[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Frederik Pohl

 

 

 

 

Kupcy Wenusjańscy

 

 

(Przełożył : Juliusz Garztecki)

 

I

 

 

Nazwisko: Audee Walthers. Zawód: kierowca kapsuły powietrznej. Na Wenus przez większość czasu mieszkam w moim domku Hiczich, a jeśli jestem śpiący, to gdzie popadnie.

Do chwili, gdy skończyłem dwadzieścia pięć lat mieszkałem na Ziemi, głównie w Amarillo Central. Ojciec - wice-gubernator Teksasu. Zmarł, gdy byłem jeszcze na uczelni, ale zostawił mi po sobie tyle, bym mógł skończyć szkołę, zrobić magisterium z administracji przedsiębiorstw i zdać egzamin na urzędnika-stenotypiste. Byłem wiec przygotowany do życia.

Po próbach, które zabrały mi kilka lat, odkryłem jednak, iż życie, do którego zostałem przygotowany, nie podoba mi się. I to nie z błahych powodów. Nie przeszkadzają mi ubiory przeciwsmogowe, umiem współżyć z sąsiadami mając ich 800 na mile kwadratową, znoszę hałas, umiem się obronić przed małoletnimi chuliganami. Nie to, żebym nie lubił Ziemi; nie lubiłem tego, co robię na Ziemi. Sprzedałem wiec moje dokumenty przynależności do związku niższych urzędników państwowych, zastawiłem rentę i kupiłem bilet na Wenus w jedną stronę. W końcu nic niezwykłego. To, co każdy chłopak mówi, że zrobi. Ale ja zrobiłem.

Myślę, że byłoby zupełnie inaczej, gdybym miał szansę na Duże Pieniądze. Gdyby mój ojciec był pełnym gubernatorem, a nie tylko urzędnikiem państwowym. Gdyby renta, którą mi zostawił, obejmowała Pełną Pomoc Lekarską. Gdybym należał do tych na górze, a nie tych pośrodku, naciskanych z obu stron. Ale lak nie było, wiec wylądowałem we Wrzecionie, polując na forsę Ziemniaków.

*

Każdy widział zdjęcie Wrzeciona, Kolosseum i wodospadu Niagara. Jak wszystko godne uwagi na Wenus, Wrzeciono jest pozostałością po Hiczich. Nikomu nie udało się ustalić, po co Hiczim była podziemna komora długa na trzysta metrów i w kształcie wrzeciona, ale była, wiec używaliśmy jej jako wenusjańskiego odpowiednika Times Square albo Champs Elysees. Wszystkie Ziemniaki - turyści najpierw tu się kierują. A my ich łupimy ze skóry.

Mój biznes - wynajmowanie kapsuły powietrznej - jest w miarę uczciwy, jeśli nie brać pod uwagę, że na Wenus naprawdę mało co warte jest oglądania prócz tego, co pozostało po Hiczich pod powierzchnią globu. Inne potrzaski na turystów we Wrzecio0ie są po trosze oszustwem. Ziemniakom na rym nie zależy, choć muszą sobie zdawać sprawę, że się ich robi w konia; wszyscy kupują stosy hiczijskich wachlarzy modlitewnych i głów lalek i tych przycisków do papierów z przezroczystego plastyku, w których warstwicowy globus Wenus pływa w pomarańczowo-brązowej śnieżycy lipnego lotnego popiołu, krwawych diamentów i ogniopereł. Nie są Warte nawet ceny ich powrotnego przewozu na Ziemie, ale przypuszczam, że dla turysty, który może sobie pozwolić na opłacenie takiej podróży, nie ma to znaczenia.

Dla takich jak ja, którzy nie mogą sobie pozwolić na nic, potrzaski na turystów mają ogromne znaczenie. Żyjemy z nich. Nie chce przez to powiedzieć, że mamy z tego wysokie dochody. Ale to dzięki nim możemy opłacić swe wyżywienie i mieszkanie, a jeśli nie mamy czym płacić, zdychamy. Na Wenus nie ma wielu sposobów zdobywania pieniędzy. Te, z których mogłyby być Duże Pieniądze, och, choćby główna wygrana na loterii, natkniecie się na skarb w hiczijskich wykopaliskach czy dobrze płatna praca, to naprawcie marzenie ściętej głowy. Chleb z masłem wszyscy na Wenus mają z Ziemniaków - turystów, a kto ich nie wydoi do ostatka, jest skończony.

Oczywiście są turyści i turyści. Występują w trzech odmianach. Różnica miedzy nimi wynika z mechaniki nieba.

