[ Pobierz całość w formacie PDF ]

              Promień światła przeszedł przez przerwę między workami, przypominając Olive o zagrożeniu. Upuściwszy złoto Giogiego, znów grzebała w ciemnościach, szukając magicznej sakiewki Jade. Jej ręce były ciężkie i niezgrabne, z podniecenia kręciło się jej w głowie. Kiedy wreszcie sięgnęła po sakiewkę, musiała skupić całą uwagę, aby ją chwycić i unieść.

              Kroki umilkły dokładnie przed jej kryjówką. Olive odruchowo schowała sakiewkę Jade do kurty i przycisnęła oko do szczeliny między workami, gdy cień zasłaniał źródło światła. Halflinka uniosła głowę i jej oczy rozszerzyły się z przerażenia.

              Morderca Jade spoglądał na nią z gniewem. W prawej ręce trzymał przezroczystą kulę światła, która rzucała blask na jego twarz. Mimo okrutnego, złego uśmiechu, tych ostrych rysów nie można było pomylić z innymi. Bezimienny Bard, pomyślała Olive z bólem. Kiedyś był Harfiarzem. Jak stał się mordercą? Byliśmy sojusznikami i przyjaciółmi. Jakże mógłby mnie zamordować?

              - Na bachory Beshaba – zaklął.

              Olive czuła się źle. Tej nocy bogini złego losu musiała podążać za nią. Usiłowała, ale kolana były zbyt miękkie. Podniosła wzrok, usiłując wypowiedzieć słowa, które, jak przypuszczała, będą jej ostatnimi. Zaczęła mówić „Nigdy się z tego nie wyplączesz. Alias się dowie i…”, ale z jej ust wydobył się tylko ochrypły ryk.

              Bezimienny odwrócił się od niej, jakby nie istniała, i zaczął przeszukiwać boksy dla koni.

              Miał mnie jak na tacy, pomyślała Olive. Jak mógł mnie nie zauważyć? Próbowała podrapać się z zakłopotaniem po głowie, ale mogła tylko zakręcić włochatym pyskiem, zamachać ogonem i zastrzyc długimi, szpiczastymi uszami. Przerażona halflinka popatrzyła na siebie. Zamiast czarnej kurty, spodni i włochatych stóp Olive zobaczyła, że jest porośnięta krótkim brązowym futrem i ma cztery delikatne kopytka.

              O słodka Selune, pomyślała Olive, jestem osłem!

 

1

 

POWRÓT DO DOMU

 

Z pamiętnika Giogioniego Wyvernspura:

 

              19 chesa roku Cieni

 

              Zeszłej nocy wróciłem do domu po wypełnieniu misji jako królewski posłaniec i zastałem w rodzinie większe zamieszanie, niż w mieście na południu, które właśnie opuściłem. Dziesięć miesięcy problemów we Wrotach Zachody prawie przestaje się liczyć, jeśli porówna się je z tragedią, jaka spadła na ród Wyvernspurów z Immersea.

              Jakże można by porównać zniszczenie okolicy wywołane upadkiem smoczego cielska, trzęsienie ziemi i podziemne starcie potężnych mocy z kradzieżą rodowego dziedzictwa, nie większego od małej cukini i bardziej paskudnego niż trzytygodniowa kiełbaska?

              Wuj Drone zawsze nazywał ostrogę wywerna (rzeczone dziedzictwo) kawałem śmiecia, z czym, biorąc pod uwagę wszelkie kłopoty, jakie nam sprawiała, jestem gotów się zgodzić. Bez wątpienia rodzina już dawno ofiarowałaby ją jako datek dla świątyni, gdyby nie związane z nią jakieś paskudne proroctwo.

              Według rodzinnej legendy wywern, który dał ją dawno, dawno staremu Patonowi Wyvernspurowi, obiecał mu, że nasza rodzina nie wymrze, dopóki będziemy trzymać ten obrzydliwy, zmumifikowany kawałek bestii. Oczywiście nie znaczy to, że utrata tej przeklętej rzeczy oznacza naszą zgubę, ale my, Wyvernspurowie, zawsze byliśmy przesądni, wiec dziś w nocy w siedzibie ciotki Dorath na zamku Czerwonego Kamienia odbędzie się rodzinna narada. Choć jeszcze nie rozpakowałem się po podróży w sprawach korony, oczekują, że się tam również zjawię.

