[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Frederick Forsyth

Weteran

(The Veteran)

Z angielskiego przełożyli:

Jacek Manicki

Arkadiusz Nakonieczni

Witold Nowakowski

Data wydania oryginalnego 2000

Data wydania polskiego 2001

Weteran

 

Dzień pierwszy: wtorek

 

Właściciel małego wielobranżowego sklepu na rogu widział wszystko, a przynajmniej tak twierdził. Układając towary na wystawie, w pewnej chwili podniósł wzrok i zobaczył tego mężczyznę po drugiej stronie ulicy. Mężczyzna był zupełnie niepozorny i sklepikarz z pewnością nie poświęciłby mu ani odrobiny uwagi, gdyby nie to, że tamten utykał. Właściciel sklepu zeznał później, że poza tym na ulicy nie było nikogo.

Pod warstwą szarych chmur dzień był gorący i parny, powietrze lepiło się do ciał. Nie wiadomo czemu tak nazwana Paradise Way wyglądała równie obskurnie i beznadziejnie jak zawsze: handlowa ulica w sercu jednego z upstrzonych graffiti, umęczonych, wycieńczonych przestępczością osiedli szpecących krajobraz między Leyton, Edmonton, Dalston i Tottenham.

Trzydzieści lat wcześniej, podczas uroczystej ceremonii otwarcia, Meadowdene Grove nazywano „nowym, wzorcowym osiedlem domów komunalnych dla klasy pracującej”, już sama nazwa była jednak grubym nieporozumieniem: miejsce to nie miało nic wspólnego z łąką ani parowem, ostatni zagajnik wycięto zaś w tych okolicach jeszcze w średniowieczu *.[* Meadow - łąka; dene - parów; grove - zagajnik (przyp. tłum.).] W rzeczywistości osiedle przypominało betonowy gułag, powstało dzięki uchwale komunizującej rady miejskiej, a zaprojektowali je architekci mieszkający w przytulnych jednorodzinnych domkach z dala od miast.

Upadek Meadowdene Grove przebiegał w iście oszałamiającym tempie, którego mógłby pozazdrościć niejeden kamień. W roku 1996 labirynt przejść, pasaży i bram łączących budynki cuchnął i wyglądał jak kloaka; życie pojawiało się tam wyłącznie nocami, kiedy gangi miejscowej bezrobotnej (i niezdatnej do jakiejkolwiek pracy) młodzieży przeczesywały teren w poszukiwaniu handlarzy narkotyków, by odebrać od nich haracz. Dawni robotnicy, a obecnie emeryci, kurczowo trzymający się przebrzmiałych zasad i niegdysiejszej moralności, żyli za zabarykadowanymi drzwiami w śmiertelnym lęku przed grasującymi wokół stadami wilków. Między sześciopiętrowymi budynkami z zewnętrznymi klatkami schodowymi znajdowały się spłachetki czegoś, co dawno temu miało być trawnikami, a gdzie obecnie walały się zardzewiałe skorupy skanibalizowanych samochodów. Wewnętrzne alejki krzyżowały się na dziedzińcach, które w zamyśle miały stanowić miejsca spotkań i odpoczynku, po czym biegły dalej, do Paradise Way.

Główny handlowy deptak niegdyś kipiał życiem, potem jednak sklepy stopniowo zamykano, w miarę jak ich właścicielom przykrzyła się walka z drobnymi kradzieżami, poważnymi włamaniami, wandalizmem i rasistowskimi ekscesami. Ponad połowa była już zamknięta na głucho, te zaś, które pozostały, miały szyby wystawowe ukryte za gęstymi metalowymi siatkami.

Pan Veejay Patel wciąż trwał na swym posterunku na rogu. Do Wielkiej Brytanii przybył w wieku dziesięciu lat z rodzicami uciekającymi przed prześladowaniami reżimu Idiego Amina. Wielka Brytania udzieliła im schronienia. Był jej za to ogromnie wdzięczny. Wciąż kochał swą przybraną ojczyznę, przestrzegał prawa, starał się być dobrym obywatelem i coraz bardziej dziwił się charakterystycznemu dla lat dziewięćdziesiątych upadkowi obyczajów.