Jest wiec odmiana bidoków pośpiesznych. Na Ziemi powodzi im się zaledwie nieźle; przybywają co dwadzieścia sześć miesięcy po orbicie Hohmanna na ściśle określony czas. Nie mogą przebywać na Wenus dłużej niż trzy tygodnie. Przylatują wiec w zorganizowanych grupach wycieczkowych, zdecydowani wykorzystać do maksimum ćwierć miliona dolarów wydanych na najtańszą kabinę, zafundowanych im przez bogatych dziadków, z okazji ukończenia studiów albo uzbieranych na drugi miesiąc miodowy czy licho wie, z jakiej jeszcze okazji. Paskudne w nich jest to, że nie mają dużo pieniędzy, bo wydali wszystko na bilet. A miłe, że jest ich tak wielu. Gdy są na Wenus, wszystkie pokoje do wynajęcia są wypełnione po brzegi. Czasami sześć par na raz korzysta z jednej kabiny z przepierzeniem, dwie pary równocześnie w takich seks - inspektach na ośmiogodzinne zmiany przez całą dobę. Wtedy tacy jak ja muszą wytrzymywać w hiczijskich chatkach na powierzchni, wynajmując własne podziemne pokoje, aby zarobić pieniądze na następnych parę miesięcy.

*

Ale nie da się zarobić dość, aby przeżyć do kolejnego spotkania z orbitą Hohmanna, wiec gdy zjawiają się turyści Drugiej kategorii podrzynamy sobie nawzajem gardła, by ich dostać w ręce.

Są średnio zamożni. Można by ich określić jako ubogich milionerów: takich, których dochody wyrażają się liczbą zaledwie siedmiocyfrową. Mogą sobie pozwolić na przelot po orbitach wymuszonych, trwających około stu dni zamiast długiego, powolnego, beznapędowego dryfu orbitą Hohmanna. Kosztuje to milion i więcej dolarów, jest ich wiec znacznie mniej. Ale przybywają prawie każdego miesiąca, gdy pozwala na to w miarę korzystna koniunkcja orbitalna obu planet. Mają też więcej pieniędzy do wydania. To samo dotyczy innych średniozamożnych docierających do nas cztery lub pięć razy na dekadę) gdy balistyka planetarna dzięki konfiguracji trzech planet pozwala na wybranie takiej orbity, która wymaga niewiele większego wydatku energetycznego niż prosty lot na - trasie Ziemia - Wenus. Jeśli mamy szczęście, zjawiają się najpierw u nas, następnie lecą na Marsa. Jeżeli kolejność jest odwrotna, dla nas zostają resztki. A to nigdy nie jest dużo.

Ale bardzo bogaci... ach, bardzo bogaci! Ci przybywają kiedy chcą, w sezonie korzystnych orbit lub poza nim.

Gdy mój kapuś z lądowiska zameldował, że przybył prywatny czarter, poczułem zapach pieniędzy. O tej porze nie mógł przybyć nikt, kto nie był bardzo bogaty. Jedynym moim problemem było, ilu konkurentów będzie próbowało poderżnąć mi gardło.

Wynajem kapsuł powietrznych wymaga o wiele większych nakładów niż otworzenie kiosku z wachlarzami modlitewnymi. Miałem to szczęście, że udało mi się kupić kapsułę tanio, gdy facet, dla którego pracowałem umarł. W tym momencie nie miałem zbyt wielu konkurentów, paru z nich miało pojazdy w naprawie, pozostali przeszukiwali na własną rękę hiczijskie podziemia.

Wiec prawdę mówiąc miałem pasażerów z czarteru, kimkolwiek byli, tylko dla siebie. Oczywiście zakładając, że będzie ich interesować wycieczka poza hiczijskie tunele.

Musiałem założyć, że ich to zainteresuje, ponieważ bardzo potrzebowałem pieniędzy. Wiecie, miałem taką drobną dolegliwość wątroby. Była bliska kompletnej wysiadki. Jak mi wytłumaczyli lekarze, miałem trzy możliwości: albo wrócić na Ziemie, by pomęczyć się jeszcze trochę na zewnętrznej protezie, albo zdobyć pieniądze na przeszczep. Albo umrzeć.

II

 

 

Facet, który wyczarterował ten statek nazywał się Boyce Cochenour. Wyglądał na czterdziestkę. Wzrost dwa metry. Pochodzenie irlandzko - amerykańsko - francuskie.