              Ktoś będzie musiał pocieszyć ciotkę Dorath. Los najsutszego bratanka nie jest łatwy.

 

              Giogi odłożył pióro i zostawił dziennik otwarty, aby wysechł atrament. Nie uważał za konieczne dodawać, że jego cioteczna babka uznałaby jego przybycie za pocieszające tylko dlatego, że dałby jej powód, by krytykować cios innego. Zamierzał przekazać ten dziennik potomności, a było parę rzeczy, o których potomność nie musiała wiedzieć.

              Zdaniem ciotki Dorath Giogi w zeszłym roku okrył wstydem rodzinę Wyvernspurów, w haniebny – lub jak sam to określał, zabójczo dobry – sposób naśladując króla Azouna IV, co skończyło się prawie udanym zamachem na jego życie, dokonanym przez przeklętą najemniczkę Alias z Wrót Zachodu i przerwaniem całej uroczystości weselnej. Dorath, głowa rodu, nie była też poruszona unoszącą włosy na głowie opowieścią bratanka o spotkaniu z czerwoną smoczycą Mist, które nastąpiło wkrótce potem. Według niej, każdy młody człowiek, który nie potrafił uniknąć wplątania się w sprawy związane z zabójcami i potworami, powinien zostać odesłany daleko i na długi czas. Ciotka sądziła, że po tych zdarzeniach Jego Wysokość Azoun wypędził Giogiego w niełasce.

              Dorath, tak jak i większość poddanych, nie wiedziała, że król Azoun powierzył Giogiemu tajną misję, której celem było odkrycie miejsca pobytu Alias z Wrót Zachodu, potencjalnej morderczyni króla.

              Nie musiałem być w to wciągnięty, pomyślał Giogi. Wydaje się, że moim przeznaczeniem jest wpadanie na tę kobietę – lub jej krewnych – gdziekolwiek się udam. Jednak po tym, jak Giogi spotkał ją latem koło Wrót Zachodu, zdawało się, że znikła całkowicie z Krain.

              Giogi wstał od biurka i przeciągnął się. Jego palce dotknęły jednego z wiszących nad głową kandelabrów. Giogi był bar wysokim, młodym człowiekiem – miał to zarówno po ojcu, jak i po matce. Jeszcze w zeszłym roku można było o nim powiedzieć, że jest szczupły, lecz podróże sprawiły, że stał się chudy, a jego włosy gwałtownie potrzebowały fryzjera. Płowe loki opadały na opalony kark i ciemnobrązowe oczy. Długa twarz sprawiała, że jego rysy zdawały się mniej gładkie, niż były w rzeczywistości. Nie przypominał nikogo z rodziny Wyvernspurów, której członkowie mieli cienkie usta, orle nosy, błękitne oczy, bladą skórę i ciemne włosy.

              Ująwszy puchar grzanego wina z korzeniami, Giogi przemierzył gabinet i zatrzymał się przed kominkiem, gdzie począł ogrzewać palce ciepłem płomieni. Dzień lub dwa buzującego ognia wygonią z pokoju resztki chłodu i wilgoci. Thomas, służący Giogiego, postanowił nie tracić drewna i sił na ogrzewanie pustego domu. Giogi wzdrygnął się na myśl, jak dziesięć miesięcy takiego zaniedbania wpłynęło na grube calimshańskie dywany, satynowe sembiańskie pokrycia i zmierzchodrzewną boazerię z Cormyru. Na szczęście był to miesiąc ches i powracające wiosenne słońce utrudniało lodowi osiadanie na oprawionych w ołów szybach. Giogi przeżył szok, kiedy po powrocie zobaczył, że w tych oknach nie pali się żadna świeczka, ani dosłownie, ani w przenośni.

              Młody szlachcic zastanawiał się, czy zwykły, rozpalony w kominku ogień może wypalić dziwne i nieprzyjemne wrażenie, jakie wyczuwał w domu. Niby wszystko zdawało się znajome i na swoim miejscu, ale dom sprawiał wrażenie pustego. Po wielu miesiącach spędzonych w karczmach, na pokładzie statku i podróżowaniu z obcymi, pozostawanie samemu sprawiało, że Giogi czuł się niepewnie Pociągnął długi łyk wina, aby odpędzić to uczucie.