Na tym terenie, zwanym przez londyńską policję Kwadratem Północno-Wschodnim, nikt obcy nie mógł czuć się bezpiecznie. Utykający mężczyzna był obcy.

Od narożnika dzieliło go jeszcze zaledwie piętnaście jardów, kiedy z wąskiej betonowej alejki między dwoma nieczynnymi sklepami wyłoniły się dwie postaci i zagrodziły mu drogę. Pan Patel znieruchomiał przy oknie. Dwaj młodzi ludzie bardzo się różnili, ale wyglądali równie groźnie. Doskonale znał oba typy. Jeden był pękaty, - z ogoloną na łyso głową i świńską twarzą. Nawet z odległości mniej więcej trzydziestu jardów pan Patel doskonale widział kolczyk połyskujący w jego lewym uchu. Ubrany był w bufiaste dżinsy i poplamioną bawełnianą koszulkę, nad szerokim skórzanym paskiem zwieszał się piwny kałdun. Stanął jak głaz przed utykającym mężczyzną, który, chcąc nie chcąc, musiał się zatrzymać.

Drugi był szczuplejszy, w jasnych drelichowych spodniach i zapinanej na suwak szarej wiatrówce. Proste przetłuszczone włosy sięgały mu poniżej uszu. Ten zajął pozycję za plecami ofiary.

Pękaty zacisnął pięść i zbliżył ją do twarzy mężczyzny. Pan Patel zauważył metaliczny błysk na palcach. Widział, że pękaty porusza ustami, ale nie słyszał, co mówi do obcego. Wystarczyłoby, żeby utykający mężczyzna oddał napastnikom portfel, zegarek i cokolwiek jeszcze cennego miał przy sobie. Przy odrobinie szczęścia miałby szansę wyjść z tego bez nawet jednego draśnięcia.

Wybrał jednak znacznie gorsze rozwiązanie. Napastnicy przewyższali go przecież liczebnością i siłą. Sądząc po siwych włosach, nie był już młodzieniaszkiem, na dodatek zaś miał niesprawną nogę, a jednak postanowił walczyć.

Cios, który zadał prawą ręką, był tak szybki, że pan Patel z trudem go dostrzegł. Mężczyzna zatoczył szeroki łuk ramieniem i pochylił się do przodu, by zwiększyć siłę uderzenia. W chwili kiedy pięść zetknęła się z nosem pękatego, rozległ się wrzask, który dotarł do uszu pana Patela nawet przez grubą, kilkuwarstwową szybę witryny jego sklepu.

Pękaty zasłonił twarz rękami i zatoczył się wstecz. Spomiędzy jego palców pociekła strużka krwi. Podczas składania zeznań sklepikarz musiał w tym momencie przerwać i zastanowić się, by dokładnie odtworzyć przebieg kolejnych wydarzeń. Tłustowłosy zadał od tyłu mocny cios w nerki, po czym kopnął mężczyznę w zgięcie kolana zdrowej nogi. To wystarczyło, by ofiara osunęła się na chodnik.

W Meadowdene Grove nosiło się albo sportowe pantofle (żeby szybko się poruszać), albo wojskowe buciory (żeby mocno kopać). Obaj napastnicy mieli na nogach wojskowe buciory. Człowiek na chodniku zwinął się w kłębek, chroniąc najbardziej wrażliwe części ciała, ale w konfrontacji z dwoma parami ciężko obutych stóp nie miał żadnych szans - tym bardziej że pękaty skoncentrował się na głowie.

W sumie, zdaniem sklepikarza, napastnicy zadali około dwudziestu kopnięć, może nawet więcej, zanim ofiara wreszcie znieruchomiała. Wówczas tłustowłosy pochylił się i sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki mężczyzny.