Należał do typków przyzwyczajonych rozkazywać. Przyglądałem się, jak wchodził do Wrzeciona z miną właściciela przygotowującego się do jego sprzedaży. Usiadł w bulwarowo - parysko - hiczijskiej imitacji kafejki ze stolikami na chodniku należącej do Sub Vastry. Powiedział:

- Szkocka.

A Yastra pośpieszył nalać ,Johna Begga" na kostki świetnie ochłodzonego lodu i podać mu, trzeszczącą od zimna i znieczulającą wargi.

- Palić - powiedział, a towarzysząca mu dziewczyna natychmiast zapaliła papierosa i podała mu.

- Nędzna speluna - oświadczył, a Yastra zaczął wyłazić ze skóry, by okazać, jak bardzo się z nim zgadza.

Usiadłem przy nich, no, to znaczy nie przy ich stoliku; nawet na nich nie spojrzałem. Ale słyszałem, co mówili. Yastra też na mnie nie spojrzał, choć oczywiście widział, jak wchodziłem i wiedział, że mam ich na oku. Ale musiałem się pogodzić z tym, że zamówienie przyjęła ode mnie jego żona Numer Trzy, bo Yastra nie zamierzał tracić na mnie czasu, mając przy stoliku Ziemniaka z czarterowego statku.

- Jak zwykle - powiedziałem, mając na myśli czysty spirytus podany w kubku od napoju bezalkoholowego. - I odbitka waszych informacji - dodałem ciszej. Błysnęła ku mnie oczami znad flirtowoalki. Mała ciekawska lisica. Poklepałem ją przyjacielsko po dłoni, wsuwając zwinięty banknot. Odeszła.

Ziemniak badał wzrokiem otoczenie łącznie ze mną. W odpowiedzi spojrzałem na niego, grzecznie ale chłodno, on zaś prawie niedostrzegalnie kiwnął mi głową i odwrócił się do Subhasha Yastry.

- Ponieważ już tu jestem - powiedział - mogę ostatecznie zająć się, czymkolwiek co tu jest do roboty. A co jest?

Sub uśmiechnął się szeroko jak wysoka, chuda żaba.

- Ach, wszystko co pan życzy, saar. Rozrywki? W naszych prywatnych salonach mamy najwybitniejsze artystki trzech planet, bajadery, świetne aktorki...

- Tego mamy po uszy w Cincinnati. Nie przyleciałem na Wenus, by oglądać występy kabaretowe. - Oczywiście nie mógł wiedzieć, jak dobre zrobił posuniecie; prywatne pokoje Suba były bardzo nisko notowane wśród nocnych lokali na Wenus, a nawet najlepsze z nich niewiele były warte.

- Oczywiście, saar! To może zechciałby pan wziąć pod uwagę wycieczkę?

- Ech - potrząsnął głową Cochenour. - Co za sens? Czy jest tam inaczej, niż na naszym lądowisku leżącym dokładnie nad naszymi głowami?

Yastra zawahał się. Widziałem dobrze, jak oblicza w myśli dalsze konsekwencje, porównując szansę zabrania Ziemniaka na wycieczkę, po powierzchni, z tym, co mógłby dostać ode mnie za pośrednictwo. Nie spojrzał w moją stronę. Zwyciężyła uczciwość, to znaczy uczciwość podparta szybką oceną łatwo - wierności Cochenoura.

- Niewielka różnica, istotnie - przyznał. - Na powierzchni wszystko bardzo gorące i suche, przynajmniej w promieniu tysiąca kilometrów. Ale nie miąłem na myśli powierzchni.

- Wiec co?

- Ach, saar, nory Hiczich! Zaraz pod tym osiedlem ciągną się na wiele mil. Można by znaleźć przewodnika...

- Nie bierze mnie - mruknął Cochenour. - W każdym razie nie tak blisko.

- Saar?

- Jeśli przewodnik może nas tam poprowadzić - wyjaśnił Cochenour - to znaczy, że są zbadane. Co oznacza, że już wyszabrowane. Cóż w tym ciekawego?

- Oczywiście - przyznał natychmiast Yastra. - Rozumiem, co pan ma na myśli, saar.

Humor wyraźnie mu się poprawił i czułem jak jego radar skierował się na mnie, by go upewnić, że słucham, choć w ogóle nie patrzył w moją stronę..

- Prawdę mówiąc - dodał - zawsze jest szansa natrafienia na nowe wykopaliska, saar, pod warunkiem, że wie się, gdzie szukać. Czy mam racje przyjmując, że to by pana zainteresowało?