              Na półce nad kominkiem stała najbardziej interesująca pamiątka jego podróży: duży, żółty kryształ. Giogi znalazł go w trawie niedaleko Wrót Zachodu i był pewien, że poza pięknem i wartością materialną jest w nim coś niezwykłego. Kryształ lśnił w ciemności niczym duży świetlik i Giogi czuł się dobrze za każdym razem, kiedy go trzymał. Zastanawiał się, czy nie pokazać go wujowi Drone’owi, ale odrzucił tę myśl. Bał się, że stary czarodziej powie mu, iż kamień jest niebezpieczny i zabierze go.

              Giogi wypił wino do końca, odstawił pusty puchar na półkę i wziął kryształ. Kołysząc go w dłoniach, opadł na swój ulubiony fotel i ułożył nogi na wyściełanym podnóżku. Obracał kryształ, przyglądając się grze światła na fasetkach.

              Kamień miał kształt jaja, znacznie większego niż jakiekolwiek jajo ptasie – mniejsze jednak od jaja wywerna. Miał kolor najlepszego miody i był nieco ciepły w dotyku. W miejscu, gdzie stykały się fasetki, krawędzie nie były ostre, lecz gładko wypolerowane. Giogi trzymał kamień na wyciągniętej ręce, przymknął oko i usiłował zgadnąć, jakież to tajemnice skrywa on w swoich głębiach. Mógł jednak dostrzec tylko prześwietlając go blask płomieni i własne, zniekształcone odbicie.

              - Gdzie byłoby najlepiej cię umieścić? – zapytał kryształ. Zdał sobie sprawę, że nie było sensu zamawiać dla niego pudełka. Wyciąganie go za każdym razem, kiedy chciał się nim nacieszyć, byłoby zbędną fatygą, z drugiej strony był on zbyt duży, aby nosić na łańcuszku. W podróży chował go w cholewie buta, tam, gdzie większość poszukiwaczy przygód nosi sztylety.

              Wreszcie uznał, że również tego wieczora buty muszę wystarczyć. Choć nie zamierzał pokazywać go wujowi Drone’owi i reszcie rodziny, chciał się nim pochwalić znajomym z Gospody Immer. Jeśli mu się poszczęści, ciotka Dorath odprawi go z narady na tyle wcześniej, by mógł wślizgnąć się do miasta przed zamknięciem bram.

              Rozwiązawszy tę sprawę, Giogi zerwał się na równe nogi i wyszedł z gabinetu. Z kamieniem zatkniętym niewygodnie za pas, przekopał się przez szafę ustawioną pod schodami w hallu. Zostawił przed nią buty, ale one w jakiś sposób znikły. Przedzierał się przez płaszcze i peleryny, kopał niezliczone buty zaśmiecając podłogę. Potem zaczął wyciągać wszelkie rodzaje lasek, porzuconych części ubrania i rozmaitych bibelotów – prezentów od krewnych, których nie można było wyrzucić, lecz były zbyt brzydkie, aby je umieścić gdziekolwiek poza półmrokiem szafy.

              Wreszcie, wyrzuciwszy z szafy niemal połowę jej zawartości, młody szlachcic poddał się i ryknął w głąb korytarza – Thomas! Gdzie moje buty?

              Zaalarmowany już wczesnej odgłosem wyrzucanych pudełek, butów i lasek. Thomas postanowił sprawdzić, co się dzieje i odłożył polerowaną właśnie srebrną wazę. Właśnie wychodził z kuchni, gdy Giogi go zawołał. Stojąc pod łukiem oddzielającym hall od tego, co Giogi nazywał Krajem Służby, służący zatrzymał się.

              Thomas popatrzył na rozrzuconą zawartość szafy i próbował nie zblednąć. Był starszy od Giogiego zaledwie o trzy lata, ale lata odpowiedzialności nadały mu wygląd kogoś starszego i mądrzejszego. Ten właśnie wygląd służący ćwiczył teraz na swoim chlebodawcy.