Pan Patel widział, jak wyciąga stamtąd portfel, a zaraz potem obaj napastnicy odwrócili się i zniknęli w betonowej alejce między sklepami. Pękaty zadarł koszulkę i przyciskał jej skraj do krwawiącego nosa. Sklepikarz natychmiast pobiegł za kontuar, podniósł słuchawkę i wystukał 999. Ponieważ telefonistka nie chciała przyjąć anonimowego zgłoszenia, musiał podać nazwisko i adres. Jak tylko formalnościom stało się zadość, poprosił o przysłanie policji i karetki pogotowia, po czym odłożył słuchawkę i wrócił na posterunek obserwacyjny przy oknie wystawowym. Mężczyzna wciąż leżał bez ruchu na chodniku. Nikt się nim nie zajmował. W takiej okolicy ludzie starają się nie wtrącać w nie swoje sprawy. Pan Patel naturalnie udzieliłby rannemu pomocy, gdyby miał na ten temat jakiekolwiek pojęcie. Bał się, że postępując niewłaściwie, wyrządzi ofierze jeszcze większą krzywdę. Bał się też o swój sklep i o to, że napastnicy być może wrócą, więc tylko stał i czekał.

Jako pierwszy, w niespełna cztery minuty po wezwaniu, zjawił się radiowóz. Przypadek sprawił, że dwaj funkcjonariusze akurat przejeżdżali prawie pół mili od miejsca zdarzenia, w dodatku zaś obaj dobrze znali okolicę, ponieważ tu właśnie zostali skierowani podczas wiosennych zamieszek rasowych.

Jak tylko samochód zatrzymał się z piskiem opon i ucichło zawodzenie syreny, jeden policjant wysiadł i podbiegł do nieruchomego człowieka, drugi zaś połączył się przez radio z centralą, aby upewnić się, czy karetka jest w drodze. Pan Patel widział, jak obaj funkcjonariusze spoglądają w kierunku jego sklepu, lecz żaden z nich nie przeszedł na drugą stronę ulicy, by potwierdzić, że właśnie stąd telefonowano po pomoc. To mogło poczekać. Zaraz potem zza rogu, z włączoną syreną i migającymi światłami, wyjechała karetka. Na Paradise Way pojawili się też pierwsi gapie, lecz wszyscy trzymali się z daleka. Później policja usiłowała nakłonić ich do złożenia zeznań, ale bezskutecznie: w Meadowdene Grove wszyscy cenią sobie rozrywkę, nikt jednak nie spieszy się, by pomagać policji.

W karetce byli dwaj sanitariusze, doskonale wyszkoleni i doświadczeni. Dla nich, podobnie jak dla policji, przepisy są przepisami i trzeba ich skrupulatnie przestrzegać.

- Chyba dostał parę kopniaków - powiedział policjant, który przyklęknął przy ofierze. - Nie wygląda najlepiej.

Sanitariusze skinęli głowami, po czym wzięli się do pracy. Ponieważ nie stwierdzili zewnętrznego krwotoku, najważniejszym zadaniem stało się unieruchomienie karku. Ofiary wypadków często przypłacały śmiercią interwencje niedouczonych ratowników, którzy nieświadomie doprowadzali do nieodwracalnego uszkodzenia rdzenia kręgowego. W tym wypadku o niczym takim nie mogło być mowy, ponieważ sprawne ręce błyskawicznie założyły ofierze półsztywny kołnierz.

Następnie ułożono go na podkładce usztywniającej zarówno kark, jak i kręgosłup, i dopiero wtedy znalazł się na noszach, a chwilę później w karetce. Sanitariusze działali sprawnie i fachowo; zaledwie pięć minut po dotarciu na miejsce byli już gotowi do odjazdu.

- Zabiorę się z wami - powiedział policjant, który jako pierwszy znalazł się przy ofierze. - Może będzie chciał złożyć zeznanie.

Zawodowcy ze służb ratowniczych doskonale wiedzą, kto się czym zajmuje i dlaczego. Pozwala to zaoszczędzić mnóstwo czasu. Jeden z sanitariuszy skinął głową. Karetka to był jego teren i on tu rządził, ale policja też miała swoją robotę do wykonania. Zdawał sobie jednak doskonale sprawę, iż szansa na to, że ofiara wypowie choćby jedno sensowne słowo, jest znikoma, burknął więc:

- Dobra, ale nie przeszkadzaj. Marnie z nim.

