[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Danuta Frey

OSTATNI REJS

„KORALA”

Rozdział 1

Dopiero trzecia nad ranem. Wczesny, szary świt, lecz w tym niewielkim, nadbałtyckim porcie – ożywiony, chociaż zwyczajny o tej porze ruch. Szurając wysokimi gumiakami zbliżają się rybacy. We wciśniętych na głowę beretach idą powoli, stawiają stopy szeroko, niespiesznie, choć kutry czekają. Warczą silniki, z których dobywa się niebieskawy dym spalin. W powietrzu krążą mewy.

Obok innych stoi w portowym basenie niewielki stateczek, dawny kuter „Neptun”, gotów do wyjścia w morze. Wśród jego załogi – znani, doświadczeni płetwonurkowie: komendant Hufca OHP – Konstanty Łuniewski, oficer marynarki handlowej na m/s „Albatros„ – Michał Sobol, lekarka – Ewa Sobol oraz pracownik zakładów gastronomicznych – Henryk Adamiak. Wszyscy mają na swym koncie wiele podwodnych wypraw, uwieńczonych powodzeniem. To oni właśnie wydobywali na powierzchnię zachowane resztki zabytkowego statku z piętnastego wieku, na który natrafiono przypadkowo na dnie Bałtyku. Oni badali następny historyczny wrak: szwedzki statek z królewskiej floty Gustawa Adolfa, zatopiony podczas bitwy morskiej pod Oliwą.

Obecnie wyruszają na spotkanie kolejnej podmorskiej przygody; na penetrację ogromnego, zatopionego kolosa – wraku słynnej „Elisabeth”. Była to ongiś jedna z największych pływających jednostek III Rzeszy. Zwodowana jako statek turystyczny dla organizacji „Kraft durch Freude” w roku 1937 w Hamburgu miała aż dziewięć pokładów i mogła zabierać równocześnie tysiąc pięciuset pasażerów oraz czterystu członków załogi. W styczniu 1945 roku „Elisabeth”, przekształcona w transportowiec, opuściła Królewiec z około pięcioma tysiącami uciekinierów z ówczesnych Prus Wschodnich oraz z ich dobytkiem.

Ale czy jedynie z nimi?

Do dziś krążą pogłoski, że w jej ładowniach znajdowały się nie tylko kosztowne depozyty, lecz również i słynna „Bursztynowa Komnata”. To niepowtarzalne arcydzieło, zrabowane z pałacu w Carskim Siole w Związku Radzieckim, zaginęło podczas zawieruchy wojennej.

W obie ładownie „Elisabeth” uderzyły torpedy. Jej pokłady pozawalały się wskutek eksplozji, a statek, zatopiony na Bałtyku przez łódź podwodną w styczniu 1945 roku, leży obecnie na głębokości około czterdziestu pięciu metrów pod lustrem wody. Ze względu na rozmiary oraz zniszczenia jest trudny do penetracji. Zachowały się jednakże dawne plany i nimi właśnie zamierzają się obecnie posłużyć płetwonurkowie.

„Neptun” wypływa. Rozbija dziobem wodę, pryska na wszystkie strony kroplami. Morze wokół niego jest ciemnozielone. Mija latarnię morską, opuszcza ostrogę mola, eskortowany przez stado krzykliwych mew.

Wschodzi słońce. Michał Sobol, który jest zapalonym filmowcem amatorem, nie wypuszcza z rąk kamery. Kieruje jej obiektyw na oddalający się, niknący port.

„Neptun” obiera kierunek Nord-Ost-Ost. Z każdym metrem bliżej do miejsca zatopienia „Elisabeth”, oznakowanego obecnie dużą, czerwoną boją.

Płetwonurkowie wkładają swoje czarne, piankowe, ocieplane skafandry; ostatni raz sprawdzają sprzęt. Niebawem zanurzą się w toń Bałtyku. Michał Sobol ustawia kolegów na pokładzie do pamiątkowego ujęcia. Znowu terkocze kamera.

Na morzu już kołysze się boja. Tu właśnie spoczywa na piaszczystym dnie wrak „Elisabeth”. Czy ekipa płetwonurków z klubu podwodnego dokona jakichś nowych, rewelacyjnych odkryć? Czy natrafi na ślad „Bursztynowej Komnaty”?