              - Pan mnie wzywał? – spytał spokojnym tonem.

              - Nie mogę znaleźć butów – oznajmił Giogi. – Wiem, że zostawiłem je gdzieś tutaj.

              Thomas wyciągnął z bałaganu parę czarnych, wyczyszczonych butów o wąskich piętach i ostro zakończonych noskach.

              - Są tutaj, proszę pana – powiedział bez śladu zniecierpliwienia.

              - Nie te. Nigdy w życiu nie założę ich ponowne. Strasznie mnie cisną. Zabierz je i spal. Chcę te, które kupiłem we Wrotach Zachodu, Wysokie do kolan, brązowe, zamszowe botforty z szerokimi cholewami. To najwygodniejsze buty w całych Krainach.

              Thomas uniósł brew.

              - Być może są wygodne, proszę pana, ale to nie są buty dla dżentelmena.

              - Sza! Jestem dżentelmenem, a to są moje buty, ergo, argumentum ab auctoritate – odparł Giogi. – Et cetera – dodał.

              - Sądziłem, proszę pana, że kiedy pańskie podróże się skończyły, zechciałby pan rozstać się z wyposażeniem. Już je wyrzuciłem.

              - A zatem wyciągnij je ze śmietnika, i to szybko, z łaski swojej. Muszę udać się do Czerwonego Kamienia.

              - Zrozumiałe, że pańska ciotka Dorath nie spodziewa się pana wcześniej, niż po kolacji.

              - To prawda, ale skoro postanowiłem, że pójdę do zamku piechotą i jeśli chcę pojawić się w porę, muszę wyjść już teraz. – Giogi usiadł na ławie i zrzucił jedwabne ochraniacze, jakby spodziewając się, że Thomas wyczaruje mu buty z powietrza.

              Służący spojrzał na swego pana z niedowierzaniem.

              - Piechotą, proszę pana?

              - Tak. Wiesz, jedną nogą za drugą – wyjaśnił spokojnie Giogi.

              - A co z kolację, proszę pana?

              - Kolacją? Och, przepraszam, Thomasie. Spisz ją na straty. Po tym wspaniałym obiedzie i genialnych ciastkach z rodzynkami do herbaty jestem napchany po gardło. Nie zjadłbym następnego posiłku. Mimo to dziękuję.

              Spojrzenie Thomasa zmieniło się z niedowierzania w troskę.

              - Czy dobrze się pan czuje?

              - Wspaniale, tylko zaczyna mi być zimno w stopy – odparł z uśmiechem Giogi.

              Thomas bez słowa odwrócił się i zniknął w Kraju Służby.

              Giogi pokręcił się na ławie, aby zdjąć swoje odziane w pończochy stopy z zimnej posadzki. Pogładził intarsję wprawioną w drewniane, wysokie oparcie ławy. Jednym z jego najwcześniejszych wspomnień była opowieść ojca o tym, co przedstawia. Miała być to chwila, od której rodzina otrzymała swoje nazwisko „dawno, dawno temu”, jak zwykł mawiać ojciec, „w dniach, kiedy nie wiedzieliśmy, która łyżka służy do jedzenia zupy, a która do słodzenia herbaty”. Na obrazku Paton Wyvernspur, założyciel rodu, stał przed wielką samicą wywerna. U stóp potwora biła się dwójka jego dzieci, a z tyłu leżało ciało pantera samicy. Zabili go bandyci, którzy ukradli też jaja, ale Paton wytropił ich, pokonał, odzyskał jaja i zwrócił matce. W dowód wdzięczności samica odcięła ostrogę z prawej łapy swojego partnera i wręczyła przodkowi Giogiego wraz z obietnicą, że jego ród nigdy nie zginie, dopóki pozostanie ona w ich posiadaniu.

              Później, kiedy już wiedział, że wywerny nie są uznawane za miłe stworzenia, Giogi często zastanawiał się, dlaczego Paton pomógł samicy. Jednak w tym czasie jego rodzice już nie żyli, a on nie miał odwagi, aby zapytać ciotkę Dorath czy wuja Drone’a. Instynktownie wyczuwał, że uznano by to za pytanie, które mógł zadać tylko taki głupiec jak on.

