziękowała prawdziwej damie.

—   Elle a fair d'une princesse, cette petite* — mówiła. Słowem, była zachwycona swoją małą nową panią i bardzo

kontenta ze służby.

Sara od kilku minut już siedziała na swym miejscu w klasie, oglądana przez koleżanki, kiedy panna Minchin dystyngowanym ruchem zapukała w blat stolika.

—   Panienki — oznajmiła — pragnę przedstawić wam nową koleżankę.

Wszystkie dziewczynki wstały, Sara również.

—   Mam nadzieję, że przyjmiecie życzliwie Sarę Crewe. Przyjechała do nas z daleka — aż z Indii. Zaraz po lekcjach musicie się ze sobą zapoznać.

Uczennice dygnęły ceremonialnie, Sara dygnęła także, potem wszystkie usiadły i znów patrzyły na siebie.

*    Comme elle est dróle! (franc.) — jaka ona śmieszna!

*      Elle a I' air d' une princesse,  cette petite (franc.) — ta mała wygląda jak księżniczka.

I9

—   Saro — rzekła panna Minchin oficjalnym tonem, którego używała w klasie — podejdź do mnie.

Wzięła książkę ze stolika i przewracała jej kartki. Sara podeszła grzecznie.

—   Ponieważ twój ojciec zaangażował ci pokojówkę Francuzkę — zaczęła panna Minchin — wnoszę, że pragnie, abyś przykładała się specjalnie do nauki francuskiego.

Sara poczuła się trochę zakłopotana.

—   Zdaje mi się, że zaangażował ją — rzekła — bo myślał, że ona mi się spodoba, proszę pani.

—   Obawiam się — odparła panna Minchin z nieco kwaśnym uśmiechem — że jesteś bardzo rozpieszczona i wyobrażasz sobie zawsze,  że wszystko,  co  się robi,  robi  się wyłącznie dla twojej przyjemności. Ja natomiast odniosłam wrażenie, że twój ojciec chciał, żebyś się nauczyła francuskiego.

Gdyby Sara była starsza albo mniej dbała o to, żeby być zawsze grzeczna i uprzejma, mogłaby wyjaśnić sprawę w kilku słowach. W tej sytuacji jednakże poczuła, że rumieniec zalewa jej policzki. Panna Minchin była bardzo surową, imponującą osobą i wydawała się tak absolutnie pewna, że Sara nie ma pojęcia o francuskim, iż wyprowadzenie jej z błędu, jak sądziła dziewczynka, byłoby impertynencją. W rzeczywistości bowiem Sara nie pamiętała nawet, kiedy nauczyła się francuskiego. Ojciec często przemawiał do niej po francusku, kiedy była jeszcze niemowlęciem, gdyż matka jej była Francuzką i kapitan Crewe przez miłość dla niej kochał ten język. Sara nauczyła się więc francuskiego sama o tym nie wiedząc, jak to się często zdarza z małymi dziećmi.

—   Ja...   ja  nigdy  się  właściwie  nie  uczyłam  francuskiego, ale... ale... — zaczęła nieśmiało wyjaśnienia.

Jednym z tajemnych strapień panny Minchin byk właśnie okoliczność, że ona sama nie znała francuskiego, pragnęła więc ukryć ten kompromitujący fakt. Nie zamierzała kontynuować dyskusji w tej sprawie, aby nie narazić się na jakieś drażliwe pytania ze strony nowej uczennicy.

20

—   Dosyć — przerwała jej grzecznie, ale lodowato. — Jeżeliś się dotychczas nie uczyła, musisz od razu zabrać się do nauki. Nauczyciel francuskiego, monsieur Dufarge, przyjdzie tu za kilka minut. Weź tę książkę i przejrzyj ją, zanim on nadejdzie.

Sara znów spiekła raka. Wróciła na miejsce i otworzyła książkę. Spojrzała z poważną miną na pierwszą stronę. Wiedziała, że uśmiech byłby niegrzeczny, a postanowiła sobie, iż będzie grzeczna za wszelką cenę. Ale czuła się bardzo zaskoczona, że każą jej studiować stronę, na której tłumaczono, że „k pere" znaczy „ojciec", a „la merę" — „matka".

Panna Minchin spojrzała na nią badawczo.

—   Masz niezadowoloną minę, Saro  —  rzuciła.  —  Przykro mi, że nie masz ochoty uczyć się francuskiego.

—   Bardzo lubię francuski — odrzekła Sara próbując znowu wyjaśnić sytuację — ale...

—   Nie powinnaś mówić „ale", kiedy każe ci się coś robić — oświadczyła panna Minchin. — Proszę, patrz do książki.