Artykuł nosił tytuł: Na spotkanie podwodnej przygody. Gdzie jest „Bursztynowa Komnata?” Piotr Willner przeczytał go uważnie na tarasie własnej willi, wybudowanej niedaleko Nicei, na francuskiej Riwierze nad Morzem Śródziemnym, na stromym zboczu, gdzie kwitły rododendrony, drzewa pomarańczowe i glicynie.

Tego trzydziestopięcioletniego obecnie bruneta los obdarzył sportową sylwetką oraz tak zwaną męską, mocną twarzą, z którą znakomicie mógłby reklamować najnowsze marki samochodów, papierosów, koniaków względnie innych rozkoszy konsumpcji. W rzeczywistości, o ile cokolwiek kiedykolwiek zachwalał, to tylko własne projekty, ponieważ z zawodu był architektem. Przed ośmiu laty wyjechał z Polski do Francji i tam już pozostał.

Decyzja ta stanowiła właściwie wynik splotu przypadków.

W Paryżu Willner dostał się do jednej z licznych tutaj prywatnych firm projektowych, której właścicielem był monsieur Patin. Pan Patin miał córkę, Anette, ta zaś dość często odwiedzała ojca w firmie, gdzie naciągała go przy okazji na mniej lub więcej franków. Od pewnego czasu sprawiała poza tym rodzicom pewne kłopoty. Monsieur Patin coraz energiczniej protestował przeciwko włóczeniu się córki po podejrzanych lokalach z równie podejrzanymi typami, wśród których trafiali się brodaci, nie myci niechluje o długich, tłustych włosach i powolnych ruchach, osobnicy z głowami ogolonymi do skóry nie licząc mysiego warkoczyka lub wąsaci kudłacze z gitarami. Jednakże protesty padały w próżnię, nie skutkowały. A ponieważ panowała wówczas moda na hippiesów, kontestację, narkotyki, komuny i lewaków, pan Patin nie miał dosłownie chwili spokoju. Kiedy zaś policja zabrała któregoś dnia jego latorośl z seansu narkotycznego, zapłacił nie tylko pokaźną grzywnę, lecz i odbył nader nieprzyjemną rozmowę z komisarzem. Komisarz przedstawił mu przyszłość Anette w tak ciemnych barwach, że pan Patin niemal nie miał odwagi, by o niej myśleć. Musiał jednakże coś postanowić.

Podczas bezsennych nocy sapał, kręcił się, przewracał z boku na bok, wstawał, zapalał nocną lampkę i papierosa. Żona beształa go bez przekonania.

Po wielu debatach, kłótniach i sprzeczkach, podczas których oboje wzajemnie zwalali na siebie winę za złe wychowanie córki, zgodnie postanowili, że Anette trzeba jak najszybciej wydać za mąż, gdyż tylko wtedy się ustatkuje. Skąd wziąć jednak odpowiedniego, na dodatek akceptowanego przez córkę kandydata?

Piotr Willner poznał Anette przypadkowo, w firmie. Usłyszał odgłos hamującego samochodu, wychylił się przez okno i ujrzał małe, żółte renault, z którego wyskoczyła nieduża, smagła, młoda kobieta w pantoflach na bardzo wysokim obcasie. Weszła do biura po to, aby się dowiedzieć, że pana Patin nie ma, ponieważ wyjechał niedawno razem ze swoim klientem w okolice Ponthierry, na południe od Paryża.

Anette, gdyż ona to właśnie była, nie taiła rozczarowania, więcej – złości, którą wyładowała na sekretarce papy. Ta zaś serdecznie nie cierpiała jego córki, więc odpowiadała równie arogancko. Ich głosy dochodziły z sekretariatu do pokoju projektantów, znajdującego się tuż w sąsiedztwie.

W pewnym momencie dialog urwał się ku rozczarowaniu tych wszystkich, którzy mu się przysłuchiwali z tajoną uciechą, a otworzyły drzwi. Głowy szybko pochyliły się nad rajzbretami, jedynie Willner postąpił inaczej. Bez skrępowania otaksował jedyną latorośl domu Patin od stóp do głowy. Uznał, że jest niebrzydka, a już na pewno zgrabna. Miała nogi i biodra bez zarzutu, choć piersi mogłyby być trochę większe.