              Jednak nie był on aż takim głupcem, by rozstać się z ławą. Był to prezent ślubny matki dla ojca. Choć inni Wyvernspurowie nie akceptowali poślubionej przez Cole’a Wyvernspura córki bogatego stolarza, wszyscy mieli ochotę na ławę. Mebel był zrobiony solidnie, a intarsja wręcz hipnotyzowała. Ciotka Dorath kilka razy sugerowała, że ława powinna znaleźć się w hallu zamku Czerwony Kamie, zaś zeszłego roku, tuż przed ślubem z Gaylyn Dimswart, Frefford, kuzyn Giogiego drugiego stopnia, zauważył, iż byłby to wspaniały prezent ślubny, lecz Giogi odmówił.

              Znudziwszy się bezczynnością, Giogi postawił stopu na podłodze i zaczął pakować do szafy wszystkie rzeczy, które wcześniej z niej wyrzucił.

              Thomas pojawił się w wejściu, trzymając wysokie do kolan, brązowe, zamszowe botforty z szerokimi cholewami, które, jak mówił jego pan, były najwygodniejszą parą butów w całych Krainach.

              - Proszę bardzo – powiedział. – Proszę nie przejmować się wkładaniem tych rzeczy z powrotem, z radością zrobię to sam.

              Giogi zatrzymał się w pół kroku od samotnej, wełnianej mitenki. Coś w tonie głosu służącego wskazywało na jego zdenerwowanie. Giogi zauważył, że we wnętrzu szafy panuje taki sam bałagan, jak poza nią.

              - Przepraszam, Thomasie – powiedział potulnie.

              - Nie ma o czym mówić, proszę pana – odparł służący, stawiając buty obok ławy,

              - O, moje buty! Wspaniale! – Giogi usiadł na ławie i założył prawy but, wsuwając kamień za cholewę.

              - Jest pan pewien, że nie lepiej byłoby jechać? – spytał Thomas.

              Giogi, nadal z obutą jedną nogą, popatrzył na sługę.

              - To może cię zaskoczyć, Thomasie, ale kiedy wypełniałem misję dla Korony, często pokonywałem w ten sposób wielkie odległości. – Giogi nie uważał za stosowne dodawać, że robił tak tylko dlatego, że jakiś parszywy oprych ukradł mu konia albo jakaś równie zła bestia pożarła jego wierzchowca.

              - Doprawy, proszę pana. Nie zamierzałem sugerować, że to zadanie pana przerasta. Po prostu sądziłem, że po tak wyczerpującej podróży zechce pan pozwolić sobie na luksus jazdy. Jeśli nie w powozie, może osiodłam Stokrotkę.

              - Nie, dziękuję, Thomasie – odparł Giogi, wreszcie zakładając drugi but. – Stokrotka zasłużyła na długi, solidny odpoczynek, a ja naprawdę chcę się przejść.

              Wstał, zamaszyście owinął się płaszczem i podszedł do drzwi.

              - Nie czekaj na mnie – poradził. – Sądzę, że wrócę dość późno. Dobranoc – dodał, nim wyszedł na zewnątrz.

              W mieście wszystko było brązowe: budynki, trawa, zabłocone drogi, drewniane wozy, nawet konie i muły przybierały odcień umbry i jasnego brązu. Domy zasłaniały światło popołudniowego słońca i rzucały na ziemię długie, czekoladowe cienie. Kobiety wołały z okien na brudne dzieci bawiące się na ulicach. Wydawało się, że gdy bogowie dotarli do tej części Immersea, zabrakło im kolorów i pozostawili wszystko w odcieniach jednego, a potem nie trudzili się, aby uzupełnić krajobraz o inne barwy.

              Giogi ruszył na wschód, oddalając się od centrum miasta, a potem skierował się na południe ku ścieżce wiodącej z miasta ku posiadłościom Wyvernspurów. Miasto otaczał niski mur. Wysoki szlachcic bez trudu przełożył nad nim nogi i znalazł się w innym świecie, już przez bogów pomalowanym. W zachodzącym słońcu łodygi ozimego żyta lśniły jak jadeit, nakrapiany fioletem krokusy połyskiwały opalizującymi kroplami wody, po ciemniejącym niebie przeleciało duże stado dzikich gęsi. Giogi poczuł, jak poprawia mu się humor, a ponury nastrój, jaki towarzyszył mu w miejskiej rezydencji, znika.