Trzecia Yastry przyniosła mojego drinka i cieniutki papierek z kserokopią.

- Trzydzieści procent - szepnąłem jej. - Powiedz Subowi. Ale bez targów i bez nikogo innego w licytacji...

Kiwnęła głową i zrobiła do mnie oko. Była tak samo pewna jak ja, że Ziemniak już połknął przynętę. Miałem zamiar sączyć mojego drinka tak długo jak się da, jednak widząc zbliżającą się pomyślność byłem gotów ją uczcić i pociągnąłem duży, serdeczny tyk.

Ale przynęcie brakowało haczyka. Nieoczekiwanie Ziemniak wzruszył ramionami.

- Założę się, że to strata czasu - mruknął. - Naprawdę tak myślę. Jeżeli ktoś wie gdzie szukać, to sam by już tam poszukał, prawda?

- Ach, proszę pana! - zawołał Subhash Yastra. - Przecież są setki niezbadanych tuneli! Tysiące! A w nich, kto wie, może bezcenne skarby?

Cochenour potrząsnął głową.

- Daj sobie spokój - powiedział. - Przynieś nam jeszcze drinka. I postaraj się, żeby tym razem lód był naprawdę zimny.

*

Z lekka zachwiany w nadziejach odstawiłem swój kubek, odwróciłem się nieco od Ziemniaków, by ukryć dłoń i zerknąłem do odbitki raportu Suba, by zorientować się, czy nie ma tam czegoś, co wyjaśniałoby czemu Cochenour stracił zainteresowanie sprawą.

Nie było. Ale za to wiele się dowiedziałem. Dziewczyna, która była z Cochenourem nazywała się Dorota Keefer. Podróżuje z nim od paru lat, tym razem po raz pierwszy poza Ziemie - Nie było nic na temat ich małżeństwa ani projektów na nie, przynajmniej z jego strony. Ona miała niewiele ponad dwadzieścia, wiek rzeczywisty, nie fingowany lekami i przeszczepami. Sam Cochenour mocno przekroczył dziewięćdziesiątkę.

Oczywiście nie wyglądał ani na to, ani nawet blisko tego. Przyglądałem się jak podchodził do stolika; jak na człowieka jego wzrostu poruszał się lekko i sprężyście. Forsą miał z własności ziemskiej i petro-żywności; według informacji był jednym z pierwszych milionerów naftowych, którzy przestawili się ze sprzedaży paliwa do samochodów i ogrzewania na produkcje żywności, hodując algi w surowej ropie z własnych szybów i po przetworzeniu sprzedając je dla celów konsumpcyjnych. Już nie był zwykłym milionerem, ale kimś znacznie większym.

I to wyjaśniało jego wygląd. Korzystał z Pełnej Lekarskiej z dodatkami. Sprawozdanie podawało, że serce ma tytanowo - plastykowe. Płuca przeszczepione z dwudziestolatka, który zginął w katastrofie helikoptera. Działanie skóry, muskułów i tkanki tłuszczowej, nie mówiąc już o różnych systemach gruczołowych, podtrzymywał hormonami i biostymulatorami kosztem dobrze ponad tysiąca dolarów dziennie. Sądząc z tego, jak poklepał siedzącą obok niego dziewczynę, dostawał wszystko, co się należało za te pieniądze. Wyglądał i zachowywał się jakby miał nie więcej niż czterdziestkę, może zdradzało go tylko spojrzenie jasnoniebieskich zimnych jak diamenty, znużonych i nieufnych oczu.

Cóż za wspaniały jeleń! Przełknąłem resztę mego drinka i kiwnąłem na Trzecią, by mi przyniosła następny. Musiał istnieć sposób zmuszenia go, by wynajął moją kapsułę.

Trzeba go tylko było znaleźć.

Za barierką kafejki Yastry połowa Wrzeciona myślała oczywiście w ten sam sposób. Byliśmy na dnie martwego sezonu; banda Hohmannowska miała przylecieć dopiero za trzy miesiące, wszystkim nam zaczynało brakować pieniędzy. Mój przeszczep wątroby był malutką dodatkową zachętą. Z setki głodnych szczurów, których widziałem kątem oka, dziewięćdziesięciu dziewięciu potrzebowało nie mniej pilnie niż ja chapnąć coś z forsy bogatego turysty tylko po to, by zostać przy życiu.

Ale wszyscy nie mogli tego zrobić. Dwóch z nas, trzech, może nawet i tuzin mogło załapać tyle, by to coś naprawdę znaczyło. Nie więcej. A ja musiałem być jednym z tych niewielu.