Policjant zajął miejsce z przodu kabiny, tuż przy przepierzeniu. Kierowca zatrzasnął tylne drzwi, pobiegł na swoje miejsce, drugi sanitariusz pochylił się nad nieprzytomnym mężczyzną. Dwie sekundy później karetka ruszyła z przeraźliwym wyciem syreny, minęła gapiów zgromadzonych na Paradise Way i skręciła w zatłoczoną High Road. Policjant trzymał się uchwytu i obserwował przy pracy profesjonalistę z nieco innej branży.

Drogi oddechowe, przede wszystkim udrożnić drogi oddechowe! Korek z krwi i śluzu w tchawicy może zabić człowieka równie szybko i skutecznie jak pocisk karabinowy. Za pomocą małej pompki sanitariusz usunął niewielką ilość śluzu i odrobinkę krwi. Drogi oddechowe wolne, oddech płytki, ale stabilny. Na wszelki wypadek sanitariusz założył rannemu na opuchniętą twarz maskę tlenową. Ta szybko powiększająca się opuchlizna bardzo go niepokoiła. Zbyt dobrze znał ten objaw. Puls: regularny, lecz niezbyt szybki, jeszcze jedna oznaka ewentualnego uszkodzenia mózgu. W piętnastopunktowej „skali śpiączkowej” piętnaście punktów oznacza całkowitą przytomność, trzy - głęboką śpiączkę. Dwa i jeden to śmierć. Pacjent kwalifikował się na jedenaście punktów, z tendencją spadkową.

- Do Królewskiego! - zawołał, przekrzykując zawodzenie syreny. - Niech szykują zespół neuro!

Kierowca skinął głową, przejechał pod prąd przez ruchliwe skrzyżowanie, po czym skręcił w kierunku Whitechapel. Szpital Królewski przy Whitechapel Road pełnił stały dyżur neurochirurgiczny; kilka dodatkowych minut straconych na dojazd mogło później okazać się zbawienne w skutkach.

Kierowca podał centrali swoją dokładną pozycję, szacunkowy czas przybycia do szpitala oraz przekazał prośbę o przygotowanie zespołu operacyjnego.

Sanitariusz miał rację. Jednym z objawów poważnego uszkodzenia mózgu, szczególnie w wyniku pobicia, jest błyskawiczne puchnięcie tkanki miękkiej twarzy i głowy, która w krótkim czasie przybiera monstrualne, wręcz karykaturalne rozmiary. Twarz rannego zaczęła puchnąć jeszcze wtedy, kiedy leżał na chodniku; w chwili gdy karetka zajechała przed wejście do Szpitala Królewskiego, jego głowa wyglądała jak futbolówka. Otworzyły się drzwi, nosze wyjechały z karetki, nieprzytomny mężczyzna znalazł się pod opieką zespołu urazowego. Trzema lekarzami, w tym jednym anestezjologiem, i trzema pielęgniarkami dowodził Carl Bateman. Otoczyli nosze, przenieśli pacjenta (wciąż z usztywnionym karkiem i kręgosłupem) na szpitalne i zabrali go.

- A moja deska i kołnierz?! - zawołał sanitariusz, ale nikt go nie usłyszał. Wszystko wskazywało na to, że będzie musiał odebrać je nazajutrz.

Z karetki wygramolił się policjant.

- Którędy poszli?

- Tędy. - Sanitariusz wskazał mu drogę. - Tylko nie przeszkadzaj.

Funkcjonariusz skinął głową i wszedł przez uchylne drzwi, wciąż licząc na zeznanie. Zamiast niego usłyszał polecenie pielęgniarki:

- Proszę tu usiąść i czekać.