Mademoiselle Patin zauważyła oczywiście to spojrzenie, w jej dużych, ciemnych oczach odbiło się zainteresowanie. Szybkim krokiem podeszła do Piotra, który umoczył redisówkę w czarnym tuszu i udał pochłoniętego pracą. Ruchem głowy wskazała rozpięty brystol.

– Co to?

– Projekt bungalowu dla niejakiego pana Marineaux – odparł. – Zna go pani?

Rozwlekle zaczął objaśniać mniej lub bardziej istotne detale. Anette słuchała, jak się wydawało, bardzo pobieżnie, skoro niespodziewanie wtrąciła zupełnie nie na temat:

– Pan nie jest Francuzem?

Willner zaczerwienił się bezwiednie. Wkładał tak wiele wysiłku w możliwie najpoprawniejszą wymowę, że poczuł się nieledwie urażony. Anette jednak kontynuowała:

– Niech pan tylko nie zdradza, skąd pan jest i jak pan się tu znalazł – powiedziała. – Sama zgadnę. Czechy?

Zaprzeczył.

– Rosja? Nie! Rosja nie! Coś innego! Wiem! Pologne, Polonais, tak? Pan z Polski?

Tym razem przytaknął.

Prawie wykrzyknęła:

– Wspaniale! Cudownie! Nigdy dotąd nie znałam Polaka! Niech mi pan opowie, jak u was jest, bo u nas słyszy się czasem takie różne rzeczy...

– Chętnie, jeśli pani się da zaprosić wieczorem, na przykład na wino.

Po krótkim wahaniu zgodziła się i zaproponowała niewielką kawiarenkę w pobliżu wieży Eiffla i Pól Marsowych. Umówili się po drugiej stronie Sekwany, pod fontannami Trocadero.

Wieczorem, gdy się spotkali, Anette miała na sobie białą, lekką, powiewną sukienkę, w której wyglądała wiotko i nierealnie.

Minęli zwykłe tu tłumy turystów, ale nie weszli do wnętrza kawiarni. Ulokowali się na ulicy, pod parasolem z napisem „Cinzano”. Jedli lody, pili lemoniadę, zimną wodę Perrier i wino. Pod wpływem alkoholu Anette rozgadała się. Opowiadała o swoim dotychczasowym życiu, dodając, że jest nudne. Piotr nie oponował, choć chętnie by się z nią zamienił, przynajmniej pod względem materialnym.

Wracali piechotą, bulwarem nad Sekwaną, obok placu Inwalidów aż do pałacu Bourbonów. Od rzeki wiał lekki wiatr. Po rozjarzonym Place de la Concorde bez przerwy sunęły samochody. Zza drzew wyłaniała się masywna bryła Luwru.

Willner wierzył, że ów spacer przez nocny Paryż sprawia przyjemność nie tylko jemu, lecz i Anette. Wkrótce przekonał się o swej omyłce.

W ogrodach Tuileries Anette usiadła na kamiennej balustradzie nad stawem, zrzuciła z nóg uplecione z pasków sandały i z westchnieniem ulgi zanurzyła stopy w wodzie. Następnie nabrała jej w obie dłonie, opryskała siebie i Piotra. Śmiała się, gdy strząsał krople, śmiała się jednak i wówczas, gdy ją pocałował.

– Dziwna z ciebie dziewczyna – zawyrokował. Sięgnął po papierosy, poczęstował Anette. Przez dłuższą chwilę palili w milczeniu.

– Ty jesteś dziwny! Prawdziwie romantyczny Polonais! Czy u was wszyscy tacy? Zamiast normalnie wziąć taksówkę, kilometrami na piechotę po Paryżu. A może po prostu nie stać cię na taxi? Może ci brak pieniędzy? Powiedz, chętnie dam! – otworzyła torebkę, zaczęła wyciągać banknoty wrzucone tam byle jak, zmięte.