              Ruszył biegnącą przez pola ścieżką. Jako założyciele miasta, Wyvernspurowie mieli prawo do prawie całej ziemi na południe od niego. Większość gruntów była przeznaczona na polowania i jazdę konną. Najwyższe wzgórze poświęcono bogini Selune, a świątynią na jego szczycie zarządzała wiekowa matka Lleddew. Wyvernspurowie sprzeciwiali się jednak uprawie większości ziemi, ścinaniu zbyt wielu drzew i przeznaczaniu pól na pastwiska. W końcu byli szlachtą, a nie rolnikami, leśnikami czy hodowcami bydła. Cormaerilowie – drugi utytułowany ród w Immersea – regularnie obsadzali prawie sto akrów, ale oni byli szlachtą zaledwie od czterech pokoleń. Giogi obawiał się, że po piętnastu pokoleniach Wyvernspurowie byli zbyt przyzwyczajeni do polegania na własnym bogactwie jako jedynym źródle utrzymania.

              Gdy Giogi wyszedł z pól żyta, słońce wisiało nad horyzontem zaledwie na wysokość połowy dłoni, a powietrze już zaczynało być chłodne. Ścieżka wiła się w dół, prowadząc do doliny Strumień Immer. Szlachcic maszerował szybkim krokiem, aby się rozgrzać, jednak gdy zbliżył się do północnego krańca strumienia, zaczął poruszać się znacznie ostrożniej. Ścieżka stawała się błotnista, przeskakiwał więc z jednej kępy trawy na druga. Jego buty były rzecz jasna w miarę odporne na przemakanie, ale nie chciał pokazywać się ciotce Dorath w zabłoconym obuwiu.

              Wreszcie, po długim ostrożnym stawianiu stóp i cofaniu się, dotarł do przecinającej potok kładki. Strumień płynął z zachodu, z poświęconego Selune wzgórza. Na południe od niego ścieżka wspinała się na bardziej suchy teren i wiodła do Czerwonego Kamienia, gniazda Wyvernspurów.

              Gdy tylko Giogi wszedł na mostek, tuż przed nosem mignęło mu jakieś białe pasemko. Szlachcic krzyknął i skoczył do tyłu, wyobrażając sobie wielkie pająki i mając jakieś irracjonalne przeczucie dotyczące przekleństwa ostrogi. Jednak za białym paskiem nie poleciał żaden inny, dzięki czemu Giogi mógł chwycić się z ulgą za serce. Na południowym brzegu zauważył sylwetkę człowieka.

              - Cole? – sapnęła postać. – Nie, oczywiście, że nie. Giogioni, prawda? Przestraszyłeś mnie, chłopcze. W tym stroju wyglądasz jak twój staruszek.

              Giogi zmrużył oczy w rozproszonym świetle. Słońce niemal już zaszło, ale mógł dostrzec wysoką, barczystą postać mężczyzny na drugim brzegu. Jego wyprostowana sylwetka i sposób poruszania się przywodziły na myśl wojskowego. Ciemne włosy, krotko przycięte, dopiero zaczynały siwieć na skroniach. Miał ciepły uśmiech, który uspokoił Giogiego.

              - Sudacar? Samtavan Sudacar? – Co ty tu robisz?

              - Postanowiłem troszkę połowić. Przepraszam cię za tę linkę. Przez zimę moja technika trochę osłabła. – Sudacar trącił sznurek zwisający z wędki zsunął się z mostu i z cichym plaśnięciem zniknłą w wodzie. Gdy pociągnął nim, za przynętą ruszyły malutkie płotki.

              Giogi przeszedł przez kładkę i stanął koło Samtavana Sudacara, mężczyzna wyznaczonego przez samego króla Azouna do obrony Immersea, wymierzania w jego imieniu sprawiedliwości, utrzymywania spokoju i, rzecz jasna, zbierania podatków.

              - Chwila wytchnienia w pilnych sprawach administracyjnych? – spytał Giogi.

              Sudacar przytaknął.