Łyknąłem potężnie mego drugiego drinka, dałem ostentacyjnie Trzeciej Yastry hojny napiwek i leniwie odwróciłem się twarzą wprost do Ziemniaków.

Dziewczyna rozmawiała z grupką sprzedawców pamiątek z miną równocześnie zaciekawioną i niepewną.

- Boyce? - zapytała, patrząc na niego przez ramie.

- Co tam?

- Do czego to służy?

Przechylił się przez barierkę i popatrzył.

- Wygląda na wachlarz - powiedział.

- Zgadza się, wachlarz modlitewny Hiczich! - zawołał handlarz. Znałem go, był to Booker Allemang, weteran Wrzeciona. - Sam go znalazłem, panienko! Spełni każde pani życzenie, codziennie dostaje listy od klientów donoszących o cudownych rezultatach...

- Przynęta na frajerów - warknął Cochenour. - Kup sobie jeśli chcesz.

- Ale co on powoduje? Zaśmiał się chrapliwie.

- To, co każdy wachlarz. Chłodzi. - I popatrzył na mnie z uśmiechem.

*

Dopiłem drinka, kiwnąłem głową, wstałem i podszedłem do ich stolika.

- Witajcie na Wenus - powiedziałem. - Czy mogę państwu w czymś pomóc? Dziewczyna, nim mi odpowiedziała, spojrzeniem zapytała Cochenoura o zgodę.

- Uważam, że to jest bardzo ładne - oświadczyła.

- Bardzo - potwierdziłem. - Czy zna pani historie Hiczich?

Cochenour wskazał mi gestem krzesło. Usiadłem i ciągnąłem dalej.

- Zbudowali te tunele mniej więcej ćwierć miliona lat temu. Mieszkali tu przez parę stuleci, w ocenach są duże różnice. Potem odeszli. Zostawili po sobie masą szmelcu i trochę rzeczy, które nie są szmelcem, miedzy innymi te wachlarze. Niektórzy tutejsi naciągacze, jak ten Be-gie, co tu stoi, wpadli na pomysł nazwania ich “wachlarzami modlitewnymi" i sprzedawania ich turystom, by sobie z ich pomocą zamawiali życzenia.

Allemang nie tracił ani słowa z tego co mówiłem, starając się odgadnąć, do czego zmierzam.

- Przecież wiesz, że to prawda - powiedział.

- Ale wy dwoje jesteście za inteligentni na tego rodzaju gadki - ciągnąłem. - Niemniej przyjrzyjcie się im. Są dość piękne, by warto je było mieć nawet bez tej opowiastki.

- Oczywiście! - zawołał Allemang. - Popatrz, panienko, jakie ten rzuca iskry! A te szare i czarne kryształy, jak pięknie kontrastują z pani blond włosami!

Dziewczyna rozwinęła wachlarz usiany kryształami. Tworzył zwój, ale w kształcie stożka. Wystarczyło najlżejsze dotkniecie kciuka by rozwinął się i gdy dziewczyna powiała nim lekko, wyglądała naprawdę bardzo pięknie. Jak wszystkie hiczijskie wachlarze ważył tylko z dziesięć gramów, a jego krystaliczna koronka odbijała zarówno światło luminescencyjnych hiczijskich ścian jak i świetlówek, które zainstalowaliśmy tu my, szczury tego podziemnego labiryntu. Rzucał na wszystkie strony tęczowe iskry.

- Ten typ nazywa się Booker Garey Allemang - powiedziałem. - Sprzeda wam taki sam towar jak inni, ale nie oszuka was tak bardzo jak większość z nich.

Cochenour spojrzał na mnie surowo, następnie przywołał gestem Suba Yastre zamawiając następną kolejkę.

- Dobra - oświadczył. - Jeśli będziemy kupować, kupimy od ciebie, Booker Garey Allemang. Ale nie teraz.

Zwrócił się do mnie.

- A pan co chce nam sprzedać?

- Siebie i moją kapsułę powietrzną, jeśli pan chce szukać nowych tuneli. Oboje jesteśmy najlepsi w naszych kategoriach.

- Ile?

- Milion dolarów - odrzekłem natychmiast. - Za całość.

Nie odpowiedział od razu, choć z pewną przyjemnością zauważyłem, że cena nie zrobiła na nim większego wrażenia. Wyglądał tak miło, a przynajmniej tak samo spokojnie znudzony, jak zawsze.