Piotr odsunął się, zaskoczony i upokorzony. Bez słowa ruszył naprzód. Szedł szybko. Towarzyszył mu chrzęst własnych kroków, daleki gwizd stateczku na Sekwanie i wszechobecny w Paryżu, nie ustający na chwilę także nocą, szum samochodów.

Anette początkowo nie usłyszał, gdyż biegła po trawie boso, bez butów. Zorientował się dopiero wówczas, kiedy go objęły z tyłu czyjeś ramiona.

– Jakiś ty głupi! – szepnęła. – Głupi, a ja zwariowana, słyszysz?

Obrócił ją ku sobie. Światło latarni padało na jej wilgotne włosy, na twarz i wargi mokre od wody.

– Co ja zrobię – powiedział ni to do siebie, ni to do Anette – że mi się podobasz?

Resztę nocy spędzili razem na wąskim łóżku w małym jak nora, dusznym pokoju taniego hoteliku. Przez okno wpadał migotliwy blask reklam i hałas ulicy.

Żegnając się, Anette powiedziała:

– Było wspaniale!

Wieczorem poszli z Anette na Montmartre, gdzie się włóczyli wśród malarzy na placu nieopodal kościoła Sacre-Coeur i grali na automatach na Pigalle. W pobliżu obracały się czerwone skrzydła wiatraka Moulin Rouge. Noc spędzili znów razem i tak to trwało jakiś czas, po czym Willner otrzymał wezwanie do gabinetu pana Patin.

Patron nie widział potrzeby owijania rzeczy w bawełnę. Posadził Piotra naprzeciw siebie przy masywnym biurku i oznajmił:

– Doszły mnie słuchy o panu i o Anette.

Piotr podniósł głowę.

– Kocham Anette.

Pan Patin zapalił cygaretkę.

– Bardzo pięknie, a ona? – zagadnął. – Czy i ona darzy pana identycznym uczuciem?

Piotr był mile zaskoczony. Spodziewał się nieprzyjemnej rozmowy, nawet zwolnienia, myślał o rychłym wyjeździe. Tymczasem dialog zapowiadał się wcale interesująco.

– Więc?

Monsieur Patin strzepnął stożek popiołu. Zamrugał kilka razy powiekami, które nakryły na moment odrobinę wyłupiaste oczy.

– Wydaje mi się, że tak – odparł Piotr.

Niespodziewanie przypomniała mu się Ewa. Ostatni raz widział ją w Warszawie, tuż przed odejściem pociągu do Paryża. Jej również mówił przecież to samo; zapewniał o miłości. Ale to dawne dzieje...

– Jak pan sobie wyobraża ciąg dalszy? – chciał wiedzieć szef.

– Chciałbym, żeby Anette została moją żoną.

Pan Patin pochylił się, oparł łokciami o wypolerowany blat biurka.

– Mówił pan już z nią o tym?

Willner zawahał się.

– Jeszcze nie... Właśnie...

Szef nie dał mu dokończyć.

– Z czego będziecie żyli?

– Dla architekta zawsze się znajdzie jakaś robota.

Pan Patin zapalił następną cygaretkę. Na jego czole widniały drobne kropelki potu, ale chyba nie z gorąca.

– Racja. Ale czy pan dobrze zna Anette?

– Znamy się niedługo – odrzekł Willner z wahaniem. Nie bardzo pojmował, do czego zmierza patron.

– Anette nie należy do kobiet, które zadowolą się byle czym. Rozumie pan? Przywykła do życia w dobrobycie i nie będzie się umiała bez niego obejść. Czy potrafi go pan jej zapewnić?

– No, na początku... – wybąkał Willner – ...na początku na pewno...

– Postawmy sprawę jasno. Na początku zarobi pan niewiele, a w każdym razie nie tyle, ażeby zapewnić rodzinie życie na należytym poziomie.

Willner przyznał rację. Pan Patin zastukał palcami o biurko. Paznokcie miał wypielęgnowane, krótko obcięte, na jednym z palców gruby, złoty sygnet.

– Wykazuje pan sporo rozsądku. Podoba mi się pan. Zresztą, co tu ukrywać, rozmawiałem już na pana temat z moją córką, a od pewnego czasu obserwuję pana również w pracy. Jest pan niewątpliwie zdolnym architektem i jeśli tylko będzie pan chciał, zajdzie pan daleko.