              - Raczej nie wchodzenie w drogę Culspiirowi. Z każdym lokalnym władyką, mój chłopcze, stoi wyćwiczony herold, który sprawia, że wygląda on dobrze. Dopóki przekazuję obowiązki Culspiirowi, odnoszę w swojej pracy znaczące sukcesy. – Sudacar dalej zarzucał wędkę, nie spuszczając przynęty z oka.

              - Czemu zatem Culspiir nie jest lokalnym władyką? – spytał potulnie Giogi.

              - Gdyby on wykonywał moją robotę, to kto wykonywałby jego?

              - Słuszna uwaga – przyznał Giogi.

              - Poza tym, Culspiir nigdy nie zabił olbrzyma.

              - Czy to niezbędne do wykonywania tego zawodu?

              - Wyrabia ci imię na dworze. Zabiłem mroźnego olbrzyma, który terroryzował kupców na Przełęczy Gnolli. Tak dostałem się do polityki – taka przysługa musi zostać oficjalnie wynagrodzona.

              Giogi pokiwał głową, choć wiedział, że nie wszyscy członkowie jego rodziny myśleli tak samo.

              Samtavan Sudacar nie urodził się szlachcicem ani nawet nie pochodził z Immersea. Niemniej jednak król Azoun nadał mu tytuł lorda Immersea po śmierci kuzyna ojca Giogiego, lorda Wohla Wyvernspura. Syn Wohla, Frefford, był jeszcze chłopcem, zatem rodzina przyjęła Sudacara dość spokojnie. Zaprosili nawet starego kawalera, aby zamieszkał wraz z nimi w zamku.

              Jednak gdy Frefford osiągnął pełnoletniość, Jego Wysokość nie nadał młodemu Wyvernspurowi stanowiska. Dlatego ciotka Dorath zaczęła uważać Sudacara nie tylko za parweniusza, ale też intruza i uzurpatora. Jednak Giogi wiedział, że Frefford w duszy czuł ulgę. Najbardziej obrazili się ciotka Dorath i kuzyn Steele. Duma i lojalność wobec króla powstrzymała rodzinę od poproszenia Sudacara o opuszczenie Czerwonego Kamienia. Kiedy zeszłej wiosny Giogi wyjeżdżał z Immersea, między Wyvernspurami a lordem Immersea trwał kruchy rozejm.

              Ponieważ Giogi postanowił zamieszkać w mieście zamiast w zamku, tak naprawdę nigdy dobrze nie poznał Sudacara. Nie obracali się w tych samych kręgach. Jednak Giogi zdał sobie sprawę, że musi dowiedzieć się o Sudacarze czegoś więcej.

              - Jeśli pochodzisz z Suzail – spytał – to jak poznałeś mojego ojca?

              - Cole’a? Spotkałem go parę razy na dworze. Twój staruszek też zabił paru olbrzymów.

              - Naprawdę? – zapytał zaskoczony Giogi. Ojciec umarł, kiedy Giogi miał osiem lat, więc nie znał go za dobrze. Ale był pewny, że nikt mu nie wspominał o tym, by jego ojciec zabijał olbrzymy.

              - Służył honorowo Koronie, podobnie jak wszystkie pokolenia przed nim – rzekł Sudacar, wyciągając linkę z wody i zarzucając ją za plecy.

              - Ciotka Dorath powiedziała mi, że był wysłannikiem handlowym.

              - To też mógł robić – stwierdził Sudacar, zarzucając po raz kolejny linkę.

              - Też? A co jeszcze?

              - Był wojownikiem, poszukiwaczem przygód. Ciotka nigdy ci o tym nie powiedziała?

              - Nie – przyznał Giogi. Lojalnie dodał jednak – Musiała o tym zapomnieć.

              Sudacar prychnął.

              - Nie mogła uznać tego za odpowiednie zajęcie dla Wyvernspura, prawda? Jestem zaskoczony, że Drone nigdy o tym nie wspominał.

              Podobnie jak Giogi, chociaż on nie powiedział tego na głos.