Tymczasem na Paradise Way działo się mnóstwo rzeczy. Dowodzenie objął inspektor z posterunku przy Dover Street, w tej okolicy zwanego „puszką przy Dover”. Miejsce zdarzenia odgrodzono pasiastą taśmą, kilkunastu policjantów przeczesywało najbliższy teren, szczególną uwagę poświęcając sklepom wzdłuż ulicy i wznoszącym się nad nimi sześciu piętrom mieszkań. Najbardziej interesowały ich budynki po przeciwnej stronie ulicy, istniało bowiem spore prawdopodobieństwo, iż ktoś z mieszkańców widział cały przebieg wydarzeń. Niestety, niewiele udało im się osiągnąć: reakcje potencjalnych świadków wahały się między autentycznym zażenowaniem a oślim uporem i nieskrywanym szyderstwem. Funkcjonariusze uparcie próbowali dalej.

Inspektor bardzo szybko poprosił o przysłanie kolegi z wydziału kryminalnego, gdyż nie ulegało wątpliwości, że szykuje się praca dla detektywów. W „puszce przy Dover” detektyw Jack Burns musiał zostawić w kantynie niedopitą herbatę oraz samotnego nadinspektora Alana Parfitta, by przejąć sprawę rozboju przy Paradise Way. Co prawda protestował, że to niemożliwe, bo przecież zajmuje się już kilkoma kradzieżami samochodów i ucieczką z miejsca wypadku, nazajutrz zaś ma stawić się na rozprawie w sądzie, ale niewiele mu to dało. Za mało ludzi, tyle usłyszał w odpowiedzi na swoje żale. Cholerny sierpień, mamrotał wściekle pod nosem, wychodząc z posterunku.

Na miejscu przestępstwa zjawił się wraz ze swym partnerem, detektywem Luke’em Skinnerem, mniej więcej w tym samym czasie co Zespół Zabezpieczania Śladów. Członkowie tych zespołów nie mają łatwego życia: w roboczych kombinezonach i gumowych rękawiczkach przeszukują miejsca popełnienia przestępstw w poszukiwaniu wszystkiego, co może mieć wartość dowodową. Ponieważ na pierwszy rzut oka dość trudno ustalić, co taką wartość będzie miało, co zaś nie, z zasady zgarnia się wszystko, co wpadnie w ręce, i pakuje się w torebki. Zadanie stwierdzenia, co to jest i czy na cokolwiek się przyda, odkłada się na później. W pracy tej trzeba niekiedy łazić na czworakach w niezbyt przyjemnych miejscach. Osiedle Meadowdene Grove z pewnością się do nich zaliczało.

- Brakuje portfela, Jack - powiedział inspektor, który zdążył już porozmawiać z panem Patelem. - A jeden z napastników ma rozbity nos. Próbował powstrzymać krwotok bawełnianą koszulką. Niewykluczone, że krew kapała na ziemię.

Burns skinął głową. Podczas gdy członkowie Zespołu Zabezpieczania Siadów penetrowali na czworakach i w kucki cuchnące zakamarki, mundurowi policjanci zaś bezskutecznie szukali świadków, Jack Burns udał się do sklepu pana Veejay a Petela.

- Detektyw Burns - przedstawił się, prezentując odznakę - a to mój współpracownik, detektyw sierżant Skinner. Rozumiem, że to pan wezwał pomoc?

Jack Burns pochodził z Devon, w londyńskiej policji pracował od trzech lat, przez cały czas w „puszce przy Dover”. W rodzinnych stronach przywykł do tego, że obywatele chętnie i ze wszystkich sił pomagają stróżom porządku publicznego; po przenosinach do stolicy doznał więc potwornego szoku. Pan Patel stanowił dla niego nie lada zaskoczenie, przypomniał mu bowiem o starych, dobrych czasach na prowincji. Nie dość, że naprawdę chciał pomóc, to jeszcze starał się zeznawać jasno, precyzyjnie i szczegółowo. Dokładnie opowiedział, co widział, i opisał sprawców. Jack Burns zapałał do niego autentyczną sympatią. Gdyby we wszystkich sprawach występowali tacy świadkowie jak Veejay Patel z Entebe i Edmonton! Nad Meadowdene Grove zapadał już zmierzch, kiedy właściciel sklepu złożył podpis pod spisanymi przez Skinnera zeznaniami.