– Cieszę się... – zaczął Willner, jednakże monsieur Patin znów mu przerwał.

– Reasumując, chcę panu coś zaproponować. Moja firma rozwija się. W niedługim czasie uruchamiam filię na południu Francji i będę potrzebował zdolnych, rzutkich, a zarazem zaufanych ludzi...

Piotr milczał, zaskoczony. Nawet w najśmielszych snach nie spodziewał się takiego rozwiązania. Natomiast pan Patin pomyślał zadowolony, że upiekł dwie pieczenie przy jednym ogniu. Wyda Anette za mąż a przy okazji zyska zdolnego architekta, który pomoże w rozkwicie firmy i będzie się o nią troszczył.

– Niech się pan namyśli – zaproponował wspaniałomyślnie. – Jutro czekam na odpowiedź.

Ślub Piotra Willnera z Anette Patin odbył się w paryskim kościele Madeleine, a następnie młode małżeństwo wyjechało na południe Francji, do Nicei, gdzie właśnie powstawała nowa filia firmy. Dwa lata później Piotr Willner był już jej dyrektorem.

Objął to stanowisko wkrótce po urodzeniu przez Anette córki, Jeanne. Przez następne sześć lat Jeanne podrosła, lecz nie przestała być ulubienicą ojca. Natomiast on sam dorobił się, wybudował willę pod Niceą i kupił jacht „Koral”.

Obecnie przeczytał artykuł po raz drugi i po raz drugi również obejrzał zamieszczone obok zdjęcia. Łatwo poznał swoich dawnych towarzyszy z Gdańskiego Klubu Podwodnego. Mało się przez ten czas zmienili. Przyjrzał się uważniej. Może jedynie Ewa...

Po swoim ślubie z Anette Piotr zawiadomił listownie Ewę, że się ożenił. Ewa nie odpisała, więc nie wiedział, co się z nią przez ten czas działo. Dopiero z reportażu dowiedział się, że wyszła za mąż za Michała Sobola, którego także znał.

Spojrzał na datę pisma, dość odległą, sprzed kilku miesięcy. Przysłała je Piotrowi z Polski siostra, z którą utrzymywał sporadyczny korespondencyjny kontakt. Pisała, że reportaż z pewnością go zainteresuje, choć nie udało jej się już, niestety, zdobyć numeru z następną częścią.

„Szkoda” – skonstatował Piotr. Dalsze losy wyprawy na „Elisabeth” rzeczywiście go interesowały. Doszedł do wniosku, że jego koledzy z klubu pewnie zdobyli już spore doświadczenia, skoro porwali się aż na takie przedsięwzięcie.

Niespodziewanie przyszło mu w związku z tym coś do głowy. Nagły, choć jeszcze nie sprecyzowany do końca pomysł...

Wstał i zaczął nerwowo przechadzać się po tarasie, skąd widział dachy Nicei, zielone stożki cyprysów, rozłożyste parasole palm i pinii, a poniżej ciemnoniebieskie, prawie granatowe morze. Poczuł zmęczenie, którego powodem nie był jednak nagły wybuch południowej wiosny po długotrwałych chłodach i deszczach.

Powrócił na biały wyplatany fotel.

W porcie w Nicei stał, obok wielu innych, również i jacht Willnera. W ostatnim czasie Piotr używał go często, i często również pływał w dalekie rejsy, chociażby na Korsykę. Wkrótce zapewne znowu ruszy identyczną trasą...

Pierwsze zarysy planu zaczynały się konkretyzować. Im dłużej zaś o nim rozmyślał, tym bardziej upewniał się, że mógłby znakomicie rozwiązać pewne sprawy.

Zastanawiał się nad jego szczegółami dopóki na wzgórza nie opadł zmierzch, a przed domem nie zahamował jakiś samochód. W ogrodzie ukazała się Anette. Ubrana w długą kwiecistą spódnicę i białą bluzkę z falbanami przypominała urodziwą Cygankę. Była nawet ładniejsza niż wtedy, gdy się poznali, lecz Piotr już jej chyba nie kochał. A może nie kochał jej nigdy, a za miłość brał co innego?