Sara wpatrywała się więc pilnie w książkę i nie uśmiechnęła się nawet wówczas, gdy przeczytała, że „k fils" znaczy „syn", a ,,/e frere" znaczy „brat".

„Kiedy przyjdze monsieur Dufarge — myślała — wszystko mu wytłumaczę".

Monsieur Dufarge przybył wkrótce. Był to bardzo miły, rozumny Francuz w średnim wieku i zainteresował się od razu, kiedy oczy jego padły na Sarę czytającą pilnie swoją książeczkę.

—   Czy to moja nowa uczennica, madame? — zwrócił się do panny Minchin.   —  Mam nadzieję, że będę miał z niej pociechę.

—   Jej ojcu, kapitanowi Crewe, bardzo na tym zależy, aby rozpoczęła naukę  francuskiego.  Ale  mam wrażenie,  że  dziewczynka ma jakieś dziecinne uprzedzenie do tego języka. Najwyraźniej nie ma chęci go się uczyć  —  odparła panna Minchin.

—   Bardzo to dla mnie przykre, mademoiselle —  zwrócił się

21

dobrotliwie nauczyciel do Sary.— Być może, kiedy zaczniemy naukę, uda mi się przekonać panienkę, jaki to piękny język.

Mała Sara wstała z miejsca. Była już bliska rozpaczy. Spojrzała błagalnie na pana Dufarge swoimi wielkimi, szarozielonymi oczami. Wiedziała, że skoro zacznie wreszcie mówić, nauczyciel od razu wszystko zrozumie. Zaczęła wyjaśniać z prostotą śliczną, płynną francuszczyzną. Pani przełożona jej nie zrozumiała — ona, Sara, nie uczyła się właściwie francuskiego, to znaczy nie uczyła się z książek, ale tatuś i inne osoby zawsze z nią w tym języku mówili, a czytania i pisania po francusku nauczyła się tak samo jak czytania i pisania po angielsku. Tatuś przepada za francuskim, ona więc też dlatego pokochała ten język. Jej droga mamusia, która umarła przy jej urodzeniu, była Francuzką. Sara będzie się chętnie uczyła wszystkiego, czego monsieur zechce jej nauczyć, ale usiłowała tylko wytłumaczyć pani przełożonej, że zna już słówka z tej książki — zakończyła pokazując początkowy podręcznik.

Kiedy Sara zaczęła mówić, panna Minchin drgnęła gwałtownie i znieruchomiała lustrując dziewczynkę przez lorgnon, dopóki ta nie umilkła. Twarz nauczyciela rozpłynęła się w uśmiechu. Na dźwięk dziecinnego głosiku, mówiącego jego ojczystym językiem z taką prostotą i swobodą, wydało mu się, że znalazł się nagle w kraju rodzinnym — który podczas pochmurnych, mglistych dni londyńskich zdawał się bardzo, bardzo odległy. Kiedy Sara skończyła, wziął od niej podręcznik ze spojrzeniem wyrażającym niemal rozrzewnienie. Następnie zwrócił się do panny Minchin.

—   Ach, madame — rzekł — doprawdy niewiele czego mogę nauczyć tę panienkę. Ona  nie  uczyła się francuskiego, ona po prostu jest Francuzką. Akcent ma prześliczny.

—   Powinnaś mnie była uprzedzić!  — zawołała zdruzgotana panna Minchin.

—   Ja...  ja...  próbowałam   —   wyjąkała   Sara.   —   Widocznie niezręcznie zaczęłam...

Panna Minchin wiedziała dobrze, że Sara próbowała i nie by-

22

ła to jej wina, iż nie pozwolono jej wytłumaczyć sprawy. Kiedy w dodatku spostrzegła, że wszystkie uczennice słuchają jej rozmowy, Lawinia zaś i Jessie chichoczą zasłaniając się podręcznikami gramatyki francuskiej, ogarnęła ją tłumiona wściekłość.

— Proszę o ciszę, panienki! — zawołała groźnie, pukając w stolik. — Proszę o ciszę!

Od tej chwili poczuła wyraźną niechęć do swej pokazowej wychowanki.