- Chciałbym, żeby pojechał pan z nami na posterunek i rzucił okiem na kilka zdjęć - powiedział Burns. - Może uda się panu rozpoznać któregoś z napastników. Ogromnie ułatwiłoby nam pracę, gdybyśmy od początku wiedzieli, kogo szukać.

Pan Patel strasznie się zakłopotał.

- Bardzo proszę, nie dzisiaj! Jestem sam w sklepie, zamykam dopiero o dziesiątej. Ale jutro wraca mój brat. Był na wakacjach, rozumiecie panowie: sierpień. Mógłbym przyjść rano.

Dziesiąta trzydzieści w sądzie, przypomniał sobie Burns. Cóż, będzie musiał zostawić to Skinnerowi.

- W takim razie o jedenastej? Wie pan, gdzie jest komisariat przy Dover Street? Proszę powiedzieć, że jest pan ze mną umówiony.

- Mało jest takich jak on - zauważył Skinner, kiedy wracali do samochodu.

- Podoba mi się - odparł Burns. - Kiedy złapiemy tych drani, chyba uda nam się zapuszkować ich na dłużej.

W drodze powrotnej na posterunek Burns dowiedział się przez radio, dokąd zabrano ofiarę i kto jej pilnuje. Pięć minut później połączył się z funkcjonariuszem.

- Całe ubranie, łącznie z zawartością kieszeni i wszystkim, co miał przy sobie, trzeba zapakować w torby i dostarczyć do komisariatu. No i oczywiście dokumenty. Wciąż nie wiemy, jak się nazywa. Kiedy wszystko będzie gotowe, dajcie znać, to przyślemy kogoś, żeby was zmienił.

Carla Batemana nie obchodziło ani nazwisko i adres człowieka na noszach, ani to, kto potraktował go w tak bezwzględny sposób. Batemana interesowało tylko jedno: utrzymać go przy życiu. Z izby przyjęć nosze pojechały prosto na salę reanimacyjną. Bateman był pewien, że ofiara doznała bardzo licznych obrażeń, ale zasady były proste: najpierw te bezpośrednio zagrażające życiu, reszta potem.

Na początek drogi oddechowe. Sanitariusz wykonał dobrą robotę. Pomimo lekkiego charkotu, drogi oddechowe były wolne, a kark prawidłowo usztywniony.

Kolejna sprawa to oddech. Bateman polecił rozciąć pacjentowi koszulę na piersi, po czym dokładnie zbadał go stetoskopem. Przy okazji stwierdził złamanie kilku żeber, lecz uszkodzenia te, podobnie jak zmiażdżone palce lewej ręki i powybijane zęby, nie zagrażały bezpośrednio życiu. Pacjent oddychał w miarę regularnie - gdyby było inaczej, wszelkie inne uszkodzenia ciała, rzecz jasna, przestałyby mieć jakiekolwiek znaczenie. Niepokojący był natomiast puls, który uderzał już ponad sto razy na minutę. Mogło to świadczyć o poważnych obrażeniach wewnętrznych.

Krążenie. W ciągu niespełna minuty założono dwa wenflony; jeden posłużył do pobrania dwudziestu mililitrów krwi do analizy, do drugiego podłączono kroplówkę.

Stan ogólny. Sprawy nie miały się najlepiej: twarz i głowa wyglądały tak, jakby nie należały do istoty ludzkiej, wskaźnik skali śpiączkowej osiągnął sześć i ciągle spadał. Wszystko wskazywało na poważny uraz mózgu; Carl Bateman po raz kolejny pomyślał z uznaniem o sanitariuszu, który podjął decyzję o przewiezieniu pacjenta właśnie do tego szpitala. Zadzwonił na oddział tomografii komputerowej i uprzedził, że za pięć minut zjawi się tam pacjent w ciężkim stanie, następnie zaś połączył się ze swoim kolegą, neurochirurgiem Paulem Willisem.

- Podejrzewam duży krwiak śródczaszkowy - powiedział. - Spadł już do piątki i ciągle idzie w dół.