Wyszedł żonie na spotkanie i od razu domyślił się, skąd wraca. Zamierzał powiedzieć coś na ten temat, ale ugryzł się w język. „Nie pora teraz – pomyślał. – Nie pora. Nie mogę sobie pozwolić na żaden fałszywy krok”.

– Anette – zaproponował obłudnie – czy nie zaprosilibyśmy kilku osób na wspólny urlop? Od dawna żalisz się przecież i narzekasz na brak rozrywek, więc?

Spojrzała pytająco, lecz obojętnie.

– O! – zdziwiła się. – Kogo?

– Kilku moich dawnych przyjaciół z Polski – wyjaśnił. – Co byś powiedziała na wspólny rejs „Koralem” na Korsykę?

Rozdział 2

Za oknem znajdował się taras, za nim ogród i zielone wzgórza, skąd wlewało się do pokoju głośne, wieczorne granie cykad.

Był koniec sierpnia, koniec także późnego, południowego lata, pory, gdy już dojrzały oliwki i pomarańcze, kiedy zrywano liście z drzew laurowych, a napęczniałe i słodkie od słońca kiście winogron fermentowały w kadziach. Dni jednak i noce szły upalne, nie zapowiadały jeszcze jesieni. Jedynie częściej niż przedtem zrywał się wiatr. Liście na drzewach bardziej trzeszczały niż szeleściły i od czasu do czasu któryś zawirował w powietrzu i opadał na ziemię.

Kostek Łuniewski ostatni raz ogarnął wzrokiem szarzejący pejzaż, ostatni raz spojrzał w dół, gdzie języki fal monotonnie oblizywały morski brzeg. Wrócił długimi krokami na fotel obok Piotra. Willner zauważył, że Kostek wygląda niemal dokładnie tak, jak za dawnych czasów. Może tylko ubyło mu trochę włosów, a przybyło zmarszczek na długiej twarzy. Łuniewski nosił koszulę o wojskowym kroju oraz spodnie w zgniłozielonym kolorze, w czym przypominał leśnika lub oficera.

O swojej przeszłości mówił niewiele i niechętnie, gdyż podobno nie miał się czym chwalić. Pogłoski na ten temat przybyły wraz z nim do Gdańska z drugiego końca Polski i ucichły dopiero wówczas, gdy zaczął studiować zaocznie na uniwersytecie. Wbrew przewidywaniom wielu skończył jednak, i to wcale dobrze, socjologię, ale nie przyjął pracy w instytucie naukowym. Został komendantem Ochotniczego Hufca Pracy dla chłopców trudnych jak ongiś on sam, z którymi – jak czasem mawiał – prędzej udawało mu się nieraz znaleźć wspólny język niż z innymi. Zawsze należał jednak do ludzi raczej skrytych niż otwartych, więc i Piotr nie wiedział, czy można mu zaufać.

Teraz Łuniewski miał urlop. Od dawna na niego zasługiwał, więc nie zastanawiał się długo nad zaproszeniem Piotra. Dopiero obecnie...

– A jednak nadal nie rozumiem – odezwał się – dlaczego nas tu zaprosiłeś?

Zaledwie zapytał, a już wiedział, że niepotrzebnie. To, co Piotr napisał mu w liście, na pewno powtórzy również teraz.

Nie omylił się, chociaż nie doczekał się odpowiedzi wprost, lecz bezosobowych stwierdzeń o nagłej ochocie na spotkanie z dawno nie widzianymi przyjaciółmi, a te już znał. Z przystojnej twarzy Willnera również nie udało mu się nic wyczytać.

– Czy nigdy nie zdarzyło ci się nic takiego? – dodał Piotr.

– Uważam, że odświeżanie wspomnień to nieraz impreza zbyt kosztowna albo zbyt ryzykowana – odparł i znów pomyślał: „Po co go właściwie pouczam zamiast być normalnie wdzięczny za zaproszenie za granicę i nie zastanawiać się nad niczym?” Mimo to nie mógł się jednak powstrzymać i dokończył: – Człowiek po prostu inaczej wyobraża sobie niektóre rzeczy, sprawy, za wiele oczekuje. Stąd i rozczarowanie potem bardziej przykre. Czy obserwowałeś może kiedyś zjazdy absolwentów, na których podtatusiali panowie z brzuszkami spotykają swe, równie podstarzałe, koleżanki ze szkolnej ławy? Smutny, niekiedy żałosny widok.