              Drone Wyvernspur był stryjecznym bratem ciotecznej babki Giogiego, Dorath, a przez to jego kuzynem w drugiej linii, lecz z szacunku i sympatii szlachcic nazywał go wujem Drone’em. Kiedy rok po śmierci męża umarła matka Giogiego, opiekę nad chłopcem przejęła ciotka Dorath, ale to wujowi pozostawiono zadanie uzupełnienia jego edukacji o rzeczy, które powinien znać każdy szlachetnie urodzony mężczyzna. Z natury spokojny, nieżonaty czarodziej, jakim był wuj Drone, nie był zbyt użytecznym źródłem informacji, jeśli chodzi o kobiety, polowanie czy konie.

              Drone wiedział jednak wiele o winie i szulerce, a także co nieco o polityce i religii. Uzbrojony w tę wiedzę Giogi zwykle wychodził na swoje w tawernach i poobiednich dysputach. Czarodziej opowiedział mu wiele historii o jego matce Bette i jej ojcu stolarzu, mimo iż ciotka Dorath nigdy nie zaakceptowała rodziny małżonki Cole’a. Dlaczego jednak, zastanawiał się Giogi, wuj Drone nie powiedział mi, że Cole był poszukiwaczem przygód?

              - Czy wrócisz ze mną do Czerwonego Kamienia? – spytał Sudacara, mając nadzieję, iż usłyszy coś więcej o swoim ojcu – coś, o co będzie mógł zapytać wuja Drone’a.

              Lord potrząsnął głową.

              - Tam wszystko aż się gotuje. Culspiir i ja oferowaliśmy swoją pomoc, ale twoja ciotka Dorath stanowczo przykazała nam, abyśmy nie wściubiali nosa w rodzinne sprawy Wyvernspurów. Nie chce, aby wmieszał się w to taki intruz jak ja. Posiedzę w Pięciu Dobrych Rybach i wrócę do zamku nad ranem. W ten sposób dla wszystkich będzie lepiej.

              - Och. – Rozczarowany Giogi stał obok Sudacara, gorączkowo zastanawiając się, co by tu powiedzieć, aby podtrzymać rozmowę. Jego rozum nie chciał działać, jak to miewał w zwyczaju, stał zatem bez słowa obok Sudacara, podczas gdy cienie się wydłużały. Sudacar jeszcze dwa razy zarzucił linkę. W górze strumienia rozległy się hukanie i łopot skrzydeł, po czym głośny chlupot. Sowa także wybrała się na ryby. Sudacar wreszcie się odezwał.

              - Kiedy zobaczyłem cię po drugiej stronie kładki w tych butach i płaszczu, myślałem, że zobaczyłem ducha. Nie masz twarzy Cole’a, ale masz jego sylwetkę, jego postawę, jego krok – po raz kolejny zarzucił linkę.

              - Gdybyś chciał jeszcze porozmawiać o swoim ojcu – zaproponował – zajrzyj później do Ryb, wypijemy kielicha za jego zdrowie.

              Giogi uśmiechnął się.

              - Zrobię tak, jeśli tylko uda mi się umknąć ze szponów ciotki Dorath – obiecał. Chwilę potem nagły przypływ chłodu uświadomił mu, że ciepło odeszło wraz ze słońcem. Otulił się szczelniej płaszczem. – Lepiej już pójdę. Czekają na mnie na zamku.

              Sudacar skinął głowa, nie odrywając wzroku od wrzuconej do wody przynęty.

              Giogi zostawił lorda Immersea nad wodą i pospieszył w górę ścieżki. Nim dotarł do murów zamku, było już ciemno i zimno, ale on wciąż nie mógł cieszyć się myślą o wejściu. Zamek otulały szare i czarne ciebie. Czerwonawy odcień kamieni, od którego zamek wziął swoją nazwę, był w ciemnościach niewidoczny. Zamek rozsiadł się na niskim wzgórzu nad Strumieniem Immer, Immersea i Morzem Wywernów – wielkim jeziorem na wschód od Cormyru – niczym smok obserwujący kupiecki szlak.

              Spoglądając podczas drogi na tę ponurą ohydę, Giogi znów przypomniał sobie upadek smoka na Wrota Zachodu i trzęsienie ziemi oraz podziemną walkę, które po nim nastąpiły. Skoro uporałem się z tymi rzeczami, pocieszył się Giogi, uporanie się z rodzinnymi problemami nie powinno być zbyt trudne.

 

2

...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]