- Dajcie mi go, jak tylko będzie gotowy wydruk z tomografu - odparł neurochirurg.

Mężczyzna miał na sobie buty i skarpetki, bieliznę, koszulę, spodnie z paskiem, marynarkę i cienki płaszcz przeciwdeszczowy. Poniżej pasa nie było żadnych problemów: wszystko po prostu ściągnięto. Aby uniknąć ryzyka uszkodzenia kręgosłupa, płaszcz, marynarka i koszula zostały rozcięte. Następnie ubranie, łącznie z zawartością kieszeni, zapakowano w foliowe worki i przekazano uradowanemu funkcjonariuszowi, czekającemu w izbie przyjęć. Wkrótce potem zjawił się jego zmiennik, on zaś zawiózł zdobycz na Dover Street, do czekającego niecierpliwie Jacka Burnsa.

Badanie tomograficzne potwierdziło najgorsze podejrzenia Carla Batemana: krwotok do jamy czaszki. Ucisk krwi na mózg był już tak duży, iż lada chwila mógł okazać się śmiertelny albo spowodować nieodwracalne skutki.

O dwudziestej piętnaście pacjent trafił na stół operacyjny. Dzięki komputerowym wydrukom doktor Willis miał doskonały przegląd sytuacji i mógł stosunkowo łatwo dotrzeć do rejonu zagrożenia.

Najpierw w czaszce wywiercono trzy małe otworki, które następnie połączono prostymi cięciami. Po usunięciu trójkątnego fragmentu kości usunięto krew powodującą ucisk na mózg oraz podwiązano uszkodzone naczynia krwionośne. Tkanka mózgowa ponownie wypełniła przeznaczoną dla niej przestrzeń, brakujący fragment czaszki trafił z powrotem na miejsce, na skórę założono szwy, a całość spowito bandażami. Doktor Willis mógł mieć nadzieję, że nie spóźnił się z interwencją.

Ludzkie ciało to przedziwne urządzenie: może umrzeć od ukąszenia pszczoły, niekiedy zaś radzi sobie z rozległymi uszkodzeniami. Zdarza się, iż po usunięciu krwiaka pacjenci błyskawicznie odzyskują przytomność i w ciągu zaledwie kilku dni wracają do pełnej sprawności, o rokowaniach można jednak cokolwiek mówić dopiero po dwudziestu czterech godzinach, czyli po ustąpieniu działania środków znieczulających. Brak jakichkolwiek oznak poprawy na drugi dzień po operacji daje podstawy do niepokoju. Doktor Willis umył się, przebrał i pojechał do domu, do St. John’s Wood.

 

- Niech to szlag trafi! - zaklął Jack Burns, spoglądając na leżące przed nim ubranie i rzeczy osobiste ofiary. Wśród tych ostatnich znajdowały się: w połowie pusta paczka papierosów, również opróżnione do połowy pudełko zapałek, trochę drobnych, brudna chusteczka oraz klucz na wstążce, najprawdopodobniej od mieszkania. Wszystko to wydobyto z kieszeni spodni. W marynarce niczego nie znaleziono. Dokumenty, i cokolwiek jeszcze mężczyzna miał przy sobie, musiały być w skradzionym portfelu.

- Schludny gość - zauważył Skinner. - Buty tandetne, ale wypastowane. Spodnie tanie i znoszone, ale świeżo wyprasowane, tak samo jak koszula, choć z przetartym kołnierzykiem i mankietami. Mimo że nie ma forsy, stara się jakoś wyglądać.

- Tylko trochę szkoda, że nie miał w tylnej kieszeni spodni karty kredytowej albo zaadresowanego do siebie listu - odparł Bruns znad sterty formularzy, których wypełnianie stanowi zmorę współczesnych policjantów. - Tymczasem będę musiał wciągnąć go do ewidencji jako NDM.

Amerykanie używają określenia John Doe, londyńska policja zaś - Niezidentyfikowany Dorosły Mężczyzna. Kiedy dwaj detektywi wreszcie uporali się z papierkową robotą i stwierdzili, że mimo wszystko mają czas i ochotę na kufelek piwa, było jeszcze ciepło, ale zupełnie ciemno.