23

ROZDZIAŁ III

Ermengarda

Owego pierwszego poranka, kiedy Sara siedziała obok panny Minchin, zdając sobie sprawę z tego, że cała klasa obserwuje ją pilnie, zauważyła wkrótce małą dziewczynkę, mniej więcej w swoim wieku, która wpatrywała się w nią jasnoniebieskimi, niezbyt bystrymi oczami. Była to tłusta dziewczynka, która bynajmniej nie sprawiała wrażenia mądrej, ale usta jej miały wyraz dobroci. Płowe włosy splecione miała w warkocz przewiązany wstążką i owijała sobie ten warkocz wokół szyi, gryząc jego końce i wpatrując się z podziwem w nową koleżankę. Kiedy pan Dufarge odezwał się do Sary, na twarzy dziewczynki odbiło się przerażenie, a kiedy Sara wystąpiła naprzód i wpatrując się w nauczyciela niewinnym, błagalnym wzrokiem, odpowiedziała mu ni stąd, ni zowąd po francusku, gruba dziewczynka aż podskoczyła na ławce i poczerwieniała ze zdumienia i zachwytu. Ponieważ sama od wielu tygodni zalewała się łzami rozpaczy, bezskutecznie usiłując zapamiętać, że „la merę" oznacza „matkę", a ,,le pere" — „ojca", nie mogła wprost uwierzyć, aby dziewczynka w jej wieku znała doskonale nie tylko te słowa, lecz także wiele innych i potrafiła przeplatać je czasownikami, jak gdyby to była dla niej igraszka.

Gapiła się więc na nią z takim podziwem i tak zajadle gryzła końce warkocza, że wreszcie ściągnęła na siebie uwagę panny Minchin, która skorzystała od razu z okazji, aby dać upust duszącej ją złości.

—   Panno Saint John! — zawołała surowo. — Cóż to za zachowanie się? Proszę zdjąć łokcie z pulpitu! Proszę wyjąć warkocz z ust! Proszę natychmiast usiąść prosto!

Panna Saint John znowu drgnęła, a gdy Lawinia i Jessie parsknęły śmiechem, zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Była teraz tak pąsowa, jak gdyby łzy miały trysnąć za chwilę z jej tępych, dziecinnych oczu. Sara dostrzegła to i ogarnęło ją takie współczucie dla udręczonej dziewczynki, że zapragnęła od razu zostać jej przyjaciółką. Taki już miała charakter, że nie mogła patrzeć spokojnie, kiedy ktoś czuł się upokorzony lub nieszczęśliwy.

—   Gdyby Sara była chłopcem i żyła o kilka stuleci wcześniej — mawiał często jej ojciec — wędrowałaby po kraju z obnażonym mieczem w dłoni, śpiesząc na ratunek każdej uciśnionej istocie.  Zawsze ją podrywa do walki, kiedy widzi, że komuś dzieje się krzywda.

Tak więc Sara nabrała sympatii do grubej, powolnej, małej panny Saint John i zerkała na nią spod oka przez cały ranek. Zauważyła, że nauka idzie małej bardzo opornie i z pewnością nie grozi jej niebezpieczeństwo, aby miano ją kiedykolwiek traktować jako pokazową uczennicę, przewracając jej tym w głowie. Była wprost wzruszająca w swej nieporadności. Akcent francuski miała tak okropny, że pan Dufarge uśmiechał się mimo woli, a Lawinia, Jessie i zdolniejsze dziewczynki albo śmiały się, albo też spoglądały na nieszczęsną ze zdziwieniem i pogardą. Ale Sara się nie śmiała. Udawała, że nie słyszy, jak panna Saint John kaleczy niemiłosiernie francuskie słowa. Zapalczywa z natury, czuła, że ogarnia ją furia, kiedy słyszała chichoty i widziała zrozpaczoną twarzyczkę biednej dziewczynki.

—   To doprawdy nic śmiesznego   —  mruknęła przez zęby, pochylając się nad książką. — Nie powinny się śmiać.

Po lekcji podczas przerwy, kiedy uczennice podzieliły się na grupki, rozmawiając wesoło, Sara ruszyła na poszukiwanie panny Saint John. Znalazła ją skuloną na parapecie okna. Widać było, że dziewczynka jest zgnębiona i zmaltretowana. Sara po-

deszła do niej od razu i zaczęła z nią rozmawiać. Mówiła tylko to, co zwykle mówią sobie małe dziewczynki nawiązując znajomość, ale w tonie jej było coś miłego i życzliwego, co wszyscy zawsze wyczuwali.

—   Jak się nazywasz? — zapytała.

Aby wyjaśnić zdumienie małej Saint John, należy sobie przypomnieć, że nowa uczennica jest przez pewien czas w szkole przedmiotem ogólnego zainteresowania, o tej zaś nowicjuszce cała szkoła rozmawiała poprzedniego wieczora, powtarzano sobie najdziwaczniejsze plotki i sprzeczne wiadomości, dopóki wszystkie dziewczynki nie posnęły z wyczerpania. Nowa uczennica, która przyjechała aż z Indii i miała własny powóz, własnego kuc...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]