– Na pewno racja, ale... Czy masz mi za złe, że chciałem was zobaczyć, pokazać, jak mi się teraz żyje, wspólnie powspominać stare dzieje? A wiesz, co jeszcze proponuję?

Łuniewski spojrzał z oczekiwaniem. Oczy miał małe, głęboko osadzone, jakby wpadnięte w głąb twarzy, ale ruchliwe i inteligentne.

– Rejs na Korsykę!

– Na Korsykę? – powtórzył Łuniewski. Koleżeńskie spotkanie zaczynało się stawać naprawdę interesujące.

Willner zaniepokoił się.

– Coś nie tak? – zapytał ostrożnie. – Wybrałem jak mogłem najlepiej. Morze wokół Nicei, i w ogóle na całej Riwierze jest brudne, zanieczyszczone. Wystarczy zobaczyć plaże każdego ranka przed uprzątnięciem odpadków. Rasowy płetwonurek nie ma już tu czego szukać. Musi uciekać w rejony, gdzie woda jest jeszcze czysta. Na. Korsyce znajdują się miejsca, w których w morzu widzi się każdy kamień, glon i rybę. Niestety, i tam również człowiek czuje się jak w Wenecji.

Kostek nie zrozumiał.

– Jak w Wenecji? Dlaczego?

– Wenecja ginie, zatapia ją laguna. A nasze morze – brudy, smary, ropa naftowa i inne cywilizacyjne świństwa. Zanim go całkowicie nie zaleją, trzeba wykorzystać ostatnią okazję.

– Mamy niestety prawie identyczne problemy z Bałtykiem – zauważył Łuniewski i poczęstował Piotra papierosem. – Spróbuj naszego extra mocnego. Zobaczysz, czy ci będzie smakował po tych twoich gitanesach.

Podał mu ogień.

– Wiesz – odezwał się po chwili – nie chcę się wtrącać, skądże, jestem jak najdalszy od tego, ale czy naprawdę słusznie...? – jakoś mu było niezręcznie, ale dokończył: – Czy dobrze zrobiłeś, że zaprosiłeś również i Ewę? Nie obawiasz się jakichś komplikacji i niezręcznych sytuacji?

Willner chyba był przygotowany na to pytanie, ponieważ odpowiedział prawie natychmiast:

– Anette nic nie wie o tej dawnej historii. Natomiast co do Ewy... Jakoś nie wypadało zapraszać tylko samego Michała, bez niej. Poza tym miała przecież wolny wybór. Mogła odmówić.

– Ale tego nie zrobiła.

– Czas kruszy nawet najtrwalsze uczucia.

– Piotr, to banał!

Skrzywił się.

– Może jednak zmienimy temat? Pomówmy na przykład dla odmiany o waszej wyprawie na wrak „Elisabeth”. Znam tylko pierwszą część relacji. A co dalej?

– No cóż – zawahał się Łuniewski. – Wyprawa rzeczywiście dość ciekawa. Czy wiesz, że po raz pierwszy byliśmy pod wodą na takiej głębokości i na takim kolosie?

– Rzeczywiście duży?

– Ponad dwieście metrów długości, wysoki jak kilkupiętrowa kamienica. Przechylony na lewą burtę; w dwóch miejscach, tam gdzie go trafiły torpedy, przełamany. Kadłub grubo porośnięty omułkami. Przy prawej burcie – duże kotwice i metrowe gotyckie litery: „Elisabeth”. Na mostku kapitańskim – dwa szkielety, ubrane w zetlałe marynarskie mundury. Obok przerdzewiały celownik, lampa sygnałowa, cynowy dzbanek, dalej na pokładzie – ludzkie kości. Cała masa kości...

– Makabryczne! – wstrząsnął się Willner.

– Razem z „Elisabeth” poszły na dno tysiące ludzi. Okrucieństwa wojny wszystkich dotykają jednakowo... Dalej natrafiliśmy na rumowisko krzeseł, drabin, przew...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]