Jakąś milę od nich „Schludny gość” leżał na wznak na oddziale intensywnej opieki medycznej Szpitala Królewskiego. Oddech miał płytki, lecz regularny, puls zaś wciąż zbyt szybki.

John Burns pociągnął tęgi łyk piwa.

- Kto to może być, do cholery? - zapytał nie bardzo wiadomo kogo.

- Nie przejmuj się, szefuniu - odparł Luke Skinner. - Niedługo się dowiemy.

Nie miał racji.

Dzień drugi: środa

 

Dla detektywa Jacka Burnsa był to niezwykle pracowity dzień, który przyniósł dwa tryumfy, dwa rozczarowania oraz mnóstwo nowych pytań. Nic nadzwyczajnego. Bardzo rzadko zdarzają się przypadki elegancko zapakowane jak gwiazdkowy prezent i tylko czekające na to, by pociągnąć za wstążkę, zdjąć przykrywkę i zobaczyć, co jest w środku.

Pierwszym sukcesem okazał się pan Patel. Sklepikarz zjawił się punktualnie o jedenastej, tak samo chętny do współpracy jak minionego dnia.

- Pokażę panu kilka zdjęć - powiedział Burns, kiedy usiedli przed urządzeniem przypominającym duży telewizor.

W dawnych czasach Archiwum Zdjęciowe, zwane wśród funkcjonariuszy wydziału kryminalnego Galerią Piękności, zajmowało kilkanaście opasłych albumów. Burns z nostalgią wspominał te czasy, ponieważ świadkowie mogli wówczas wertować albumy, wielokrotnie wracając do „podejrzanych” zdjęć, zanim dokonali ostatecznego wyboru. Teraz cały proces odbywał się elektronicznie i twarze pojawiały się na ekranie. Na pierwszy ogień poszły podobizny setki notowanych przez policję „twardzieli” z Kwadratu Północno-Wschodniego. Oczywiście ludzi takich było znacznie więcej, Burns jednak zaczął od bliskich znajomych policjantów z posterunku przy Dover Street.

Pan Veejay Patel okazał się świadkiem doskonałym.

- To ten - powiedział, kiedy na ekranie pojawiła się fotografia numer dwadzieścia osiem.

Spoglądała na nich twarz stanowiąca połączenie głupoty i brutalności: niskie czoło, szeroki nos, kolczyk w uchu.

- Jest pan pewien? Może widział go pan gdzieś indziej, na przykład w sklepie?

- Na pewno nie. To ten, który dostał w nos.

MARK PRICE - głosił podpis, obok zaś widniał numer identyfikacyjny. Nieco później, przy numerze siedemdziesiąt siedem, pan Patel uzyskał drugie trafienie: tym razem twarz była szczupła, pociągła, okolona przetłuszczonymi, opadającymi poniżej uszu włosami. Harry Cornish. Pan Patel również w tym wypadku nie miał najmniejszej wątpliwości. Żadna z pozostałych fotografii nie wzbudziła jego zainteresowania. Burns wyłączył monitor; wkrótce powinien uzyskać pełne informacje o obu zidentyfikowanych osobnikach.

- Kiedy ich odnajdziemy i aresztujemy, poproszę pana o ponowną identyfikację.

Sklepikarz skinął głową. Wciąż był pełen dobrych chęci. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, Luke Skinner powiedział:

- Cholera, przydałoby się nam więcej takich jak on!

Czekając, aż komputer dostarczy informacje na temat Price’a i Cornisha, Jack Burns zajrzał do sąsiedniego pokoju. Człowiek, którego szukał, siedział za biurkiem i, rzecz jasna, wypełniał formularze.

- Charlie, masz chwilę czasu?

Charlie Coulter wciąż jeszcze miał stopień sierżanta, ale był starszy od Burnsa i pracował na posterunku przy Dover Street już od piętnastu lat. Wiedział wszystko o miejscowych rzezimieszkach.

- Tych dwóch? - parsknął. - To zwierzęt...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]