- Napijmy się - powiedział, gdy Vastra i jego Trzecia nas obsłużyli. Dłonią ze szklanką zrobił gest pokazując Wrzeciono. - Wiadomo do czego to służyło? - zapytał.

- To znaczy, po co Hiczi to zbudowali? Nie. Byli dość niskiego wzrostu, wiec nie było wyrobiskiem kopalnianym. A gdy to odkryto, było całkiem puste.

Spojrzał wyrozumiale na ruchliwe otoczenie, na balkony wycięte w pochyłych ścianach Wrzeciona, gdzie mieściły się knajpy podobne do tej, w której siedzieliśmy, szeregi kiosków z pamiątkami, w większości zamkniętych w związku z martwym sezonem. Mimo to parę setek szczurów podziemnych kręciło się dookoła, a ich ilość była tym większa, im dłużej Cochenour i dziewczyna siedzieli przy stoliku.

- Niewiele jest tu do oglądania, prawda? - powiedział. - Dziura w ziemi i masa ludzi próbujących dobrać się do moich pieniędzy.

Wzruszyłem ramionami.

Znów wyszczerzył zęby.

- No to po co tu przyjechałem, co? Ano, to dobre pytanie, ale ponieważ pan go nie zadał, ja nie musze odpowiadać. Chce pan milion dolarów. Policzmy sobie. Sto za wynajęcie kapsuły. Sto osiemdziesiąt czy coś koło tego miesięcznie za wynajem sprzętu. Minimum dziesięć dni, ale raczej trzy tygodnie. Żywność, zapasy, zezwolenia, jeszcze pięćdziesiąt. To już prawie siedemset tysięcy, nie licząc pańskiego honorarium i tego, co pan musi odpalić naszemu gospodarzowi za to, że nie wyrzucił pana z lokalu. Zgadza się Walthers?

Miałem pewne trudności z przełknięciem drinka, który już - miałem w ustach, ale udało mi się odpowiedzieć:

- To by się zgadzało, Mr. Cochenour. - Nie uważałem, by należało go informować, że mam własny sprzęt jak również kapsułę, choć nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że wie także i o tym.

- No to umowa stoi. I chce odlecieć tak szybko, jak się da, czyli, hmm, mniej więcej o tej samej godzinie jutro.

- W porządku - odrzekłem, unikając spojrzenia Suba Yastry, w którego jakby piorun strzelił. Miałem zarówno coś do zrobienia, jak i do przemyślenia. Zaskoczył mnie zupełnie, a to nie jest dobre, gdy nie można sobie pozwolić na zrobienie błędu. Wiem, że zauważył, iż znam jego nazwisko. To było w porządku, zdawał sobie sprawę, że sprawdziłem go natychmiast. Ale dziwne było, że on znał moje.

III

 

 

Pierwsze, co miałem do zrobienia, to dokładnie skontrolować mój sprzęt; drugie: pójść do związku zawodowego, poświadczyć kontrakt i załatwić umowę z Sub Yastrą. Trzecie: zobaczyć się z lekarzem. Chwilowo moja wątroba nie sprawiała kłopotów, ale przerwałem przecież picie alkoholu.

Sprawdzenie, że wszystko czego będziemy potrzebować podczas wyprawy jest sprawne, ze wszystkimi częściami zamiennymi, których moglibyśmy potrzebować, zajęło mi około godziny. Znachornia leżała po drodze do biura związku, wstąpiłem wiec najpierw tam. Nowiny były nie gorsze niż oczekiwałem; dr Morius starannie przestudiował odczyty swych aparatów. Okazało się, że jego staranność kosztuje sto pięćdziesiąt dolarów, on zaś wyraził ostrożną nadzieje, że przeżyje trzy tygodnie z dala od jego gabinetu pod warunkiem, że będę brał wszystko co mi przepisze i nie będę przekraczał bardziej niż zwykle zalecanej mi diety.

- A gdy wrócę? - zapytałem.

- Mniej więcej to samo, Audee - powiedział pogodnie. - Kompletne załamanie w ciągu, och, powiedzmy dziewięćdziesięciu dni. - Postukał końcami palców. - Słyszałem, że dorwałeś nadzianego - dodał. - Chcesz się zapisać na przeszczep?

- A ile, według tego co słyszałeś, to nadzienie będzie warte?

- Och, cena jest w każdym wypadku ta sama - odrzekł dobrodusznie. - Dwieście, plus szpital, anestezjolog, przedoperacyjna porada psychiatry, lekarstwa; wiesz już ile.

Wiedzi...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]